Poezja współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

Jacek Napiórkowski
Wiersze

I.

 

Co zrobiłeś z tymi wszystkim końmi,
które biegały w dzieciństwie przez twoje sny
udając jednorożce, bezpańskie psy, pogańskie jaki
czy boże messengery, gdzieś ze środkowej Afryki?
Czas podległości wobec przeszłości mija szybciej niż wyobrażona przyszłość.

Radość jest tym co niewidzialnie przywiera do kadłuba łodzi twojego ja
z zasłyszanych rozmów i przefiltrowanych obrazów,
nocą, i to jest dobre. A kiedy rano próbujesz odgadnąć kim byłeś
podczas szerokich snów i dlaczego kimś innym we śnie niebieskim,
a kimś znacznie mroczniejszym w pomarańczowym ,
zgłasza się nagle głos, o który się nie podejrzewałeś,
że twoja prawdziwa natura to żółte tło na jakiejś pustej plaży,
gdzie znużony sobą ocean wyrzucił nad ranem zmasakrowaną kłodę
Jak zdradzoną kobietę, która się utopiła w kieliszku złudnych myśli
i skoczyła z urwiska.
Szukamy tego obrazu, który migocze jak elektryczny znicz
albo lampka udająca w tabernakulum coś żywego,
że to niby jest twoja mała, prywatna nieśmiertelność,
tak dzielna jak pliszka oszukująca swoich współbraci,
byleby tylko nie odlecieć, nie zostawiać niczego za sobą,
nie odrywać się od rzeczy i portretów chwil
niedbale kreślonych przez swingującą świadomość,
której nie może poddać w wątpliwość
złośliwy i zazdrosny wnuk jakiegoś Russela,
który zakwestionował nawet wieczność piór
ani uniwersytet Czwartego Wieku, czyli wszyscy ci,
którzy już odeszli i teraz tylko zbiorowym wspomnieniem
swojego unicestwienia mszczą się na nas, albo chcą się zemścić
wołają przez weneckie lustra naszej niepamięci,
że nigdy nie wyciągniemy się wygodnie w słodkiej nicości,
że nawet jak nas nie będzie
wietrzysko z południa wygraweruje znak pustki
na naszych rękach szukających w pośpiechu
sprasowanych tablic powietrza,
na których wypisany jest tylko dla nas testament świata,
i że nasze rozdzielone na zawsze usta i policzki
to nie szczepione ze sobą przeciw kurzowi czasu muszle
tylko co najwyżej pokraczne elementy schizofrenicznej Guerniki
albo jakiejś nie przymierzając Pangei światła.

 

X.

 

Wyjeżdżasz i nie wiesz, czy chcesz zostawić siebie
czy odnaleźć miejsce, gdzie siebie zobaczysz lepszym?
Poranny, zimowy pociąg to tak naprawdę wejście w noc
budzącą się na pustych, niebieskich polach.
Uciekający samochód ma światła zmrużone,
kierowca przez chwilę mknie równolegle z pociągiem,
ty i on, dwie proste, które się nigdy nie przetną,
chociaż krzywizna jest ich najpiękniejszą stratą.
To jest samotność osób i rzeczy- nie nachodzące na siebie
wektory i perspektywy, które niektórzy nazywają losem
albo przezywają przeznaczeniem,
tak jakby przypadek wyłamania się z transu fatum
nie oznaczał momentalnego zwycięstwa
naiwnej i czystej potrzeby wolności za wszelką cenę.
Ona zaraz i tak zamieni się w pojedyńczość
i osobność przeżywania czasu i wyobrażenia czasu,
przeżuwania go niczym gorzki tytoń,
kiedy ekspresowy skład nagle zwalnia
obok zamarzniętego stawu,
i widać delikatne ruchy powietrza w miejscu,
gdzie ciepłownicza rura jak tętnica topi lód
i zamiast słońca zza zakrętu wyłania się
kolejny jadący nie wiedzieć gdzie samochód,
z nie wiadomo jak zapatrzonym w tę jaśniejącą już,
choć jeszcze ciemnoniebieską przestrzeń, kierowcą.
Myślisz o sobie, że jesteś dobry,
bo dostrzegłeś to nieme teatrum,
a wszystko co złe z ciebie
zostaje razem ze śnieżnym pyłem za szybą.

 

 

***

 

Stary poeta owinięty płaszczem z luster
nie widzi świata wokół
egotyk solipsysta
samotny skoczek
jeszcze bardziej niż Wittgenstein,
któremu podarował w wierszu różę.
Nie słucha cię, nie słyszy, nie potrafi już rozmawiać.
Zamiast twoich sińców widzi tylko swoje ślepe oczy,
jest zadowolony, śmieje się.
A może pogadamy o dzieciństwie?-pytam.
To hodowla wstydu.
Tak, tym własnie jest,
przemykaniem pod niewidocznymi oknami wieczorów,
dziecko przecież nie istnieje, choć jest.
To jeszcze dziecko, mówią, dajcie spokój, bez przesady.
A ono śni siebie, bo nie może uwierzyć, że już jest powołane do czegoś, co go przerasta.
Może zdobędzie jakiś szczyt albo wymyśli komputer nowej generacji.
I bez przesady budzi się w środku nocy,
i wie, że nie może więcej udawać nieświadomego delfina.
Nasłuchuje, czy śpiący rodzice obudzą się,
nasłuchuje do rana, a potem w szkole
rysuje na niewidocznej tablicy
lekko skośne oczka naiwnej nieśmiertelności.
Tak, masz rację, mówi do mnie stary poeta.
Wszystko to znam.
A wiesz czym jest starość?- pyta.
To dyktatura chorego czasu,
złość, że nie urodziłeś się koniem albo muszlą,
złość na innych, że jeszcze im się chce
hodować w sobie ten
bezwstydny wstyd- życie.

 

 

 

 

PODZIEL SIĘ

Do góry