proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

Gorąca jak lód (fragment)
Ida Hrumczevsky

Cieniutka igła gładko przebija skórę. Czuję niewielkie ukłucie.
– Jestem – mówi człowiek o źrenicach czarnych jak smoła.
Delikatnie odciąga tłoczek.
Moja krew miesza się z czarnym płynem.
– Puść pięść.
Puszczam.
– Gotowy?

Kiwam głową. Powoli naciska tłoczek. Będąc tu, gdzie jestem, pomiędzy światami, nie będąc żywym, nie będąc umarłym – tęsknię. Czuję niemal wszystko to, co czułem wtedy. Widząc siebie – zastygłego w pół drogi do nieokreślonego ruchu, widząc, z jakim z trudem podnoszę głowę, żeby zwymiotować – będąc przy tym najszczęśliwszym człowiekiem we wszechświecie, wstrząsany falami orgazmów – tęsknię.

Zanim wszystko to, co było w szklanej strzykawce, znalazło się w moim ciele, już czułem, jak zmienia się wszechświat, jak miliony pochodni podpalają moje synapsy – i one płoną płomieniem jasnym i wysokim. Zanim człowiek o źrenicach czarnych jak smoła wyjął delikatnie, wręcz pieszczotliwie igłę z mego ciała i nie mniej delikatnie, z namaszczeniem, pomógł zgiąć mi przedramię, pojąłem, że znalazłem to, czego szukałem przez całe swoje życie. Zrozumiałem, że jestem małą, ale znaczącą cząstką wszechświata, cząstką złączoną w harmonii nie tylko z tym światem, ale z każdym innym. Byłem miłością. Pływałem w wodach płodowych płonącego kosmosu. W moich żyłach z nadświetlną szybkością płynęły triumfalne hordy heroinowych rycerzy z łopoczącym sztandarem zwycięstwa.

Łapczywie łapiąc powietrze, zgiąłem się wpół, padłem na twarz i umarłem – czułem, jak moje serce bijące z szybkością stu pięćdziesięciu sześciu uderzeń na minutę zatrzymuje się skurczone w ekstazie orgazmu na kilka sekund, by po chwili ruszyć na nowo w spokojnym już, wręcz sennym hipnotycznym rytmie – odurzone miłością. I tym momencie zmartwychwstałem – w nowym ciele – w ciele boga. Boga pławiącego się w rzygach. Rzygającego Boga Miłości i Jedności.
– Wszystko w porządku? – człowiek o źrenicach czarnych jak smoła nachylił się nade mną.
– Jestem bogiem – szepnąłem i wydawało mi się, że odpowiadam na kolejne pytanie, ale to tylko mój umysł wytwarzał odpowiedź. Z otchłani wyrwało mnie szarpnięcie.

– Hej, ale cię pierdolnęło, Bogiem? Cudownie, ale cię kurwa sieknęło — Chrystus z monidła nachyla się nade mną.
Odwracam się od niego i chlustam w ciemność żółcią pełną miłości. Wycieram powoli usta rękawem i zastygam w pół ruchu. Moje ciało jest takie wiotkie, cudownie rozpływa się w kosmosie. Zamykam oczy i poddaję się, jednocząc się ze wszechświatem. Fale orgazmów nie są już tak intensywne, ale wciąż czuję to pulsowanie. Moje myśli są jasne i przejrzyste, o czymkolwiek pomyślę, widzę to, w czystej postaci. Wszystko układam w swoim umyśle na swoim miejscu, w odpowiednich przegródkach i na półeczkach. Głaszczę i przytulam. Pocieszam. Mówię, że kocham. Że teraz będzie już inaczej, ponieważ jestem Miłością.

Chlustam ponownie żółcią. Otwieram oczy. Widzę człowieka o źrenicach czarnych jak smoła zaciskającego na przedramieniu pasek. Trzyma w zębach strzykawkę, uderzając dłonią w przedramię. Powoli wyjmuję radomskiego, podpalam, zaciągam się. Opuszczam rękę. Czuję, że niedopałek parzy mi palce. Papieros sam się spalił. Człowiek o źrenicach czarnych jak smoła z odrobinką rosy siedzi zgięty w pół. Zamykam oczy, dając się utulić kołysaniu kosmosu. Pod zamkniętymi powiekami tańczą pomarańczowe fraktale. Pomaga jednostajny ruch ręką, rozdrapując skórę aż do krwi. Moje ciało zaczyna swędzieć. Każde pociągnięcie dłoni jest niczym letni deszcz na rozgrzaną skórę. Wnika do nerwów, rozpala kolejne synapsy.

Otwieram oczy. Człowiek o twarzy Chrystusa z monidła przewraca się na bok – jego twarz, pełna miłości, spogląda na mnie z uśmiechem. Znowu chlustam żółcią – nie zdążyłem się wychylić i wszystko ląduje na moich spodniach. Chrystus z monidła wyciąga dłoń – zjednoczeni ze wszechświatem rozumiemy się bez słów – wsuwam pomiędzy jego palce palącego się papierosa. Sam nie pamiętam, kiedy go zapaliłem. Zastygam w nirwanie. W bezruchu kieruję całym wszechświatem, widzę swoją szczęśliwą przyszłość, panowanie nad tym wszystkim, co przyjdzie do mnie. To takie proste. Jestem zwycięzcą. Chyba zasypiam.

Małgosia nachyla się nade mną, podnosząc palcami powieki.
– Kurwa, człowieku, Ja pierdolę…
Jej słowa nikną z opadającymi powiekami i gubią się w pomarańczowych fraktalach.
– Kurwa, co ty zrobiłeś najlepszego, idioto pierdolnięty – wrzeszczy mi nad uchem.
|Otwieram, a tak bardzo mi się nie chce, ważące dwieście kilogramów każda, powieki i uśmiecham się.
– Cichoo… – szepcę – Wiem, co robię, spokojnie, tu jest tak dobrze, wiesz?

Nie mogę utrzymać ciężaru i zamykam z cichym pluskiem oczy, a moje fraktale porywają mnie, unoszą delikatnie i opuszczają. Zanurzam się w ciepłym parującym czymś, co jest moim łóżeczkiem, kołderką i kobietą, jej smakiem, aromatem. Pływam w kolorach i dźwiękach, mając ciało i zastygłe, i płynne – nie poruszam się, nie potrzebuję się ruszać, bo moje myśli poruszają całym wszechświatem, a ja jestem w jego centrum..

.

.

proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

.

Ida Hrumczevsky

.

Autor tej książki przestał istnieć dla świata na dziesięć lat. Dekadę mierzył dawkami heroiny, gramami amfetaminy i kolejnymi oddziałami zamkniętymi. Gdy wrócił, przywiózł historię, która nie dawała mu spokoju. Spisał ją, chowając się za pseudonimem – nie dla rozgłosu, lecz by chronić ludzi, których cudem odzyskał. Swoją rodzinę. Pisze pod maską, bo tylko ona pozwala na bezwzględną szczerość. Tylko jako Ida Hrumczevsky może wrócić do miejsc, o których inni woleliby zapomnieć.

PODZIEL SIĘ