Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy.

Nie ten szyk
Jacek Szafranowicz

 

 

1

 

Wystarczyło raz rzucić okiem, żeby odnieść wrażenie, że dziadek jest niezniszczalny. Chwilami myślałem, że przeżyje nas wszystkich, kiedy więc usłyszałem, że pokonał raka, nie byłem zaskoczony. Co prawda, po remisji jeszcze bardziej się skurczył, chodził znacznie wolniej, ale błękit jego oczu wciąż pełen był blasku, szorstki głos nadal miał siłę; jego dłonie, ciemne i pomarszczone, wyglądały jak mroczne dzieło sztuki.

  W poniedziałki i piątki, załatwiałem po szkole zakupy dla starszyzny. Właziłem z ciężkimi siatami na piąte piętro, co, trzeba przyznać, często dawało mi w kość. Dziadek szarpał się, żeby samemu zajmować się zakupami, ale niedomagał już na długie dystanse i jasnym było, że nie jest w stanie sprostać zadaniu. W każdy piątek babcia dziękowała mi, wsuwając do kieszeni zwinięte dziesięć zeta, mówiąc, że jestem jej „najwspanialszym wnusiem”. Chorowała na jakąś bliżej nieokreśloną przypadłość nóg, były duże i wypełnione tłuszczem, przez co posuwała się małymi kroczkami, kołysząc się lekko, trochę jak kręgiel, który cudem uniknął zbicia kulą.

  Jednego poniedziałkowego popołudnia siedziałem z dziadkiem w pokoju gościnnym. On wydawał się jakiś przygaszony, a ja łapałem oddech po wniesieniu zakupów.

  ― Edward! ― krzyknęła babcia z drugiego końca domu. Rzadko kiedy widywałem ich razem w jednym pokoju.

  ― Co jest?! ― odkrzyknął dziadek.

  W mojej rodzinie panował taki zwyczaj, że ludzie darli się do siebie przez całe mieszkanie.

  ― Lekarstwa chodź weź!

  ― Czekaj, zaraz przyjdę ― westchnął dziadek do mnie i poszedł. Wrócił za chwilę i usiadł na kanapie.

  ― Otwórz no okno, bo się świnie chce zarzynać.

  Dziadek używał czasem zwrotów, których brutalności nie łapałem do końca. Wstałem bez słowa i otworzyłem wysokie okno balkonowe. Podmuch świeżego powietrza nieco mnie orzeźwił. Na podwórzu jacyś Rumuni grali pod oknami. Porządnie odżywiony dziad doił na akordeonie, a para wychudzonych dzieci klaskała w dłonie. Brzmiało to kiepsko, ale od czasu do czasu ktoś rzucił im parę groszy, więc wyglądało na to, że niektórym się podoba.

  ― Spójrz no na ten stół ― odezwał się dziadek, wskazując palcem na środek pokoju. ― Ja, na tym stole, do rana. Ho! ― zaczął wykonywać jakieś taneczne ruchy, gibał ramionami na lewo i prawo. ― Tańce były jak trza!

  Rzuciłem okiem na stół. Zarwałby się pode mną, chuderlakiem, a co dopiero pod nim.

  ― Co, nie wierzysz?! ― rzucił, wstając z kanapy. Chyba mnie wyczuł, że nie dawałem wiary.

  ― Nie, nie, wierzę, dziadku. Usiądź… ― odparłem. ― Idę po coś do picia, przynieść coś dziadkowi?

  Dziadek tylko machnął ręką. Rumuński folk walił w uszy na całego. Dziadek uśmiechał się od ucha do ucha, wpatrzony w stół. Wyglądało na to, że w towarzystwie swoich wspomnień ma się najlepiej. To był pierwszy raz w życiu, kiedy widziałem go uśmiechniętego.

  Poszedłem do kuchni. Babcia właśnie szykowała obiad.

  ― Babciu, z dziadkiem wszystko w porządku?

  ― A co, robi coś? ― zapytała babcia z lekkim niepokojem w głosie.

  ― Nie ― odpowiedziałem. ― Ale siedzi i dziwnie się uśmiecha.

  ― Jak nic nie robi, to znaczy, że jest dobrze ― skomentowała.

  ― Ale on tak się uśmiecha jakby był… ― nie wiedziałem, jak babci powiedzieć, że wydaje mi się, że dziadek jest na haju.

  ― Ale nie robi nic?

  ― Nie.

  ― Jak nic nie robi, to znaczy, że jest dobrze.

  Parę dni później upał był jak cholera, a zakupy okazały się cięższe niż zwykle. Dobrnąłem do mieszkania, postawiłem siaty z zakupami na stole w kuchni, napiłem się coli i poszedłem do pokoju gościnnego, żeby walnąć się na kanapę. Dziadek, zauważyłem kątem oka, relaksował się na fotelu bujanym, sącząc przez słomkę mrożoną herbatę. Byłem mocno zmachany, zdjąłem bluzę. Leżałem w koszulce przedstawiającej Jezusa z głową nabitą gwoździami. Oddychałem ciężko.

  ― Dalej chodzisz w tych łachach ― rzekł dziadek. Czułem na sobie jego ostre spojrzenie.

  ― Dziadku, nie dzisiaj…

  ― Ja wiem, czego ci trzeba ― rzekł twardo, po czym zerwał się z fotela i lada moment grzebał już za czymś w potężnej trzymetrowej szafie.

  ― Chodź no tu ― spojrzał na mnie z powagą.

  ― Dziadku, naprawdę, nie dziś, ja…

  ― Chodź, mówię!

  Chwilę potem stałem już przed jajowatym lustrem w marynarce, lekko o dwa numery za małej. Wyglądałem jak idiota.

  ― Psiakrew, ty jednak wyrośnięty jesteś ― zaobserwował dziadek. ― Ale czekaj, szukamy dalej.

  Zabrał się z powrotem do przeglądania szafy. Nigdy go takim nie widziałem, sprawiał wrażenie nawiedzonego, ale jednocześnie, mimo całej powagi i wysiłku jaki w to wkładał, czułem, że to, co robimy sprawia mu frajdę. Wkładałem na siebie kolejne marynarki, ale ledwo co wlazłem w jedną, on zaraz kiwał głową i rzucał mi kolejną.

  ― Ta! ― wskazał palcem, jak wbiłem się w jedną granatową marynarkę. Nie było w niej niczego szczególnego, oprócz tego, że była ciaśniejsza od poprzednich. Dziadek chwycił za szczotę i przejechał mi nią po grzbiecie, aż zadrżałem. Dwa mole wyleciały mi spod rękawów i zawirowały w powietrzu, ciesząc się z nowo odzyskanej swobody.

  ― Przymierz! ― właśnie wkładałem na siebie spodnie, kiedy dziadek rzucił w moim kierunku jakieś stare skórzane buty. Nie dość, że były o trzy numery za małe, to jeszcze dodatkowo nie miały wkładek.

  ― I jak? Dają się włożyć, skurczysyny? ― pytał dziadek.

  Trochę żal mi się zrobiło mojego platfusa.

  Wreszcie z bólem w stopach i ramionach podszedłem ponownie do lustra. Czterdzieści lat temu pewnie można było się w tym garniturze pojawić na dancingu i zapomnieć na parę godzin, że na co dzień pracuje się w fabryce garnków; buty, gdyby je podreperować przy czubach u szewca i porządnie wypastować, też z powrotem nabrałyby klasy. Ale teraz cały ten ubiór był bezużyteczny. Dziadek patrzył badawczo; jego oczy biegały między mną a odbiciem w lustrze jak piłeczki pingpongowe, błyszcząc w świetle dnia. Wyglądałem po prostu komicznie, wręcz groteskowo, ale w tej jednej chwili, kiedy spojrzał na mnie z uśmiechem, zdawało się to nie mieć najmniejszego znaczenia. Obserwowałem go, czekając na werdykt, a on patrzył na mnie coraz bardziej nieobecnym wzrokiem, jakby odpływał w błękicie własnych oczu.

  ― Edward! ― krzyknęła babcia. ― Leki przyjdź weź!

  Dziadek oderwał wzrok od lustra, poniósł parę ciuchów z podłogi i rzucił od niechcenia na kanapę.

  ― To jeszcze nie ten szyk. Jeszcze nie. Ale mamy czas ― mamrotał, wychodząc z pokoju. ― Mamy czas…

   I tak to w pewnym momencie zaczęło wyglądać: ja proponowałem, aby dziadek opowiedział mi jakąś historię, albo żebyśmy zagrali w młynek, a on zawsze wolał te swoje buty i garnitury. I działo się tak, jak mówił. Nigdy nie pytałem, kiedy znajdziemy właściwy szyk. Z biegiem czasu wyczerpaliśmy wszystkie możliwe opcje, ale nie miałem serca powiedzieć mu, że kręciliśmy się w kółko albo że on nie może się zdecydować.

  Jednego dnia, stojąc przed lustrem, zauważyłem w odbiciu babcię, jak szła z talerzem malin przez korytarz do swojego pokoju. Spojrzała na mnie, ubranego jak strach na wróble. Aż upuściła talerz.

  ― Edward, co ty wyprawiasz?! ― krzyknęła, wchodząc do pokoju.

  Dziadek spojrzał na nią i cały się zmarszczył czole i policzkach.

  ― Co wyprawiam, co wyprawiam! Szukam!

  Wlazł już całkiem do tej szafy i wyrzucał z niej kolejne ciuchy na podłogę. Niewiele brakowało a dostałbym paskiem w ucho.

  ― Edward, co ty chłopakowi głowę zawracasz! Zdejmij to, ale już! ― zwróciła się do mnie.

  Zdjąłem posłusznie marynarkę, wydostałem się z butów.

  ― Chłop w jego wieku musi wyglądać! ― tłumaczył dziadek. Ale się wtedy wściekł. ― Kto go ma nauczyć?! Ja go nauczę! Niebawem tańce, dziewczyny, a on co, w łachach chodzi, sama popatrz!

  Babcia chwyciła go za ramiona i wyciągnęła z wnętrza szafy. Dziadek nie stawiał oporu. Chciałem pomóc, ale babcia dała znak ręką, że sama sobie z nim poradzi.

  ― Chodź, weźmiesz leki, położysz się ― wzięła go pod ramię.

  ― Już niebawem znajdziemy tobie garnitur! ― krzyknął do mnie.

  ― Dobrze, dziadku.

  ― Będziesz miał szyk jak trza!

  Bardzo wolnym krokiem wyszli z pokoju. Babcia zamknęła za nimi drzwi. Stałem sam pośród walających się dokoła marynarek, spodni, pasków, wpatrując się w szafę. Była bardzo ciemna, wyglądała jak grobowiec.

                                         2

Tematów butów i garniturów prędko rozszedł się po rodzinie. Mój ojciec chciał interweniować. Na jednym rodzinnym spotkaniu słyszałem, jak mówił w kuchni do babci: „Jak się będzie pytał dzieciaka o buty i garnitury, to powiedź ojcu, że na mnie pasuje wszystko, że ja biorę wszystko, i będzie spokój!”

  Ostatecznie dorośli doszli do wniosku, że starą szafę trzeba zamknąć na klucz. I jak postanowili, tak zrobili.

  Od tamtej pory dziadek niewiele mówił. Większość czasu spędzał w kuchni, patrząc za okno. Babcia przynosiła mu leki i szklankę wody, i pilnowała, aby wszystko dokładnie połknął.

                                         3

― Ale masz szyk ― odezwał się do mnie dziadek, kiedy jednego razu, parę lat później, jedliśmy w kuchni zrazy z pieczywem i popijali kompot z wiśni. Miałem na sobie białą koszulę, czarne spodnie w kant i połyskujące półbuty, ciemną marynarkę powiesiłem na haczyku, którego babcia używała do suszenia grzybów. Siedzieliśmy przy wąskim kuchennym blacie na samym końcu kuchni, twarzami do okna ― dziadek na swoim ulubionym miejscu, w kącie, na drobnym dębowym taborecie. Ilekroć brał mięso do ust, pochylał się lekko, jakby w obawie, że coś z widelca mogłoby spaść na podłogę. Przez uchylony lufcik wlatywało chłodne powietrze. Dzielił nas ledwie metr odległości, a mi wydawało się, że on jeszcze bardziej się skurczył, przypominał teraz miniaturę swojej postaci.

  Cieszyło mnie, że pamięta o butach i garniturach.

  Jedliśmy w milczeniu. Dziadek zagarnął ciemny sos resztką chleba, przeżuł bez pośpiechu, odsunął swój talerz i przetarł dłonią usta. Za chwilę otworzył małą szafkę pod swoimi nogami i wyjął Męskie. Wyciągnął z paczki jednego papierosa, wysunął drugiego i skierował w moją stronę. Wyciągnąłem go i włożyłem do ust. Dziadek zapalił zapałkę. Paliliśmy w milczeniu. Dziadek głęboko zaciągał się papierosem, patrząc zamyślonym wzrokiem za okno. Gęste białe chmury kłębiły się w jego oczach.

  Od czasu do czasu przerywał ciszę, mówiąc: „Taaak…”

  W pewnej chwili do kuchni weszła babcia.

  ― Skończyliście tu już? Mogę podać herbatę i delicje? ― spytała spokojnym tonem.

  Nie odpowiedziałem. Dziadek dalej patrzył za okno. Babcia zapytała ponownie.

  „Taaak…”

                                         4

Ojciec pastował buty mocnymi, energicznych ruchami. Chwilami miałem wrażenie, że czuję tę szczotkę na grzbiecie, kołnierz zapięty na ostatni guzik uwierał bez litości. Rozpiąłem go, krawat nad którym mocowałem się od pół godziny rzuciłem w kąt. Ojciec wstał z krzesła i skierował się w moją stronę. Odszedłem do lustra, żeby mógł się w nim przejrzeć.

  ― Jak wyglądam? ― spytał, unosząc lekko brodę.

  Ubrany był w drogi, czarny jak smoła garnitur. Nawet koszulę miał czarną.

  ― Dobrze ― kiwnąłem lekko głową.

  Odwrócił się do mnie i zdjął mi długi włos z ramienia, poprawił kołnierz.

  ― Tylko się nie spóźnij ― rzekł do mnie.

  ― Nie spóźnię się ― odparłem.

  Ojciec wyszedł z mieszkania.

  Nie mogłem doczekać się, kiedy będzie już po wszystkim i będę mógł wyleźć z tych ciuchów.

  Wyjąłem piwo z lodówki, wypiłem paroma długimi łykami, wziąłem miętową gumę do żucia, zgarnąłem klucze z komody i wyszedłem.

  W kościele było bardzo wilgotno, szarpały mną dreszcze. Usiadłem w ostatnim rzędzie. Rozpoznawałem, to tu, to tam, bliższą i dalszą rodzinę.

  Trumna leżała parę metrów od ołtarza, na środku sali. Po mszy wstałem, żeby podejść do niej. Leżał tam, otoczony bukietami świeżych kwiatów. Wrzucili go w tę granatową marynarkę, której ciasnotę pamiętałem tak dobrze. Była na niego o dwa numery za duża, ledwo dało się zobaczyć jego dłonie.

   Wyglądał jak mały chłopiec. Sprawiał wrażenie, jakby spał tym głębokim snem, jakim tylko dzieci potrafią spać.

 

Gdańsk, 2012

   

Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy.
fot. Martyna Chmura

 

Jacek Szafranowicz ― ur. 1983, publikował m. in. w „Zeszytach Poetyckich”, „Kinie”, „Autografie”, „Korespondencji z ojcem”, „Blackastrialu” i „Helikopterze”.

PODZIEL SIĘ

Do góry