Poezja współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

Sonny Burn
Wiersze

*

 

a jeśli, tak naprawdę
jesteś tylko tu
w tym konkretnym punkcie przecięcia
gdzie przekleństwa wilgotnieją od śliny
zapraszając innych na pożegnalne spotkanie
twoja bezdomność jest z tobą
jest tobą, a ty jesteś nią, wszędzie indziej
gdzie nigdy nie dotrzesz
i wszędzie tam, gdzie już byłeś
poza tym jednym miejscem
szerokolistnych alei wysokich klonów
których liście zasłaniają połamane krzesła i firanki w jasne wzory
cztery kilometry od końca miasta
i cztery przystanki od miejsca gdzie bije źródło zagłady

 

 

 

*

 

są takie miejsca we wrocławiu, o których nie wie nawet straż miejska
jednak żyją tam ludzie podobni do nas
nie wchodzą tam panie z pieskami, do których mówią czule

na dwa dni przed końcem tam przyszedłem powiedzieć, że na jakiś czas mi wystarczy
wyszedłem od razu, nie ze strachu, tylko dlatego, że nie pasowałem
harmonia świata, jego cyrkulacja i organizacja, i tak ma przejebane

wyruszając w rejs, nigdy nie wiesz, czy cel zostanie osiągnięty
ważna jest płynność i nieprzewidywalność
rejs zmienia każdego i każdy z nas to wiedział

 

 

 

*

 

mogę cię zabrać w szczere pole idiotycznych zdarzeń
pokazać ciągłość sprzężeń i rzekę płynącą w dole osiedla
potrafię oprowadzić po mieście szumów
krystalicznie czystych odbić
aż poczujesz samotność
tak jak ja
odczytasz stary komunikat sprzed czterdziestu lat
echolokację wysłaną przez podobnych do nas
i przejdziemy przez torowisko aż do nieczynnej kopalni
z workami piasku i żwiru za paznokciami
będziemy szli, nieraz skacząc przez gaszone wapno
w punkcie ksero podrobiłem dokumenty
wykreśliłem nazwisko z dowodu tożsamości
dzięki temu możemy wszystko

 

 

 

*

 

wycięli wszystkie kamienice i zasadzili drzewa
a może było odwrotnie?
na pewno zajęło to chwilę
i jeszcze się nie skończyło
mam wrażenie, że opuściłem dolinę, chociaż jej cień wciąż czuję na plecach
jak fantomowe uszczypnięcie zerwanego mięśnia
ślady po drzewach i kamienicach dzieci obrysowały kredą
teraz stoją obok, kołyszą się na przystanku, czekając na tramwaj

 

 

 

*

 

linia demarkacyjna przebiega przez południk
zaczyna się tam gdzie kończy się ciało
dzieląc na pół jądra
dalej
przez łono i wielki krater
wyżej
pomiędzy piersiami i szyją
dalej
ponad brodą, przez nos aż do szczytu głowy
granica
strzeżona przez psy uzbrojone w ostrą amunicję
od lat nikt tu nie zaglądał
obrona ostatniej zatoki wolnego kraju
ukryte pokłady wrogości mają szarości fabryki broni

 

 

 

*

 

kiedyś pamiętałem wszystkie numery telefonów
odpowiadając na zaczepki napojem z warzywniaka
zapominałem o datach urodzin i chrztów
kiedyś miałem brązową kurtkę z wiskozowym kołnierzem i buty w kolorze lnu

 

 

 

*

 

dwa tygodnie byłem na urlopie
zostawiłem szklistość wody owianą pyłem budowy
tu powstają bulwary dla prawdziwej pary książęcej
rosną dojrzałe i mocne
spod ziemi
na mocnych karkach ukraińskiej budowy
niebieskie kaski jak narody zjednoczone w słońcu tropików
spocone ręce dla sytości miasta
– no i jak? zapytałem
nic, nic się nie zmieniło

 

 

 

*

 

wszystko dociera z opóźnieniem
nawet śmieci wolno zajmują kwadraty
utleniam się bardziej a mimo to
z każdą minutą
staram się wiedzieć więcej
nie śpię, chodzę pomiędzy wiaduktami, notuję w pamięci
zaglądam w otwory wentylacyjne kolektora odra
są dobrze oświetlone znaczenia i
artykuły z poprzedniej dekady
naściennie jutro

 

 

 

*

 

tak jak teraz, noc zamyka kawiarnie urzędnikom
miasto śpi kolacją z trzech dań
cienie, ich sylwetki w zbyt dużych kurtkach
twarze opuchnięte z nadmiaru alkoholu
w pragnieniach na miarę papierosa
piona, ochrona kolei, cztery słowa, pauza
– masz strecz ?
– po chuj ?
minuta
– kac morderca nie zna serca
– to fakt
siostra z facetem ściąga grube skarpetki
spod czarnych lakierków kościelne zdobienia
– panie miły czy w środku jest ogrzewanie ?
– a czy jest woda w kranie i szkoła językowa dla mówiących w narzeczu ?

 

 

*

 

nowa technika relaksu i nowy dom dla nowego człowieka
rozkazuję zatkać wszystkie kanaliki potu
niech nikt nie śmierdzi
kolorem skóry napisz ‚lepiej’
pamiętaj, że:
w podziemnej rzece są początki wszystkich zdań
‚uważam że’ ‚nie lubię gdy’ ‚istotą rzeczy jest’

joga na skrzyżowaniu, pędem do domu
zapachowy różaniec pod lusterkiem, podskórny chłód
społeczne miłosierdzie nie istnieje
i nie ma czasu już na nic

 

 

 

*

 

pomiędzy tym co niepotrzebne a tym co w nadmiarze układa się plisa trykotowej dżungli przechodzącej wprost znad bioder na ramiona kwiecistych wzorów kłutych igłą, być może tam spacerują chłopcy w skórzanych mokasynach
gdzieś bardzo blisko, pomiędzy nami małe palce w szumie starych maszyn
które na raz, dwa, trzy godziny kołyszą je do snu
wciąż nowe źródła prywatnych potrzeb
przemytnicy mają naszyjniki z kłów
i ludzkie skórki w portfelach

 

 

 

*

 

w kiblu gdzie pijani wczoraj
malują pastą własnych trzewi
miejsca dopływu rzek dobrobytu
przy zatoce strat, fenolowych wizji
nie blokują się koła samochodów
pozostaje wiara że w monochromii kolor
wystarczy

 

 

 

*

 

pod najbardziej zamarzniętym miejscem lasu płyną gorące źródła, widziałem je w nocy
pewnie dlatego nad ranem jest szron
tysiące śladów ludzkich stóp ściska kratery dawnych rzek, odrywając kry półciemnych tafli
czasami na nie wsiadam i płynę, zataczając kręgi, słucham rytmicznych drgań
wówczas nie myślę i nie chcę nic wiedzieć
wystarczy, że w każdym ze śladów widzę siebie sprzed lat

 

 

 

*

 

powiedział zaplanuj odpoczynek
w kraju pleśniejących warzyw za marketem
gdzie każde skrzyżowanie uzupełnia wybór pomiędzy stronami konfliktu
w mcdonaldzie odtłuszczonych frytek i przesłodzonej coli
niech patrzą, powiedział
niech pragną, niech łakną
i kłamią, że mogą
tak samo, tylko inaczej
i niech się modlą, niech płaczą
w kraju gdzie wszystko jest stratą i
wojennym zapomnieniem

 

 

 

*

 

poza horyzontem
sygnały, łuny, flary
przepływając bocznymi nurtami
w końcu stajemy się częścią szerokiej rzeki
ci którzy już są, dopełnieni przelotem
w prędkości
nie ma wodospadów, mostów i mielizn
z bocznych źródeł, w nieznane
w zatoce marketów łodzie cumują
i błyszczą w słońcu
ktoś rozdaje truskawki
powoli, nieśpiesznie
wytraca się szum

 

 

*

 

ile jest krzywd w powietrzu
i ile strachu w wilgoci lasu
te same znaki, głosy, ta sama twarz
znajomy zapach początku lata
między drzewami spacer bez końca
ile jest krzyku, ile paniki
niezrozumienia, płaczu, ucieczki
widoku krwi na własnej skórze

 

 

 Poezja współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

 

Sonny Burn, rocznik 76, urodzony we Wrocławiu na południu, przez 6 lat mieszkał na północy, kolejne na zachodzie. Laureat pierwszej nagrody na szkolnym konkursie historycznym w roku 88, autor opowiadań zamkniętych w pamięci i reportaży drukowanych w prasie.

PODZIEL SIĘ

Do góry