Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy.

Sny z kwarantanny
Jacek Szafranowicz

 

 

Ci, co lubią opowiadać swoje sny,
zwyczajnie tęsknią za ciekawą rzeczywistością.

 

|

Co mi się dziś śniło. Otóż byłem producentem filmu pod tytułem „COMEBACK”. Bycie producentem filmowym to ciężka robota, bo stale trzeba być na planie, w przeciwieństwie do reżysera. Ale mniejsza z tym. Fabuła szła tak: uznany karateka, zabity przez nadopiekuńczą matkę, nie wiedzieć jakim cudem, powstaje z grobu, aby spełnić swoje marzenie za życia ― pragnie stać się baleriną, mimo, że jest chłopem, w dodatku po trzydziestce. Kojarzę coś, że pytałem po ekipie, gdzie podziewa się scenarzysta, ale nikt nie potrafił udzielić mi sensownej odpowiedzi. Pewnie wziął kasę i uciekł―takie nastroje ekipy płynęły w moją stronę. Dobra, trzeba trzymać fason―pomyślałem―nakręćmy to.

Rzecz otwierał szeroki kadr cmentarza na długim ujęciu, podchodząc stopniowo do grobu karateki. W pewnej chwili, całkiem nagle i gwałtownie, karateka krótkim prostym przebił wieko trumny. Jeszcze, rzecz jasna, nie wiedzieliśmy, że to karateka, ale to dawało nam pewnie o tym pojęcie. Podjeżdżaliśmy kamerą jeszcze bliżej grobu. W zbliżeniu ujrzeliśmy, jak jego dłoń, okrwawiona, przez drewno wieka, powoli zaciska się w pięść. Lada moment karateka dał z kolana w wieko i wyleciało ono w powietrze. Karateka poszedł w pion, otrzepał się z piachu i rzekł na sztywno do kamery: „Nie ma czasu do stracenia, raz się żyje”.

Główną rolę, jak się w tym momencie okazało, grał Bruce Lee. Kiedy zobaczyłem go w srebrnym, obcisłym kostiumie i pantoflach, zachciało mi się śmiać.

I wtedy, niestety, wróciłem do żywych.

                                                           |

Śniło mi się, że przebrałem się za kota, a kot przebrał się za mnie i pytał: gdzie trzymasz kawę?

                                                           |

Miałem sen wysoce narcystyczny. Śniło mi się bowiem, że umarłem, a mój kolega miał iść do telewizji, aby powspominać co nieco o naszej znajomości. Zanim jednak wkroczył do gmachu telewizji, zahaczył o monopolowy celem obniżenia tremy. A tam mu pani powiedziała: „Nie, ja panu dziś nie sprzedam. Człowiek na antenie powinien prezentować się porządnie, odróżniać mikrofon od szyjki”.

                                                           |

Uderzyłem za dnia w poduchę na półtorej godziny. I przyśnił mi się Houellebecq. Chryste.

Wyglądało na to, że dzieliliśmy razem kwaterę. Albo raczej chałupę, bo pamiętam schody na piętro. Mieliśmy wielki piec kaflowy, z którego wydobywał się jakiś żeński głos; wielki piec kaflowy, mówiący żeńskim głosem, no dobra. Sufit i ściany znajdowały się w estetyce bliskiej obszczanej deski sedesowej. Krótko mówiąc, wrażenie było takie, że o tym domostwie Bóg dawno zdążył zapomnieć.

Houellebecq wyglądał marnie, gorzej niż na zdjęciach w Internecie; snuł się rozmemłany po korytarzu, przykuty do papierosów. Cuchnął jak sam skurwysyn ― paskudniej niż przedział w pospiesznym dla palaczy w latach 90. Ale to pół biedy; gorzej, że kiedy tak łaził w tę i nazad, szurał kapciami po podłodze. Ja byłem czymś zajęty; musiałem być mocno zajęty i potrzebować ciszy, skoro w pewnym momencie rzekłem do niego: „Mógłbyś przestać tak szurać?”, na co on stanął jak wryty i zdjął kapcie.

I wtedy okazało się, że trzy palce u jednej ze stóp wiszą jakby na włosku. Krwawią i czernieją. Aż mi się rzygać zachciało, jak to zobaczyłem.

„Weźże ty zrób coś produktywnego dla odmiany” ― nakazałem mu, wskazując palcem na te jego ohydne paluchy. Houellebecq spojrzał na mnie oczyma sarny postrzelonej w dupę, potem popatrzył na stopę, a potem z powrotem na mnie i powiedział: „Jak ty myślisz, gdybym przydusił każdego żarem z papierosa, podziałałoby? Widziałem raz na filmie”. „Sam jesteś film” ― odparłem.

Houellebecq musiał poczuć się mocno dotknięty, bowiem zniknął bez śladu. I wreszcie nastała cisza.

                                                           |

Życie dopadnie cię wszędzie ― nawet we śnie. Śnił mi się Lovecraft. Powiedział: „Została mi jedna kartka papieru. I teraz mam do wyboru: albo napisać list samobójczy, albo zachować ją na wypadek, kiedy będę potrzebował się wysrać. I kto mi teraz powie, że życie nie jest podłe?”

                                                           |

Śniło mi się, że cały skład Marilyn Manson zgromadził się przy moim łóżku. Byli bez makijaży i było to dosyć przerażające.

                                                           |

Czytałem do snu wspaniałe wiersze Zbigniewa Herberta. I przyśnił mi się Zbigniew Herbert. To się jakieś dziwne zaczyna stawać, że czytam albo słucham kogoś na jawie, a potem on do mnie wraca we śnie.

Znajdowałem się w klubie ze striptizem. Dziewczyny były nieziemskie i robiły tam swoje na rurach, leciały dobre bity i ogólnie było bardzo miło. W pewnym momencie wpadłem na Herberta; szturchnąłem go, próbując dostać się do baru.

― No co jest młody, uważaj, jak idziesz ― warknął na mnie wielki poeta.

― Przepraszam, panie Zbigniewie ― odparłem, rozpoznając wielkiego poetę, choć zdziwiony byłem, że trafiłem na pana Zbigniewa w klubie ze striptizem. Ale nic nie powiedziałem.

― Dobra, dobra ― machnął na mnie ręką ― idź i głowy nie zawracaj.

A ja wtedy zobaczyłem, że pan Zbigniew ma pod pachą wielką butlę. Przez te wszystkie stroboskopy ciężko było rozpoznać, co się w butli znajduje, więc pomyślałem, że zapytam.

― A po co panu tutaj taka wielka butla w klubie ze striptizem, panie Zbigniewie? ― zapytałem.

― Wino zawsze trzeba mieć pod ręką, gdyby zaczęło robić się nudno ― odparł pan Zbigniew.

Nie dyskutowałem.

                                                           |

Znów śnił mi się plan filmowy. Dziwny to był plan. Wszyscy siedzieli i nikt nic nie robił. Niby często tak jest na planach filmowych, ale na tym planie nie wyglądało, żeby cokolwiek w najbliższej przyszłości miało się ruszyć. Od czasu do czasu ktoś tylko pytał w powietrze: „E, widział kto reżysera?”. „Gdzie jest reżyser?” „Reżyser zamierza pojawić się dzisiaj na planie?” I tak dalej, w ten deseń.

I tyle, taki sen. Ostatnie, co pamiętam, to: „Czy Dennis nadal usiłuje upić konia?”

Coś mi mówi, że to Dennis Hopper był reżyserem.

                                                           |

Śniło mi się, że piłem u siebie w mieszkaniu alkohol z Antonim Pawlakiem. I nie byłoby w tym niczego szczególnego, gdyby nie to, że z każdym kolejnym łykiem whisky coraz bardziej siwiały mu włosy. Trochę mnie to zaczęło martwić, więc zapytałem: „Antek, co się dzieje?”, a on odpowiedział: „Zaraz będę publicznie czytać wiersze”, na co ja odparłem: „Przecież od tego się nie umiera”, a on wówczas powiedział: „Niby nie, ale przede mną będzie czytać Czesław Miłosz, a on z Ameryki, to zgarnie wszystkie dziewczyny”.

                                                           |

Śniło mi się, że byłem w wesołym miasteczku; jechałem w ciasnym wagonie przez Pałac strachów. Nie bałem się jakoś szczególnie, w sumie nie bałbym się wcale, gdyby nie ten śmiech ― szyderczy śmiech, zapity śmiech, który docierał do mnie z tyłu. Ktoś siedział mi tam za plecami i śmiał się, jakby właśnie przeżywał najwspanialsze chwile swojego życia. W pewnym momencie zebrałem się na odwagę, żeby się odwrócić.

I wówczas moim oczom ukazał się Al Jourgensen, lider popularnego zespołu o nazwie Ministry.

„Chcesz no łyka?” ― zapytał roześmiany, wyciągając do mnie flaszkę Jacka Daniel’sa.

Odmówiłem.

                                                           |

Albo kiedy śniło mi się, że byłem na spędzie literackim. Na imprezie było głośno. W pewnej chwili podszedł do mnie Wiesław Myśliwski.

― Pan nie lubi mojego pisarstwa ― rzekł do mnie, nachylając się lekko w moją stronę, żebym lepiej go słyszał.

― Zgadza się, nie lubię ― odpowiedziałem, nie nachylając się. ― Powiem więcej: nie cierpię ― dodałem.

― To dobrze, że pan nie cierpi ― odpowiedział pan Wiesław. ― Cierpienie jest bez sensu.

To był chyba pierwszy raz, kiedy pan Wiesław powiedział coś z sensem.

                                                           |

Śniło mi się, że zostałem przez kogoś nakryty, jak gadam sam do siebie i chciałem się obudzić, ale nie mogłem.

Rzadki typ koszmaru.

                                                           |

Przyśnił mi się Miron Białoszewski. Szliśmy sobie po parku. Nie że za ręce, tak po prostu. W pewnej chwili Białoszewski odezwał się do mnie:

― Czujesz tego człowieka, co idzie za nami?

Odwróciłem się. Faktycznie ― za nami, kilkanaście metrów od nas, szedł człowiek.

― Stalker ― skomentowałem.

― Stalker? Ten Tarkowskiego? A widziałem, dobry film.

                                                           |

Przylazł do mnie we śnie William S. Burroughs. (Najpewniej dlatego, że czytałem do poduchy „Nagi lunch”.) Miał ze sobą wielką walizkę, którą walnął na środek salonu. Poprosił mnie o szklankę wody, po czym rzekł: „Każą wam w maskach chodzić, żeby nie rozprzestrzeniać zarazy? Ha, tak jakby, kurwa, bez masek człowiek nie był zarazą dla wszelkiego życia”.

Potem wypił wodę, odstawił szklankę, wlazł do walizki i zamknął ją, i tyle go było.

                                                           |

Śnił się Thomas Bernhard. Siedział i powtarzał: „Nienawidzę”. „Nienawidzę.” „Nienawidzę.” Ładnie mówił; mówił równie celnie, jak mówił ładnie, czyli mówił najpiękniej.

Nic innego nie pamiętam.

                                                           |

Śniło mi się, że staliśmy za garażami i palili papierosy, obmyślając nasz pierwszy film. Byli ze mną Seba, Radek i Andriej Tarkowski. W pewnej chwili skończyły nam się papierosy, więc podskoczyłem do sklepu, żeby dokupić i kiedy wróciłem za garaże, zastałem Andrieja z obandażowaną głową.

― Seba złamał mi ząb ― skarżył się Andriej.

― Seba, coś ty zrobił? ― pytałem.

― Rusek się chwalił, że ma już dwa filmy na koncie, nie chciał się zamknąć, to się w końcu zdenerwowałem i dałem mu z kopa w ucho ― wyjaśniał Seba.

Odsłoniłem bandaż na głowie Andrieja. Rzeczywiście, na policzku miał odcisk podeszwy buta Seby: BEVERLY HILLS 90210, palił się na czerwono jak pieczęć.

― Pierdolę taką zabawę ― wycedził Andriej i sobie poszedł.

I tyle było z naszego pierwszego filmu.

 

Sopot, 2020

 

 

Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy.
fot. Martyna Chmura

 

Jacek Szafranowicz ― ur. 1983, publikował m. in. w „Zeszytach Poetyckich”, „Kinie”, „Autografie”, „Korespondencji z ojcem”, „Blackastrialu” i „Helikopterze”.

 

 

PODZIEL SIĘ

Do góry