Poezja współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

Co nas kręci, co nas podnieca
Z Barbarą Elmanowską rozmawia Maja Hypki

 

Maja Hypki: Prowokacyjnie zacznę od takiego pytania: czym dla Ciebie jest poezja? I, zawężając trochę, czy jest to rodzaj pracy, czy czujesz się w tym jako amator czy zawodowiec, czy jest to odskocznia od pracy, czy jest to pasja?

Barbara Elmanowska: Poezja jest chwilą. Próbując odpowiedzieć na Twoje pytanie, przyszedł mi do głowy wiersz i zapisywałam go ostatnie dwie godziny. Może to trudność z odpowiedzą go sprowokowała, może mój umysł wszedł w tryb poetycki, zaczął związywać sprawy niepowiązane. A może to dlatego, że cały dzień spędziłam sama, w oddaleniu od bodźców, niewiele jedząc.

Poezja to chwila, która ma wstęp. Ten wstęp jest najbardziej tajemniczy. To w pisaniu. Bo w czytaniu to po prostu przeżycie, jeśli wiersz mi podejdzie. Zapomnienie, ukojenie, innym razem podniecenie, ekscytacja. Więc emocje. A czasem wiedza, czasem komentarz, ale od tego wolę literaturę naukową i publicystykę. Duże znaczenie ma dobór i układ słów. To one na mnie działają lub nie. Żeby się udało, język musi mnie uwieść, a wtedy już na wiele lat przywiązuję się do autorki lub autora.

Poezja to praca, ale też narkotyk, bo czasem efektem usilnego grzebania w języku są błyski jakby z zewnątrz. Czekam na te chwile i pasę się nimi. Uzależniają.

Umiem pisać tak, jak umiem inne rzeczy w życiu, w stopniu, który sprawia mi radość i satysfakcję w chwili obecnej. Fantazjuję o zawodowstwie, ale gdy trzeba pracować, ja właśnie się pakuję nad morze, gdzie będę się opalać, kąpać i czytać teksty innych.

Piszę tak, jak robię inne rzeczy w życiu, z namiętności i chwilowych kaprysów lub natchnień. Bywam w tym obsesyjna, wpadam w ciągi, ale to mija i płynnie przechodzę w lenistwo w tej dziedzinie, bo poczułam właśnie namiętność do czegokolwiek innego, w który to rejon przenosi się moja cała uwaga.

M.H.: Twoja poezja przeszła ewolucję. Od tej lingwistycznej do dłuższych form, zbliżających się do prozy poetyckiej. Gdzie według ciebie jest granica, że dany tekst jest już z całą pewnością prozą?

B.E.: To dylemat, który co trochę do mnie powraca. Kiedyś kwestie te były o wiele prostsze. Poezja była mową wiązaną, czyli nieswobodną. Konieczność rymu, rytmu itd. czyniła z poezji przemyślaną, matematycznie obliczoną, zdyscyplinowaną wypowiedź. Dzisiaj jednak nie można już tak powiedzieć. Czasami rozważam tę kwestię, długo szukając definicji. Innym razem upraszczam i stwierdzam, że to przede wszystkim różnica wizualna, wiersz, nawet jeśli narracyjny, to jednak jest krótki, a nawet gdyby to był poemat, to wciąż krótki. Proza to rzecz długa, nawet jeśli odbywają się na niej różne eksperymenty, to jednak jest ciągła i wielowątkowa. No tak, poezja też może być wielowątkowa, może być fabularna. Ale to zawsze będzie skrót, a nacisk będzie liryczny, będzie skupiona na języku, będzie go obnażać. Proza najczęściej gubi język. No tak, ale jednak nie zawsze. I w prozie język może być na pierwszym planie. Np. lubię język Gombrowicza w „Trans-Atlantyku”, to prawdziwa przygoda. Niektóre opisy z „Gry w klasy” Cortazara dowodzą, że nie potrzebujemy znajomości słów, by zaledwie poprzez uwewnętrznione zasady słowotwórstwa „odczytać” temperaturę tekstu. Czasami czytam sobie fragmenty na głos, np. wspomnianego „Trans-Atlantyku” i gdy dojdę do wprawy, bo z marszu nie umiałabym go przeczytać, to jestem bardzo podekscytowana. W tej książce jest niesamowita wibracja. To podobne do fragmentów utworów muzycznych. Lubię język Ingi Iwasiów. Zwłaszcza w „Ku słońcu”. Ta książka doprowadza mnie do bardzo sprzecznych uczuć. Wzrusza, boli, smuci, a w tym wszystkim odnajduję spokój. Podobnie mam z językiem Iwaszkiewicza i ostatnio odkrytą Anną Kańtoch. Jej „Czarne” zachwyciło mnie, to językowy i fabularny majstersztyk. No i właśnie. To są przecież też książki ze świetnie skonstruowaną fabułą, wielowątkowe i wieloznaczne, z masą sensów. Poezja jest kondensacją, jest wyjętym z układanki elementem, który będzie podlegał szlifowaniu. Ten jeden element. Nie musi pasować do większej całości. Jest sam, choć można go w coś wpisać. Chociaż… Nie zawsze jest sam.

Prawda jest taka, że wiersz zdaniowy nie różni się od prozy, bo choć jest członowany, to prozę również można członować, co ma miejsce choćby w recytacji. Występuje tu pośredniość zjawisk. Wiem, że padały propozycje nazw, np. „proza wierszowana” na wiersz zdaniowy.

Pomyślałam więc, że może warto wprowadzić tu kwestię intencji autora, zakładając, że chciałby się na ten temat wypowiedzieć.

Ja, gdy piszę wiersz narracyjny, to wiem, że piszę wiersz.

M.H.: Twoja poezja koncentruje się wokół takich tematów jak płeć, miłość, erotyka. Twoja praca naukowa dotyczyła zaś dzienników z obozów koncentracyjnych. Czy Eros wyrównuje u Ciebie Tanatosa, by mieć jakąś równowagę w życiu?

B.E.: Chyba nie, bo dawno nie napisałam niczego o obozach koncentracyjnych, a wciąż piszę wiersze o miłości i erotyce. Kluczem jest tu chyba intensywność doznań zarówno negatywnych, jak i pozytywnych. Gdy przekraczam granicę codziennej stabilizacji i bezpieczeństwa, uwaga staje się wyostrzona i wówczas łatwiej mi się pisze. Z pracą naukową to też trochę inaczej, można ją pisać bez szczególnych warunków. Po prostu się siada i się pisze. Z wierszem tak nie umiem.

Ale, wracając do Twojego pytania, pomijając w ogóle literaturę, może to się dzieje instynktownie, to wyrównanie, o którym mówisz. Świadomie zaś widzę u siebie tylko skłonność to silnych przeżyć. Silnych i nieoczywistych, bo czy nie ma tak, że cierpienie często daje spokój i przyjemność, a w radości i szczęściu jest nuta smutku? Smutek zwalnia z działania, więc można odpocząć. Radość jest cudowna, płynie się na niej, jak na fali, ale też wyczerpuje, no i mamy świadomość, że to jest krótkotrwałe. Jest też tęsknota, melancholia. Wszystko to normalna dynamika życia. Próbując trafić w dziesiątkę, myślę, że we wszystkim co robię, a są to sprzeczne rzeczy, chodzi o przeżycie, coś co zostawia ślad. Ten ślad mnie bardzo interesuje, w sobie i w ludziach. Nudzą mnie ci, w których tego nie widzę.

M.H.: Ogólnie inni ludzie bardzo Cię interesują. Zajmowałaś się dziennikami, literaturą biograficzną, czy poezja według Ciebie wyraża inną prawdę niż tego typu świadectwa?

B.E.: Kolejne trudne pytanie. Jak tak dalej pójdzie, rozwiążemy (albo i nie) najważniejsze literackie dylematy. W Twoim pytaniu jest kolejny, bo czym jest właściwie prawda.

Ale może to nie jest ważne. Rzeczywiście interesuje mnie człowiek, zwłaszcza jego granice. Dziennik mnie kręci z tych samych powodów. To gatunek przekraczający granice, problematyczny. Uwielbiam teorię dziennika, więc też takich autorów jak Lejeune i Rodak. W czytaniu lubię teksty osób nieprofesjonalnych, niedostępne. Gdyby kiedyś wpadł mi w dłonie dziennik, o którym nikt nie wie, w rękopisie, to choćby był najnudniejszy na świecie, będę bardzo podniecona. Mniej mnie interesują dzienniki wydawane aktualnie jako kolejne dzieło autora, napisane w rok, może dwa. To po prostu tekst w konwencji, a nie dziennik. W tych nie pisanych z myślą o druku, dostaję codzienność, kolejne dni, niezliczone wahania, niby nic nie znaczące spostrzeżenia, rysy, wielkie katastrofy, które za 50 kartek okazują się epizodami. Podoba mi się ta aktualność myślenia, podparta emocjami, ta zmienność i niejednoznaczność, poszukiwania, próby, relacjonowanie bieżącego świata. Oraz to, że piszący dziennik pomimo niezwykłej równoległości czasu doświadczania i pisania o nim i tak jest w niedoczasie, bo przecież w końcu siedzi i pisze. I, co więcej, pisanie dziennika jest jednym z elementów codzienności, więc musi też w końcu pisać o swoim pisaniu.

Poezja to poezja.

M.H.: A jeśli w wierszu jest poruszany wątek autobiograficzny, np. jest zadedykowany konkretnej osobie i sytuacji to ma to dużo wspólnego z biografizmem czy i tak jest fikcją, bo to poezja? I co w takim razie sądzisz o wierszach o pisaniu? Już w starożytności „Exegi monumentum” był utworem poetyckim o pisaniu właśnie. Czy nie jest tak, że formą literacką można dowolnie żonglować i jednak ma ona głównie walor estetyczny, bo w każdym rodzaju da się zawrzeć te same zagadnienia? Czy poezja jednak nie może być konkretna, bo przestaje być poezją, a staje się np. prozą poetycką?

B.E.: No tak, oczywiście, można poezję czytać bibliograficznie. Miałam tylko na myśli, że dziennik nie ma narzuconej formy i ważne jest w nim to minimalizowanie dystansu czasowego. W poezji jak najbardziej można być autobiograficznie, ale to inne pisanie. Nad takim wierszem można pracować miesiąc, a zapis i to co chcemy powiedzieć, będzie podporządkowany chęci osiągnięcia określonej jakości. W dzienniku nie ma tego imperatywu. Kiedyś zajmowałam się poezją konfesyjną, Poświatowską, Sylvią Plath, Annie Sexton, czy  Robertem Lowellem. To silnie autobiograficzna poezja, ale pisze i czyta się to inaczej, niż dziennik. Tak samo w wierszach o pisaniu, to poziom meta, który można zrealizować w każdej formie. W każdej formie można zrealizować te same zagadnienia, tak. Ale w inny sposób i myślę, że w tym jest coś więcej, niż walor estetyczny. Forma narzuca określone warunki odbioru. Niech by to był dramat, który następnie zaistnieje na scenie. Więc wszystko można, tylko zależy, jaki cel się sobie postawi, w jakim gatunku czujemy się lepiej itd.

M.H.: A Ty nie mogłaś uwolnić się od tematyki śmierci, bo Twoja kolejna publikacja również jest poświęcona zmarłym. „Czarny pegaz” jest o artystach pochowanych na świdnickich cmentarzach. Coś chcieli od Ciebie ci zmarli, czemu czułaś, że to Ty masz się zająć śladami pozostawionymi przez nich? Przy okazji odkryłaś też wiersz. Odkrycie tego wiersza i poezji tej poetki bardzo mnie poruszyło. O tym jednak może sama opowiedz. Dla mnie szukając biografizmu, odkryłaś też poezję.

B.E.: Rzeczywiście. Masz rację. Jakoś mi to umknęło. Rzeczywiście wtedy nawet przyjaciółka, Teresa Podemska-Abt, zapytała mnie: „A kiedy zajmiesz się żywymi?”. Do tej książki zainspirował mnie Wojtek Koryciński. Później zdziwiła mnie idea książki „Pegaz nad Świdnicą”, do której artyści mieli się sami zgłaszać, a potem przechodzili przez sito, jakim była selekcja w oparciu o ich dorobek. To pięknie wydana książka, ale nie oddająca stanu świdnickiego środowiska artystycznego. U mnie sito też było, bo bohaterami byli wyłącznie pochowani w Świdnicy. Upiorne kwalifikacje. Później jednak przyjęłam bardzo szeroką definicję artysty, która umożliwiła odnalezienie i upamiętnienie tych jeszcze pamiętanych w środowisku, lecz prawie nieistniejących w piśmiennictwie, czyli takich, którzy przestaliby niedługo istnieć w pamięci. Początkowo był to jedynie temat, który mnie kręcił, miałam egoistyczne pobudki. Potem, to wiesz, wchodzi się w świat bohaterów i ich rodzin coraz bardziej i stamtąd już nie ma ucieczki. To jest jak śledztwo, które w miarę postępów nabiera coraz większego znaczenia, angażuje też emocjonalnie i nagle z gołej ambicji robi się sprawa osobista. Potem rzeczywiście był taki czas, gdy zachorowałam i to ewidentnie miało podłoże psychiczne i nagle straciłam dostęp do własnej pracy. Przez chwilę malowałam obraz za obrazem. Poddałam się temu, a gdy ta faza minęła, wróciło pisanie.

I tak, przeglądając archiwalne „Wiadomości Świdnickie” w Muzeum Kupiectwa natrafiłam na krótką wiadomość: „Zmarła poetka świdnicka, Jadwiga Kociubińska”. Nigdzie indziej nie było o niej żadnej informacji. Bardzo pomogli mi Państwo Bielawscy. Okazało się, że córka pani Jadwigi Kociubińskiej, jest prawie moją sąsiadką, bo mieszkałam w kamienicy po drugiej stronie ulicy. Spotkanie z panią Anną Sampolińską-Jaworska to było przeżycie samo w sobie. Cudowna rozmowa. Byłam oczarowana. Z czasem pani Anna udostępniła mi wiersze swojej Mamy, które okazały się prawdziwym odkryciem. Młodopolski styl. Bardzo dopracowane technicznie, a jednocześnie mają w sobie to coś, tę energię liryczną, która zwykły tekst wynosi ponad zbiór słów.  No i pani Jadwiga korespondowała ze Staffem, który oceniał jej wiersze na bardzo zaawansowane. Była to jednak osoba tak skromna, że zupełnie pozbawiona potrzeby publikacji. Jedynie przed wojną w Lublinie ukazało się kilka jej wierszy.

M.H.: A dla ciebie istotna jest publikacja? Rozumiesz takich ludzi czy masz inną postawę? Z jednej strony tekst nie istnieje bez odbiorcy, z drugiej znajduje czasami tego odbiorcę inaczej, wszak teraz jednak rozmawiamy o jej poezji i ukazał się jej wiersz. Wierzysz w takie przeznaczenia czy uważasz, ze trzeba podchodzić do pisania poezji jak do wykonywania każdego innego zawodu, czyli krótko mówiąc sprzedać swoją poezję?

B.E.: Dla mnie publikacja jest ważna. Niestety – tak muszę dodać. Mam mieszane uczucia. Tak, nawet nie wierzę, ale wiem, że do poezji trzeba podchodzić, jak do każego innego zawodu. I choć jest ona oczywiście czymś innym, to takie podejście mimo wszystko wydaje mi się słuszne. Z drugiej strony brak tego imperatywu przy jednoczesnej pracy nad wierszem, wydaje mi się wyższą formą praktykowania poezji, w której ciężar przechodzi z wykonywania zawodu na życie duchowe. Takie pisanie utożsamiam z modlitwą, medytacją.

M.H.: A w takim razie jak traktujesz pisanie innych gatunków? Masz pomysł na kolejną po „Czarnym pegazie” książkę?

B.E.: W sensie książek typu „Czarny pegaz”? A to już typowa praca, która raczej zawsze idzie. To łatwiejsze od literackiego pisania. To śledztwo, tak to odbieram, gdy wchodzę w temat. I bardzo to lubię. Kręci mnie to, co jest dla mnie jeszcze zamknięte, a co potem powoli otwieram. W tym roku zaczęłam pracę nad „Świdnickim szlakiem kobiet”, więc to jest ten nowy pomysł. Nie wymyśliłam tego. To pomysł zaczerpnięty z Krakowa, to tam powstawała pierwsza przewodniczka, czyli przewodnik śladami kobiet, w którym najważniejsze jest odkrywanie i przywracanie kobiecej historii oraz powiązanie jej z przestrzenią miejską. Ta książka będzie się różnić od Pegaza, bo będzie opowieścią, nie zbiorem biogramów. Odbyłam już wiele rozmów z bohaterkami lub osobami, które je znały. I zauważyłam, że narracja dotycząca kobiet jest zupełnie inna, inna od tej, którą snujemy o mężczyznach. To fascynujące. Więc postanowiłam, że książka ta będzie opowiadać i że ja również w niej będę, czyli będzie to może trochę nietypowy reportaż. To jest też ciekawe, bo w Pegazie pisałam w ostatnim etapie, po zebraniu informacji. Tę książkę piszę na bieżąco, co dodaje jej autentyczności – takie mam poczucie.

M.H.: Będzie to jak rozumiem fizyczny szlak? Czy pisanie przeplata się z Twoimi innymi pasjami jakimi jest sport i fotografia? Czy wszystko się ze sobą przeplata?

B.E.: Tak, szlak miejski. Moje bohaterki to bardzo ważne dla Świdnicy osoby. Przy czym temat traktuję bardzo szeroko, więc nie nałożyłam żadnej cezury czasowej i tym sposobem piszę również o Marii Kunitz czy Księżnej Agnieszce. Będzie to szlak historyczny, kulturalny, naukowy. Moje bohaterki łączą się z wieloma ważnymi miejscami w Świdnicy, więc to będzie wspaniały szlak turystyczny i okazja do promowania historii kobiecych. Jest też idealna okazja, bo mamy setną rocznicę uzyskania przez kobiety praw wyborczych.

W sprawie pasji, przeplata na zasadzie płodozmianu, bo szybko się nudzę, więc bez zmian byłabym wyjałowiona. Nigdy nie dążyłam do wewnętrznej spójności, więc też nie doszukuję się w sobie klucza. Jeśli już coś nim jest, to to przeżycie, rodzaj transgresji, a poza tym oczywiście przyjemność. Ktoś bardzo mi bliski powiedział mi dosłownie wczoraj, że wiele tracę przez ten mój hedonistyczny tryb życia i ma rację.

M.H.: U ciebie myślę jednak wszystko ma swoje miejsce, poezja jest w nim więc rodzajem sacrum, ale by powstała potrzeba całej reszty doświadczeń. Tak można podsumować naszą rozmowę. Dziękuję za nią.

B.E.: Dziękuję, Maju. Ale widzisz, to przez windsurfing i słońce, którego w tym roku było tak dużo, nasza rozmowa trwała wieki.

M.H.: I skończyła się, gdy słońce odeszło.

B.E.: Dokładnie. Przyszła jesień, czas pisania.

 

 

 

 

Poezja współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.
Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Barbara Elmanowska – ur. 1981 roku, poetka, doktor nauk humanistycznych. Debiutowała w 2006 roku esejem Zawsze fragment, którym zajęła I miejsce w ogólnopolskim konkursie „Literackie Talenty 2006” w Świdnicy. Autorka tomików poetyckich: Tę drogerię mam po drodze (Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Wrocław 2009), którego wydanie było nagrodą w konkursie na książkowy debiut poetycki oraz Próby generalne (Mamiko, Nowa Ruda 2014). W 2016 roku wydała książkę Czarny pegaz, pierwszy powojenny przewodnik szlakiem artystów pochowanych w Świdnicy. Laureatka indywidualnej nagrody za osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej przyznawanej przez Prezydenta Miasta Świdnicy.

 

 

Poezja współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

Maja Hypki-Grabowska

Data urodzenia: 12.05.1984
Miejscowość: Wałbrzych

Absolwentka filologii polskiej PWSZ w Wałbrzychu. Prowadzi internetowy klub literacki „Rubikon” (rubikon.e.pl). Organizatorka spotkań autorskich. Należy do grupy poetycznej „Na krechę” (filia we Wrocławiu). Debiutowała wierszem „kwant” w antologii „Skądkolwiek, gdziekolwiek” – Nowa Ruda, 2010 r. Wiersz „kolekcjoner niespełnień” ukazał się w antologii „Luźne Drwa” – Nowa Ruda, 2014 r. Wiersze „rodzina wyrazów”, „Świdnica”. „męskim akcentem” ukazały się w Dolnośląskim Roczniku Literackim „Pomosty” 2016. Dwa utwory ukazały się w internetowym piśmie „Helikopter” w 2018 r. Laureatka Turniejów Jednego Wiersza w Świdnicy, organizowanych w ramach „Środy Literackiej”. Laureatka Turnieju Jednego Wiersza w ramach IX Ogólnopolskiej Biesiady Literackiej Świdnica 2016. Zajęła drugie miejsce w konkursie na sztukę teatralną (kategoria dorośli) organizowanym przez „Alchemię Teatralną” w Świdnicy. Zajęła trzecie miejsce w XXVII Turnieju Jednego Wiersza im. Rafała Wojaczka we Wrocławiu. Związana z miastami: Wałbrzychem, Świdnicą i Wrocławiem.

PODZIEL SIĘ

Do góry