Poezja współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

Tak mi się związało
Z Jackiem Łukasiewiczem rozmawia Jakub Skurtys

Tak mi się związało
(o „Wiązaniach”, ludziach i książkach)

JS: Może podsunę bliżej telefon, bo z tej strony jest mikrofon, będzie lepiej łapało.

JŁ: Pamiętam jak ktoś mi pierwszego smartfona pokazał w życiu, że to dopiero bardzo niedawno było. I to jeszcze nie był jego własny, tylko służbowy. To było w Berlinie i mnie strasznie zadziwiło, a po roku albo dwóch latach już je dzieci dostawały… [śmiech].

JS: Ja jestem jeszcze przyzwyczajony do dyktafonu, ale z braku laku…

JŁ: Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem (i też mnie to zadziwiło). To była konferencja prasowa w 1955 roku na Festiwalu Młodzieży w Warszawie. Bardzo ciekawy – ten festiwal – którym przerwano wszystko. I tam pierwszy raz zobaczyłem, że reporterzy mieli takie mikrofony i takie torby duże i mogli nagrywać wprost. Pierwszy raz, że nie trzeba było wozić do studia, nie trzeba było maszynerii całej. Było to zupełnie zadziwiające, ten postęp szalony, z tymi olbrzymimi torbami, w których był magnetofon i trzeba było nagrywać. A potem takie cacko.

JS: A jeszcze niedawno dyktafony były kasetowe, potem trzeba to było przegrywać mechanicznie.

JŁ: No ja mam jeszcze na kasetach nagrane rzeczy i chciałbym je przegrać. Jest jakaś firma która by to przegrała?

JS: Coraz mniej, z tego co wiem, ale jakieś są jeszcze, da się znaleźć.

JŁ: Ja bym to przegrał chętnie, no w każdym razie zobaczył, bo one są dla mnie zamknięte, nie wiem, co na której jest. To są przeróżne taśmy. Ktoś mi ofiarował kiedyś taśmę z jakimiś tekstami swoimi, ale mam też taką, gdzie byli po prostu ludzie, którzy przyszli do domu, rodzina i znajomi. To była taka zwyczajna rozmowa nagrywana, głosy ludzi, którzy wszyscy nie żyją już w tej chwili i nie są nigdzie nagrani. To nie są żadni radiowcy czy coś takiego, tylko zwyczajni ludzie, po prostu się nagrali. I został głos. Głos jest ważną rzeczą. Jak się słucha swojego głosu, to się jest zawsze zdziwionym, negatywnie, jaki to niesympatyczny facet mówi [śmiech].

JS: Za to do badań – niesamowita sprawa, posłuchać po latach Tuwima czy Ważyka… Ale przejdźmy do rzeczy. Poprzednia rozmowa wokół „Wiązań” trochę pomijała same wiersze, więc chciałbym pójść w bardziej poetycką, trochę polonistyczną stronę. Moja pierwsza myśl była taka, że „Wiązania” to w sumie bardzo dziwna książka… Z jednej strony to jest zbiór haiku albo form w stylu haiku, a z drugiej poemat, i to całkiem obszerny. Miał Pan z poematem do czynienia i jako specjalista, że wspomnę tylko „Oko poematu”, i jako poeta, bo różne poematy się przez Pana twórczość przewijały. I tak się zastanawiałem, jak Pan widzi teraz to napięcie, które powstało między tak krótką formą, jaką jest haiku, a związaniem jej w coś tak rozległego i szeroko zakrojonego, jak poemat?

JŁ: Pan mnie zaskoczył, zupełnie Pan mnie zaskoczył tym poematem! W ogóle o tym nie myślałem, to jest bardzo ciekawe, co Pan powiedział. To jest taka krótka forma, prawda, ale to nie jest haiku, dlatego nie chciałbym tego słowa używać.

JS: Zależy, co uznamy za haiku, bo przecież polskie haiku jest zawsze mocno przetworzone, przepoczwarzone wręcz…

JŁ: Tak tak, co jest haiku to ja wiem, od pani Śniecikowskiej. Pięćset kilkadziesiąt stron znakomitych. Znam je dobrze, niektóre mam wynotowane.

JS: Ja też przejrzałem ostatnio, przypomniałem sobie przed lekturą „Wiązań”, potężna książka.

JŁ: Recenzowałem ją, ale też czytałem z radością. Bardzo ciekawa książka, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że te wiersze z „Wiązań” to jest taka krótka forma, ale to nie jest haiku z różnych względów, nawet nie jest to haiku zachodnie. Śniecikowska wymienia kilka takich cech podstawowych dla haiku, ale na Zachodzie się prawdziwych haiku nie pisze, bo podobno nie można tej formy rytmicznie i językowo.

JS: No tak, jeśli będziemy skrupulatni, to ideowo też nie, bo jesteśmy z zupełnie innych struktur pojęciowych. Ale spory i próby jednak są.

JŁ: Zastosowałem tutaj dwie rzeczy. Po tym jak zacząłem, starałem się utrzymać ten schemat sylab 5+7+5 i zrobić przerwę pomiędzy drugim a trzecim wersem przeważnie, żeby była ta kireja haikowska, cięcie. I to jest ważne. W wielu wierszach jest to zachowane, a w wielu nie jest i jest to po prostu jedno zdanie, raczej fraszka, aforyzm, maksyma czy coś takiego [śmiech], ale absolutnie różni się to od haiku. To jedno zdanie, tylko rozbite na te trzy wersy. Starałem się zachować także, i myślę, że to mi się jakoś udało, intonację, zwłaszcza między tym drugim a trzecim wersem. Ponieważ jest tam cięcie, to intonacja powinna w jakiś sposób z tym cięciem tworzyć napięcie, prawda? To czasem się udaje, czasem nie, ale nie myślałem o tym cały czas. I to mi się tak wiązało. Oczywiście było to o wiele grubsze. Umieściłem tutaj jedną trzecią z tego, co napisałem, może troszeczkę więcej, i wyszło coś takiego. Zachowana została pewna chronologia pisania, bo zacząłem pisać i tak zleciało. Dużą inspiracją była właśnie książka Śniecikowskiej. Ona pokazała te ograniczenia na olbrzymiej ilości przykładów (bo czytałem ją w pierwszej wersji, która była jeszcze grubsza [śmiech]). W tych przykładach Śniecikowska była zbyt łaskawa dla wielu twórców haiku i zobaczyłem, że ta łaskawość jest możliwa, więc postanowiłem nie być tak łaskawy dla siebie.

JS: Już same „wiązania” wynikają z poetyki gatunku.

JŁ: Te wiązania tam oczywiście są, następują jak gdyby, niektóre wyraźne, inne nie, wiele usunąłem. Takie wiązania, które były wiązaniami przez refreniczność czy poprzez przekształcenia jakiegoś wersu na inny, powtórzenia, sparafrazowania – starałem się tego unikać, ale to są takie techniczne rzeczy, które wychodzą już w pracy nad tekstami. A teksty powstawały, jak powstawały. Ale czy to jest poemat? Ha, no to po raz pierwszy Pan mi to powiedział. Wie Pan, w jakiś sposób dziękuję, bo to jest kwestia odbioru, to znaczy, że jest to pewna całość…

JS: Spójna jako opowieść…

JŁ: Jest spójna tematowo. Są też pewne rzeczy, które interesują autora i ten autor o sobie pisze, no bo pisze o sobie, chociaż haiku nie jest o sobie.

JS: I nie powinno być, a nasze polskie, jak na złość, jest.

JŁ: Te zachodnie wszystkie prawie są o sobie, większość, nawet te Poundowskie, a u nas Krynickiego. Ale jakieś takie wycofanie „ja” powinno być, i tutaj, w „Wiązaniach”, to wycofanie w wielu wypadkach rzeczywiście jest. Chociaż oczywiście są różne odmiany haiku – jak wiemy z lektury Śniecikowskiej – które zresztą mają inne nazwy. Ale poza tym w samej formie haiku istnieje łączliwość, możliwość łączenia. Przechodzi ono w tanakę, w inne formy…

JS: I wyłania się z renga, pieśni wiązanych…

JŁ: Bo ta forma sama jest wiązaniem, wiązanie leży w charakterze haiku. Ono się wiąże, ale nie na zasadzie podmiotu, tylko na zasadzie przedmiotu [śmiech], tego, o czym się pisze i co się kontempluje. Oczywiście podmiot jest zawsze, bo nie może go nie być.

JS: Ale jest ukryty. Mam wrażenie, że wróciła ostatnio moda na wycofywanie podmiotu, ukrywanie go. Weźmy niedocenione „Nie” Góry, czy ostatnią przekładową Szymborską dla Linn Hansén za „Przejdź do historii”; ale to były takie wycofania za cenę obiektywizacji, za możliwość mówienia o uniwersalnych procesach bez rysy ego.

JŁ: W XX wieku ukrywanie podmiotu w różny sposób było oczywiste, cała szkoła eliotowska, imagizm, imażynizm, tego było bardzo dużo, ale jakieś wycofanie musi być. Ale poza tym haiku jest konkretne. Żaba jest rzeczywista i plusk wody, który się słyszy w ostatniej linijce, jest rzeczywisty. Tyle mogę powiedzieć, bo cóż więcej. To nie jest moja pierwsza książka tego rodzaju, bo wcześniej był „Album”.

JS: Tak, tylko że „Album” miał chyba numerowane kolejne wersy?

JŁ: Nie, nie miał, miał gwiazdki. Kiedyś miał numerowanie, gdy było to dużo grubsze, i to było tysiąc kilkaset numerów czy coś takiego, ale wyrzuciłem je. Poradził mi to Leszek Terlecki, czyli Władysław Terlecki, który pisał raczej zwięzłe powieści. Powiedział, żeby wyrzucić numery: „Wyrzuć numery i skróć!”. A ja to zrobiłem. Ale pozostały tam numerowane miejsca, takie krótkie wiązania, pisane na jeden temat czy o jednym wydarzeniu. To właśnie coś tego rodzaju.

JS: Mamy też „mowę wiązaną” i w sumie dwie tradycje, tę łacińską i, powiedzmy, dalekowschodnią.

JŁ: Sam rym wiąże. Łacińskich form nie unikam. One zawsze wejdą, są w języku, są w poetyckiej tradycji. Wchodzą same i nie ucieknie się od nich [śmiech].

JS: Pomyślałem też o takim niby filozoficznym wiązaniu: co nas wiąże z rzeczywistością, ze sobą? Są takie momenty w Pana haiku-nie-haiku, gdzie wprost wychodzi ten temat: że np. jesteśmy „nieprzywiązani”, że sny są niepowiązane, rozbite.

JŁ: Tak, tak, to wychodzi, gdzie sny są rozbite, albo odwrotnie… Ale to samo tak wyszło. Z życia. Myśmy to z Jackiem Bierutem trochę zredagowali, zadiustowali, obrobili. I bardzo było mi miło, że to tak się składa ze sobą.

JS: A mnie się jeszcze przypomniał pański poemacik „Kroki” z „Małych mistrzów”. Chyba dlatego, że on się zaczynał mottem z Pyong-Hwa Cho: „Deszcz na morzu”. Niestety to nie zostało przedrukowane w wyborze wierszy, a szkoda, bo to jest świetny tekst, taki krocząco-poematowo-wiązany właśnie. Bardzo aktualny, dobrze się to czyta, ale też zaczyna się takim konfucjańsko-medytacyjnym wstępem: „Jak deszcz na morzu nie zostawia śladu./ Jak chmura na niebie nie zostawia śladu”.

JŁ: To jest tłumaczenie. Przekład z Pyong-Hwa, to był chyba Koreańczyk, przekład jest z francuskiego. Tak też jest w haiku, wiele różnych osób coś dokłada, jakby dopisuje dalsze ciągi. U Śniecikowskiej jest olbrzymi rozdział o haiku Grochowiaka…

JS: Które nie są haiku…
JŁ: Które nie są haiku, bo są tylko trochę wierne zasadom gatunku. Ale są jakby haiku w jego twórczości. Uspokojeniem „ego”, kondensacją. Gwałtowne kontrasty, antagonizmy, tak mocne w twórczości Grochowiaka, tutaj są zmodyfikowane przez formę gatunkową, wyraźnie słabną.

JS: Jako krytyk będę tego konceptu poematu-haiku bronił, jako ciekawego zaktualizowania formy. Podejrzewam, że kolejna antologia polskiego haiku już nie mogłaby pominąć „Wiązań”.

JŁ: [śmiech] Ja to oczywiście poślę Śniecikowskiej, tak, tak.

JS: W sumie ciekawi mnie przyszła recepcja tego tomu, może nie tego, czy będą recenzje, tylko czy inni czytelnicy też spojrzą na „Wiązania” jak na poemat i docenią splot ten opowieści.

JŁ: Ktoś jednak coś mówi o czymś.

JS: I mimo że jest schowany, wiemy, że to jest ten podmiot, pański, zupełnie osobny.

JŁ: Tak, absolutnie. Tam są fakty, rzeczywiste. Jeśli się o czymś pisze, to jest rzeczywiste. Nazwisko Grzegorza Brauna choćby…

JS: Chciałem o niego zapytać, bo on tam jest jakby się urwał z jakieś anegdoty, z jakiegoś wspomnienia.

JŁ: Ja go widziałem w telewizorze.

JS: W telewizorze?

JŁ: To było tak, że Grzegorz Braun, mój dawny znajomy stąd, tutaj, w tym pokoju zrobił magisterium, a później bywał u mnie, współpracowaliśmy, ale potem robił dziwne rzeczy. I jedną z takich dziwnych rzeczy było przeszkadzanie Państwowej Komisji Wyborczej, tej głównej, w liczeniu głosów. Akurat wtedy się zepsuł elektroniczny system. A oni weszli grupą i siedzieli tak blisko liczących, przeszkadzali w liczeniu.

JS: To całkiem niedawno było w takim razie, 2014 jakoś, potem go sądzili przez lata.

JŁ: Tak tak, całkiem. On im przeszkadzał w liczeniu, przyszła policja i poprosiła, żeby wyszli. Jakąś panią wzięli pod rękę i wyprowadzili, a Grzegorz Braun udawał trupa, zesztywniał, stał się zupełnie sztywny, więc wzięli go za nogi, za głowę i wynieśli w ten sposób [śmiech].

JS: Jestem zaskoczony, bo w Pana tekście to wygląda jak wzięte z głębokiej przeszłości, ze wspomnień. Te fakty się pojawiają nagle, jakby ze snu.

JŁ: Nie nie, to było po prostu z telewizora, taki fakt zapisany, ale wielu takich zapisów juz nie ma w „Wiązaniach”, tylko ten jeden pozostał

JS: Ale są jeszcze te fragmenty o Syrii, też bardzo mocne, aktualne.

JŁ: Oczywiście, to są takie ogólnoludzkie sprawy, pisałem akurat kiedy to się zaczęło.

JS: Ta metoda kojarzy mi się trochę z Jarniewiczem, z jego późniejszymi książkami. On też coś takiego robi, że z jednej strony snuje monolog, a z drugiej wdzierają mu się te fakty z telewizora, z radia, z wiadomości.

JŁ: Albo z samego życia. Życie, tak, miłość w łódzkich hotelach. „Wiązania” to nie jest poemat, ale siłą rzeczy musi mieć kompozycję, chronologię, troszeczkę tam było takiego dziennika. Potem mi to przeszło, i skończyłem, ale przez trzy lata tak to pisałem…

JS: Trochę ironii jest też w tym retorycznym pytaniu: „A któż pisze testament w formie haiku?”, dość mocne to pogranie z samym sobą…

JŁ: Troszeczkę tak, jasne, to jest jednak poważne w tej ironii… Siostra z ostatniego haiku też jest rzeczywistą siostrą…

JS: I jeszcze to: „umarł Tadeusz…”, co w kontekście Pańskiej twórczości w pierwszej kolejności przywodzi na myśl Różewicza, a tak nie jest…

JŁ: Tadeusz Mikołajek umarł.

JS: Właśnie, wyszło to trochę przypadkowo na spotkaniu z Mirką Szychowiak, bo ona też zadedykowała wiersz Mikołajkowi, a Jacek Bierut był chyba zaskoczony, że te dwie książki tak się związały w osobie Mikołajka.

JŁ: Bardzo mi miło, że Tadziowi się tak związało. Z książkami wspomnieniowymi, grubymi, o Grochowiaku czy o Wojaczku, jest jednak tak, że pięćdziesięciu Wojaczków defiluje, a każdy inny [śmiech]. Tutaj też jest inny Tadzio. Tadeusz był dla mnie raczej poważną postacią i znałem go lat bardzo wiele. Po prostu przyjaźniliśmy się przez długi czas.

JS: Ja ruszyłem jeszcze wyobraźnią w stronę jego ostatniej książki „Inne sny”, że ta Pańska „wiązanka” też jest złożona z okruchów snów i wspomnień.

JŁ: Nie, tu nie było tego zamiaru. Nie, on po prostu umarł. Jeszcze jest taka fotografia u nas, odwiedził nas taki stary Tadeusz.

JS: W Pana drugiej książce, w „Obrazie siedzącej” też był wiersz dedykowany Mikołajkowi – „Sielanka”.

JŁ: Tak, dokładny opis naszego picia w obecnym Teatrze Lalek, bo tam był taki lokal na dole, i tam żeśmy poszli na piwo…

JS: Wczesny tomik i późny, tak się jakoś domknęło.

JŁ: Wie pan, to tak jest, że ludzie umierają, po osiemdziesiątce, po dziewięćdziesiątce, ale nie wchodźmy w to… Najpierw piękna, wspaniała cyganeria, a w pewnej chwili to się przekształca w niechlujną starość. I to jest nieprzyjemne bardzo. Taki przykład najbardziej typowy, który znam, to jest Swena-Czachorowskiego. Tam u niego w Kobyłce, gdzie żył i zapraszał ludzi, było niesamowicie. Piło się tę mocną herbatę, Swen czytał, jeszcze nie leżał, jeszcze chodził. Położył się do łóżka dlatego, że kiedyś złamał nogę, i tak się przyzwyczaił, i potem już leżał z tą nogą… Tam się w nocy żyło, a w dzień spało.. Bardzo dziwnie było w tej Kobyłce. Parę razy w życiu byłem u Swena, a potem się przenieśli z żoną do takiego mieszkania w Warszawie, do jego teściów, i to było prześmieszne. Tę Kobyłkę, taką absolutnie cygańską, na wrzosowisku, gdzie działy się dziwne rzeczy, przenieśli do mieszkania w Warszawie. A to było mieszkanie profesora politechniki, przedwojenne mieszkanie profesorskie i to takie niezwykle uporządkowane, mieszczańskie, porządne mieszkanie. Mieli tam jeden pokój i ten jeden pokój był zupełnie inny, jakby inny świat… W nocy się piło i czytało, nie wódkę, bo Swen raczej siedział na psychedrynie, a psychedryna to była amfetamina, bardzo chemicznie podobne, można było ją dostać w aptekach na receptę. Dziwnie mieszkali w tej Warszawie… to już było po rozejściu się z Białoszewskim i Leszkiem Solińskim, którego znałem dużo wcześniej, z zupełnie innej parafii. A potem w latach osiemdziesiątych cyganeria się skończyła, przekształciła w niedołęstwo starości.

JS: O metodach Czachorowskiego krążą legendy, o jego „wzmacnianej herbacie”, w której lubował się Białoszewski…

JŁ: A Białoszewskiego pierwszy raz czytałem u Solińskiego. Poznał mnie z nim znajomy, do którego ojca przyjechałem, i on mnie tam zaprowadził, a Leszek był gaduła, dużo gadał, o Mironie i o Mironie. U jego mamy była taka skrzynia, na której się spało, wiejski tapczan, było na to niemieckie słowo, wyszło z użycia. I tam czytałem wiersze Białoszewskiego pierwszy raz, jeszcze przed wydaniem oczywiście, chyba w ‘54 czy ‘55 roku, te, które weszły potem do „Obrotów rzeczy”, świetne. Bardzo mi się to podobało. Trzymał to w środku, w tej skrzyni, na której spała mama, a były tam jeszcze fotografie przyjaciółki Konopnickiej, Dulębianki, i Modrzejewskiej, zupełnie bezcenne. Leszek miał też niesamowity zbiór cerkiewnych ikon i szat liturgicznych, wszystko było w tej skrzyni. Wtedy go poznałem, potem widziałem go w różnych dziwnych momentach, wariat zresztą. Ale tam też zobaczyłem język, autentyzm i umiejętność językową Białoszewskiego. To było zupełnie nieprawdopodobne, bo mogłem to sprawdzić, absolutnie sprawdzić, bo dzieciństwo od urodzenia, od momentu, kiedy miałem 2 czy 3 tygodnie, spędziłem właśnie w tamtym rejonie Żarnowca, w tamtych językowych kręgach. Prawie nauczyłem się tam polszczyzny, choć rodzice mówili inaczej. Znałem to, i to blisko znałem, a Białoszewski był przecież w Żarnowcu króciutko. Soliński używał tych swoich prowincjonalizmów w gadaniu, więc na pewno też trochę emocjonalne to było, aż tu nagle Białoszewski tak autentycznie pisze tym językiem! Jeśli ktoś udaje, to się zaraz wyczuwa, że to nie jest to, że to nie jest z dzieciństwa, nie jest przeżyte, tylko poznane i ulubione później. A Białoszewski oddawał emocje, konteksty i wartości, które w to wchodziły, i możliwość użycia ironicznego lub nieironicznego, a przecież jeśli się nie zna słowa, to nic z tego nie wyjdzie, bardzo trudno coś takiego zrobić. Nie da się nauczyć tak po prostu. A on pisał tak, jakby tam całe dzieciństwo spędził. Niesłychane, naprawdę niesłychane.

JS: To skoro już jesteśmy w budynku polonistyki i rozmawiamy jak dwaj poloniści, to jeszcze przedłużę ten wątek intertekstów. Sporo jest w „Wiązaniach” splotów, ale tylko jeden cytat dany wprost, z „Metafizyki” Stefana Napierskiego, o tym zegarku: „w złotym zegarku bije wszechświat”…

JŁ: To jest z kogo??

JS: Z Napierskiego?

JŁ: To jest z Napierskiego! Ja zupełnie zapomniałem, gdzie to przeczytałem…

JS: Cały czas się zastanawiałem, skąd Pan to wziął właśnie… To jest z „Drabiny”, rzeczy zupełnie zapomnianej, trudnej nawet do dostania, poematu prozą.

JŁ: To jest świetne, ta „Drabina”, tak, czytałem to, ale jest też wspaniałe studium o niej, czytał pan może?

JS: O „Drabinie”? U Kluby?

JŁ: Tak, w „Poemacie prozą” Agnieszki Kluby, wspaniałe! Według norm, które ona sobie wybrała, to są normy według bardzo grubej francuskiej książki, a najciekawsi są polscy poeci na bakier z owymi normami. Autorka to chcąc nie chcąc udowadnia. I Napierski tam jest ze wspaniałą, trudno dostępną „Drabiną”.

JS: Tak, rzeczywiście, i świetnie omówione, i sporo cytuje…

JŁ: Więc ja to wziąłem z Napierskiego… Bardzo dziękuję, mogłem to wziąć z jakiegoś tomiku, który czytałem, ale pewnie właśnie od Kluby. a nie z wyborów wierszy Napierskiego.

JS: …które są, delikatnie mówiąc, nie wiem, czy dzisiaj jeszcze trafne…

JŁ: Nie, zupełnie, a „Drabina” tak. I znowu mamy poemat, i to, co z niego zostaje. Najlepsze z całego Przybosia są poematy, tyle rzeczy słabszych napisał, a jego poematy prozą, te katastroficzne poematy prozą ludzi koło czterdziestki, bo oni tyle mieli… 1901 Przyboś, Napierski też jakoś tak się urodził, pokolenie mojego ojca, gdzieś na przełomie wieku. „Poemat prozą” to jest taka bardzo dobra książka o nieistniejącym w Polsce gatunku [śmiech] i rzeczywiście to tam wychodzi. Tak jak u Śniecikowskiej, która wysoko ceni i udowadnia, że „Pestki deszczu” Urszuli Kozioł są haiku, bo są, jak najbardziej. Ich forma odpowiada wymogom gatunku. To historie pewnych formach, które się wiążą w Polsce.

JS: A to jest chyba najpiękniejsze w zadaniu historyka literatury: opowiedzieć historię o formach, które się wiążą…

JŁ: Mam taką ciekawą książkę, niewydaną. Zebrałem to kiedyś i mam tego trochę, takich krótkich form z drugiej połowy lat osiemdziesiątych w Polsce. To by było bardzo ciekawe, stworzenie z tego takiej antologii. Bardzo dziwny zestaw się zrobił i są tam bardzo różne nawiązania gatunkowe do ważnych ówcześnie i dzisiaj treści.

JS: I to jest do wydania?

JŁ: Nie, ale wie Pan, że warto by do tego wrócić i przeczytać sobie?

JS: Zobaczyć, czy nadal działa.

JŁ: Tak, popatrzeć historycznoliteracko na coś, co było w latach osiemdziesiątych, bo to jednak już jest dawna historia.

JS: A jakby jeszcze dopisać komentarz historycznoliteracki…

JŁ: Oczywiście, historycznoliteracki, opisać to na tle wydarzeń ówczesnych, różnych sytuacji myślowych, duchowych, politycznych! Taka krótka forma to może być ucieczka od tego, od tej społecznej tematyki, ale może też być przecież różny tryb komentarza, różne meta-, które tam występują, więc to się musi wszystko wiązać.

JS: I wracamy przez przypadek do powiązań, taka romantyczna zasada korespondencji… Ale w takim razie czekam, czekamy, co się z tego może wyłonić. I bardzo dziękuję za rozmowę.

 

 

 

Jak kupić „Wiązania” Jacka Łukasiewicza

 

 

PODZIEL SIĘ

Do góry