proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

Duch
Grzegorz Hetman

Do wywoływania ducha potrzebny jest przede wszystkim klucz do piwnicy. Poza tym świeczka i zapałki. Kreda, żeby narysować krąg, bo duchy z jakichś powodów upodobały sobie kręgi. Jak również kartka i ołówek. Potrzebny jest też oczywiście duch – wystarczająco uprzejmy, by dać się wywołać i przy okazji odpowiedzieć na kilka pytań, co w przypadku niektórych duchów może się okazać pewną trudnością. Choćby w przypadku tych nieśmiałych. Albo przygłuchych. Takiego starego Ciechana na przykład, jak kiedyś umrze, raczej nikt nie wywoła. Nawet gdyby próbował, on i tak nie usłyszy. A nawet jak jakimś cudem usłyszy i przyjdzie do tego, co go wywołał, to będzie gadał od rzeczy, bo co nie usłyszy, to zmyśli. Zapytasz go o pieniądze, a on ci powie, która godzina. Stara Ciechanowa przerabiała to z nim już nie raz, i to za życia.

A skoro o pieniądzach mowa – ducha nie wywołuje się przecież po to, żeby zapytać o godzinę. Zwykle w grę wchodzi jakaś SPRAWA. Nie inaczej było i tym razem, choć zanim osiągnięto konsensus, pojawiło się kilka innych propozycji. Najpierw poproszony o wskazanie skarbu starodawnych Polaków miał zostać Mieszko I, istniało jednak ryzyko, że po denominacji złotówki takie znalezisko mogłoby nie mieć dużej wartości. Potem padł pomysł z Winnetou, tu jednak z kolei zachodziła obawa, że skarb ze Srebrnego Jeziora znajduje się zbyt daleko, by dotrzeć po niego, wrócić i wymienić jego zawartość na złotówki, nim w sprzedaży pojawią się bilety na sierpniowy koncert. Poza tym w sumie nie do końca wiadomo, co się z nim stało i kogo konkretnie w tej sprawie pytać. W dodatku żadna z dziewczynek nie znała indiańskiego, a nie wiadomo, czy Indianie mówili po polsku albo chociaż po chińsku, przynajmniej tak dobrze, jak Lidka. Podobne wątpliwości pojawiły się też w przypadku duchów Jima Hawkinsa i Long Johna Silvera. I kiedy już wydawało się, że zapasy zamożnych duchów zostały wyczerpane, z pomocą przyszła polska telewizja.

– Mój dziadek powiedział kiedyś, że koń ukradł Polakom pieniądze – przypomniała sobie Pola.

– Koń? – zaciekawiła się Lidka.

– Z Polskiego zoo. Ten, jak mu tam…

– Aha, koń. Koń to był ten, no, Balcerowicz – Lidka lubiła tę bajkę dla dorosłych. W ogóle jej nie obchodziło, kto jest kim i o czym tak gadają, choć gadali śmiesznie, chodziło po prostu o dokładkę po zawsze zbyt krótkich dobranockach. Niemniej i tak to i owo zapamiętała. Szkoda, że już tego nie puszczają.

– No właśnie, Balcerowicz. Że on ukradł Polakom wszystkie pieniądze – stwierdziła Pola.

– I co z nimi zrobił?

– Nie wiadomo.

– Mógłby się trochę podzielić.

– No właśnie. Poprośmy go.

– Ale on chyba żyje – przytomnie zauważyła Lidka.

– Tak? No nie wiem. Dziadek mówi, że jest dla niego specjalny kocioł w piekle.

– Dobra, spróbujmy. Najwyżej nie przyjdzie.

***

Dzień był roboczy, letni, godzina przedpołudniowa. Dawało stęchlizną i ziemniakami. Żarówki jak zwykle wykręcone, ale teraz to akurat nawet lepiej. Przy suficie przez wyszczerbioną szybkę ze zbrojonego szkła wpadało trochę rozproszonego światła, wydobywając z mroku rzędy drzwi: niektóre stalowe, zamykane na kilka zamków, jak do bunkra, inne tylko z kłódkami, zrobione ze stalowych albo drewnianych belek, między którymi można było zajrzeć do środka i pooglądać rzędy słoików z kompotami i kiszonkami. Poszły dalej, do miejsca, w którym korytarz się rozgałęział. Po prawej biegł kolejny rząd piwnic, więc skręciły w lewo, w coś na kształt wnęki, gdzie oprócz kawałka podłogi z surowego betonu – miejscówka w sam raz na dwie takie jak one, do tego dobrze osłonięta – znajdowały się już tylko pokryte szarą farbą drzwi z napisem „Suszarnia”, zawsze zamknięte, przypominające o jakichś zamierzchłych czasach, których one nie znały, a kiedy to ludzie jeszcze nie suszyli prania w domach, tylko chodzili robić to do piwnicy. W tym czasie Balcerowicz kradł im pieniądze.

– Cykasz?

– Co ty – zachichotała Pola.

– Masz się nie śmiać. Bo nie przyjdzie.

– Skąd wiesz?

– Robiłam to ze sto razy.

– Beze mnie?

Lidka wydęła wargi i narysowała na podłodze kredą koło, krzywe, ale wystarczająco duże, by mogły wygodnie usiąść w środku po turecku. Lidka potarła draskę i za drugim razem syknęło. Nakapała trochę wosku i wetknęła świeczkę. Obok położyła kartkę z odręcznie spisanym alfabetem. Była to kartka z bloku rysunkowego podzielona na trzy równe rzędy okienek, po osiem w każdym. Każde okienko zawierało jedną literę, bez niepotrzebnych dziwactw typu polskie znaki z ogonkami albo jakieś zagraniczne Q czy X. Lidka ułożyła ją w taki sposób, żeby Pola mogła łatwo odczytać. Pośliniła ołówek, wolną dłoń podała koleżance. Poczuła chłód i wilgoć jej skóry. Nabrała głęboko powietrza i powiedziała:

– Teraz zamknę oczy. Ale ty nie zamykaj. Jak wskażę jakąś literę, to ty ją mów na głos.

Pola dała znak, że wszystko jasne. Lidka wyprostowała plecy i uniosła brodę. Było w tym coś niepokojąco kukiełkowego, jak z horroru o opętanych. Zamrugała kilka razy, aż wreszcie powieki przywarły jedna do drugiej. Jej oddech stopniowo zwalniał i stawał się głębszy. Z zewnątrz, przez nieszczelne okna, słychać było ptasie śpiewy. Po ulicy przetoczyła się ciężarówka. Pogłos jej silnika zawisł w powietrzu jak dym, a kiedy opadł, Pola usłyszała jak tłucze się w niej serce. Jakby je miała między uszami.

Lidka zaczęła mamrotać pod nosem dziwne, powolne zdania, niby zaklęcia, które cichły tylko na moment, kiedy nabierała powietrza. Pola domyślała się, że to po chińsku, bo nie rozumiała ani słowa. Trwało to nie dłużej niż przerwa na reklamę między prognozą pogody a Polskim zoo. Potem Lidka zamilkła. W ciszy uczyniła w powietrzu znak krzyża i dłoń z ołówkiem powędrowała do góry, podobnie jak wszystkie włoski na rękach Poli.

– Teraz mów to, co ja. I patrz na ołówek – nie otwierając oczu, zwróciła się do Poli.

Najpierw jeden, a po chwili już dwa głosy w ciemnym zaułku piwnicy, rozświetlanym tylko wątłym płomyczkiem resztek pokomunijnej gromnicy, zaczęły rytmicznie powtarzać: „Duchu Balcerowicza, przyjdź, chcemy z tobą porozmawiać. Duchu Balcerowicza, przyjdź, chcemy z tobą porozmawiać. Duchu Balcerowicza, przyjdź, chcemy z tobą porozmawiać”. Zdanie to najpierw dziwnie leżało w ustach, wydawało się kanciaste i suche, puste w środku i pozbawione mocy, i Pola pomyślała, że Lidka chyba jednak nie ma pojęcia, co robi, bo takim gadaniem to by nawet nie namówiła Dziwińskiego do wyjścia na dwór – a co dopiero ducha z jakichś wysokich pięter nieba, albo przeciwnie, jak uważał dziadek Poli, z głębokiego piekielnego kotła ze smołą. Mimo wątpliwości nie przestawała jednak recytować tej rzekomo magicznej formułki, aż stało się to czynnością całkiem bezmyślnie mechaniczną i w pewnym momencie owo zdanie, wypowiedziane po raz dwudziesty albo pięćdziesiąty, ciężko powiedzieć, bo gdzieś po drodze Pola zatraciła poczucie czasu, zaczęło wibrować, pękać, wylewać się z siebie, aż oddzieliło się od liter i języka i coś z niego wyfrunęło jak ptak, stało się samym dźwiękiem, wypełniło swoim nic już nieznaczącym brzmieniem ich głowy i ciała, i cały świat wokół. Nie istniały już zresztą głowy i ciała ani świat wokół, wszystko stało się jedną przestrzenią, tutaj i nie tutaj, teraz i poza czasem. Przyjemne, gdyby się nad tym zastanowić, choć wtedy nie trzeba było się nad niczym zastanawiać, bo to po prostu było. Czy nie doświadczamy podobnych wrażeń, przyglądając się zbyt długo swojemu odbiciu w lustrze?

Na czołach i policzkach dziewczynek zatrzepotały cienie. Płomień świecy po prawdzie migotał już kilka razy wcześniej, bo przez nieszczelne okna przedostawały się lekkie podmuchy, ale tym razem niemal zgasł i stało się coś jeszcze: Lidka urwała w pół słowa i zamarła bez ruchu z rozdziawioną buzią. Uśmiechnęła się szeroko.

– Witaj, duchu Balcerowicza – powiedziała niemal uroczyście.

Nie przestając się uśmiechać, zrobiła dłuższą pauzę, po czym dodała już bardziej oficjalnie:

– Dziękuję, żeś wysłuchał naszego wezwania. Czy zechcesz odpowiedzieć na nasze pytania? Jeśli tak, daj nam znak.

Ledwie wypowiedziała te słowa, a nieopodal, za jedną ze ścian, coś brzdęknęło.

Wśród duchów tynkarzy, młynarzy, wapienników i mimów z całego świata nie znalazłby się teraz ani jeden, który mógłby rywalizować z Polą na bladość. Ale Lidka się nie zatrzymywała.

– A pytanie nasze brzmi: gdzie schowałeś pieniądze Polaków? Raz i dwa, niech duch odpowiedź da. Trzy i cztery, ołówek niech wskaże litery.

Dłoń z ołówkiem powędrowała do góry i zastygła w bezruchu na wysokości ramienia Poli. W jej oczach panika i przerażenie walczyły o miejsce ze zdumieniem i podziwem dla fachowości Lidki. Gdzie ona się tego nauczyła? Znów głupio w nią wątpiła. Szkoda tylko, że po niedawnym transie, dającym opiekę i schronienie, nie było już śladu. Na zewnątrz po chodniku przetoczył się rozdzwoniony rower, a za nim piski dzieci. Pola przylgnęła do tego, żeby samemu nie zacząć piszczeć. Miała nadzieję, że w półmroku nie widać, jak trzęsą jej się kolana. Panicznie starała się łowić jakiekolwiek dźwięki realnego świata. Niby był tuż obok, parę kroków stąd, jasny i zwyczajny jak zawsze, ale zarazem zdawał się nic nie wiedzieć o dziewczynce za ścianą, wśród duchów w zatęchłej piwnicy. Jej krew przestała krążyć. Ruszyła, dopiero gdy dłoń Lidki nieznacznie drgnęła, jak sejsmograf, który zarejestrował pierwszy szmer, gdzieś głęboko pod powierzchnią ziemi. Zaraz jednak zastygła. Po chwili znowu się poruszyła, o wiele wyraźniej. Rozwibrowana, trzęsła się teraz jak u pijaka, którego Pola widziała kiedyś pod sklepem. Jakby chciała tym ołówkiem nabazgrać coś w powietrzu. Po czym powędrowała w dół i wskazała literę. Wyraźnie wskazała literę.

– Pe. Pe jak… – Pola przełknęła z wysiłkiem ślinę – jak Pola.

Lidka zerknęła kontrolnie i kiwnęła głową. Pola przestraszyła się własnych słów. A jeśli duch się pomyli? Jeśli będzie złośliwy i sobie z niej zadrwi? Wiadomo, czego można się spodziewać po takim Balcerowiczu? Bzdura, to niemożliwe, jest tyle innych słów na pe. A co, jeśli jednak ołówek wskaże zaraz o? O, wtedy możliwości już naprawdę mocno się zawężą. Choć i to nie musi jeszcze nic oznaczać. Może chodzić na przykład o Polskę. Tak, to by nawet miało sens. Pieniądze Polaków powinny być w Polsce. Przecież wiadomo, że Pola nie ma żadnych pieniędzy. Kto jak kto, ale duch na pewno to wie. Jakby miała, to by go nie prosiła. Wszystko, co dostała na komunię, zabrał ojciec. I zainwestował w zakłady. Więc tych pieniędzy u nich w domu już na pewno od dawna nie ma.

Ołówek oderwał się od kartki. Zakreślił w powietrzu kilka pętelek, zawisł nieruchomo i:

– Ka… jak Kazimierz – Poli ulżyło, mądry duch, pomyślała, choć jej przejęcie wciąż utrzymywało się w widełkach paniki.

– Ka jak Kev – poprawiła ją Lidka, wychodząc na chwilę z transu.

– Nie rozumiem.

– Jak będzie literka kogoś z chłopaków, to wtedy mów ka jak Kev. Albo en jak Nick. Tak będzie fajniej.

Lidka wyprostowała plecy, uniosła podbródek i znów zamknęła oczy. Tym razem nie zdążyła jednak unieść ołówka, gdy ponownie coś usłyszały. Całkiem blisko.

– Słyszałaś? Jakby… – szept ugrzęzł Poli w gardle. – Jakby ktoś się zbekał. Jak świnia. A miał być koń. Świnia to inny! Świnia to prezydent!

– Głupia jesteś – Lidka otworzyła jedno oko. – Przecież prezydent żyje.

– Racja.

Pola miała dość. Najchętniej poszłaby już do domu. Nigdy nie mówiła o tym Lidce, ale bała się duchów. Prawie tak samo jak dentystów. Wszystko zaczęło się pewnego chłodnego poranka, jesienią albo wiosną, i na pewno nie była to niedziela. Miała sześć lat i lepiła zamek, piach był solidny, mokry, kiedy przybiegli chłopacy i powiedzieli, że u Kolbego dzieją się cuda: Matka Boska płacze krwawymi łzami. Przebiegli przez łącznik na drugą stronę długiego na kilkaset metrów bloku, tego samego, w którym nie tak dawno temu rozkwitały talenty Renaty Dancewicz. Przed kościołem zebrało się sporo gapiów i wciąż dołączali kolejni. Potężna kratowana brama wejściowa była zamknięta, ale część ludzi weszła już do środka przez dwa wąskie przesmyki między ceglanymi filarami. Po srebrnym medalu kadry Wójcika naród pragnął kolejnych cudów. Stojącą na podwyższeniu rzeźbę Maryi, z dłońmi złożonymi w modlitwie, w biało-błękitnej szacie, z której jak dzidy wychodziły zewsząd złociste promienie, otoczył podekscytowany tłum. Z zewnątrz niewiele dało się zobaczyć, więc Pola wślizgnęła się do środka i spróbowała przepchnąć bliżej.

– Jak matka boska płacze, to będzie koniec świata.

– Przecież nic tu nie ma.

– Ale było. Ja widziałem.

– Ja też widziałam.

Starsi i tak wszystko zasłaniali, a z tyłu napierała już kolejna fala, dysząca, rozszemrana, podekscytowana, więc Pola musiała się bardzo wysilić, żeby jej nie przewrócili i nie rozsmarowali po posadzce. Udało się, ustała, ale przy kolejnej fali poczuła, że robi się ciasno i niebezpiecznie. Czyjeś biodro naparło na nią spotęgowaną siłą napierających na siebie bioder i wgniotło jej głowę w inne biodro. Rozdzwoniło jej się w uszach i nie wiedziała, gdzie przód, tył, góra i dół. Było duszno. Ledwie łapała oddech. Kręciło jej się w głowie. Wiaderko i łopatka wypadły jej z dłoni na posadzkę i zniknęły w gąszczu butów. Chciała się wycofać i ich poszukać, ale tłum porwał ją w przeciwnym kierunku, w stronę rzeźby. Nie wiadomo, jak by się to skończyło, gdyby w pewnej chwili nie rozległ się przerażający wrzask, który wypełnił całe wnętrze kościoła: „Ratunku, ratunku, pomocy!”. Córka Gryblów, ta gruba, najstarsza, która chodziła już do liceum, utknęła w przejściu między filarami po prawej stronie bramy i naprzemiennie wyła bądź spazmatycznie szlochała. Jakiś chłopak ciągnął ją za rękę, przez co darła się jeszcze głośniej.

– Nie ciągnij, bo jej rękę urwiesz! Pchajcie ją! Wypchnijcie ją na zewnątrz!

– To filary! Filary się ruszają!

– Filary się zsunęły!

– Szybko, bo nie wyjdziecie!

– Zaraz ją zgniecie!

– Proboszcz już do was idzie!

– Policja!

– Grzesznicy nie wyjdą!

To podziałało. Wszyscy zbiorczo rzucili do ucieczki. Gryblównę udało się przepchnąć, ale zaraz w tym miejscu zablokował się ktoś inny i też się darł. Na szczęście po lewej stronie wielkiej bramy była jeszcze druga szczelina, identyczna. Lidka dopadła do niej jako jedna z pierwszych, jej chuchrowate ciało ledwie musnęło mur, i nie patrząc za siebie, popędziła do domu.

Nikomu nic nie powiedziała, ale tej samej nocy miała sen. W tym śnie też spała, a kiedy się przebudziła, na brzegu jej łóżka siedziała Mamusia Muminka. Pola rozpoznała ją po fartuchu w biało-czerwone pasy. Troskliwie pogłaskała dziewczynkę po ręce:

– Twoje? – zapytała, wyciągając zza placów wiaderko.

Dziewczynka przytaknęła.

– Proszę.

Pola usiadła na łóżku, skinęła głową w podzięce i wzięła wiaderko. Ledwie je utrzymała. Czemu ono takie ciężkie? Zajrzała do środka. W środku było zakrwawione serce. Ogromne, jak z hipopotama albo dinozaura. Bijące. Chodziły po nim białe larwy wielkości palców Poli. A Mamusia Muminka, teraz dopiero to zauważyła, nie miała oczu. Choć to nie do końca tak. Miała, tyle że zaszyte. I coś jej stamtąd ciekło. Aha, no i nie miała też serca. W miejscu serca była wielka dziura, przez którą Pola zobaczyła fragment swojego stojącego po drugiej stronie pokoju biurka i wiszący nad nim plakat Momoru Chiby. Mamusia Muminka znów sięgnęła za siebie i tym razem wyjęła łopatkę.

– Otwórz buzię – powiedziała łagodnie.

Jej krótka biała rączka zbliżyła się do twarzy dziewczynki. Pola krzyknęłaby, ale nie mogła.

– Szerzej – poprosiła jeszcze łagodniej Mamusia Muminka. – Szerzej. O tak. No, i przestań się już mazać.

Łopatka dotknęła jej ust. Była zimna, szorstka i brudna. Pola raz jeszcze spróbowała krzyknąć i chyba krzyknęła, bo się obudziła, a w uszach dźwięczał jej własny głos. Pobiegła do pokoju rodziców i wślizgnęła się pod kołdrę. Obok mamuni. Z dłonią mamuni na głowie. Wtedy się uspokoiła. Zasnęła. Wtedy właśnie spała z nią ostatni raz, bo parę tygodni później zostali z ojcem tylko we dwoje.

Ołówek znów spadł na kartkę.

– O jak… Jak… nie wiem, jak co – powiedziała zdekoncentrowana. PKO. Coś jej to mówiło. Czy to nie jest?…

Ale nie dokończyła myśli, bo coś się zmieniło. Lidka była jak zahipnotyzowana. Kołysała się w przód i w tył. Oddychała płytko i szybko, jakby dopiero co skończyła się ścigać na sześćdziesiątkę z Dziwińskim, a ołówek lądował na kartce coraz ciężej i częściej, jak nóż między palcami u tych, co byli najlepsi w pięć palców. Wskazywał kolejne litery w zawrotnym tempie, Pola nie nadążała z odczytywaniem, e, em, nie, czekaj, en, wu, boże, wolniej, prosiła, słyszysz, Lidka, przestań, wolniej, ale nadaremno, rysik podziurawił kartkę jak seria z karabinu, aż w końcu się złamał, boże, co to jest?, Lidka odrzuciła ołówek i kiwając się zamaszyście znów zaczęła mamrotać te zdania po chińsku, tyle że szybciej, jak kaseta na przyspieszonych obrotach. Pola chciała uciekać, ale co z Lidką, nie może jej tak tu zostawić samej z Balcerowiczem, tylko czy to wciąż była jeszcze Lidka, czy jakimś demon, czy za powiekami, spod których błyskały teraz same białka, miała jeszcze te swoje wielkie brązowe oczy, czy już tylko całkiem puste, jak w horrorach, albo żadne, jak Mamusia Muminka? Zakuło ją w brzuchu i zachciało jej się na kibelek. I to jeszcze jak.

– Co tak śmierdzi? – zapytała spokojnie, swoim zwykłym, ludzkim głosem, Lidka. Przestała się kołysać, zmarszczyła czoło i uważnie przyjrzała się Poli.

Po drugiej stronie drzwi suszarni, pod którymi siedziały, zachrobotał klucz. Czyjaś dłoń najwyraźniej próbowała trafić tam w zamek. Przeciągły pisk, który wyrwał się z gardła Poli, zabrzmiał jak litera a, z kolei ten z gardła Lidki bardziej przypominał i.

W chwili gdy powidok ich sukienek rozpłynął się w powietrzu, szare drzwi uchyliły się – na tyle, by oświetlić sylwetkę starego Ciechana z opróżnioną flaszką w dłoni, choć nie na tyle, by w miejscu, gdzie przed chwilą wirowały jeszcze astralne fluidy, zdołał on dostrzec ledwie dymiący kikut gromnicy wetknięty w woskowe gniazdo, ani tym bardziej by, będąc w połowie kwestii między „CO DO” a „CHUJA”, zdołał ów kikut ominąć – przeciwnie, trafił idealnie podeszwą swojego wyślizganego laczka, który z miejsca nabrał prędkości, przez co noga Ciechana odjechała w jednym kierunku, a reszta ciała w drugim i człowiek ten, różnie tu na niego zresztą mówili: tłuścioch, golem, świnia, bydlę, cham, knur, odyniec, luj, menel, wałach, nie dokończywszy zdania, przywalił tyłem swej potężnej, łysej, pofałdowanej jak u boksera łepetyny w drewniane drzwi z napisem „Suszarnia”, które z hukiem łupnęły w przeciwległą ścianę i pękły, dzięki czemu światło wpadające przez okno suszarni zdecydowanie lepiej mogło doświetlić scenę jego upadku wraz z akrobacją, jaką wykonała w powietrzu wypuszczona z dłoni butelka, przelatując między zmierzającą ku podłodze głową Ciechana a framugą drzwi, zanim wylądowała na ścianie za nim, gdzie rozprysnęła się na setki kawałków. Ciechan wyrżnął na plecy, poleżał tak kilka sekund w bezruchu, a kiedy zorientował się, że nie umarł, z jego ust popłynęło wściekłe bulgotanie, które nie zdążyło jednak ułożyć się w nic konkretnego, bo zaraz stracił przytomność. Znalazły go później dzieciaki z bloku, które zeszły do piwnicy na fajkę, i przez kolejne dni łaził jak struty, bo raz, że dostał od starej szlaban na piwnicę w komplecie z konfiskatą kluczy, a dwa, że musiał się naprawdę mocno nagimnastykować, że niby nie słyszy, kiedy jeden z drugim ziomek od ćmagi prosili go, żeby raz jeszcze opowiedział, co się stało tego dnia w piwnicy, no i że jasne, tak, tak, wiadomo, że to „jakieś gnoje bawiły się w piwnicy w dżons baksters”, a nie że się po prostu „najebał, wyjebał i rozjebał drzwi od suszarni”.

.

.

Poezja współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.
Grzegorz Hetman

.

Grzegorz Hetman. Urodzony w 1978, autor książek Putzlaga i inne wiersze (2016), Pół ciastka (2020) i Flash crash (2024). Lubinian, wrocławianin, mieszka i pracuje w Luksemburgu.

PODZIEL SIĘ