Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy.

Uśmiech
Jacek Szafranowicz

 

 

  Wczoraj śnił, że matka zmarła, a on uśmiechał się. Kiedy się zbudził, zadzwonił do niej, żeby wyznać, że nigdy nie chciał się wyprowadzać. Ale następnego dnia było już za późno.

  W słuchawce ton prawnika był rzeczowy, ale też ciepły. Jakkolwiek żenująco by to nie zabrzmiało, dobrze, że pan dzwoni, nie miałem do pana kontaktu. Mieszkanie zostało zapisane panu w testamencie. Proszę jak najszybciej tu przyjechać ― tłumaczył.

  Słyszał dudnienie własnego serca, jak walenie pięścią do drzwi.

  Zgodził się. Miał dość tego ciasnego pokoiku, który wynajmował od trzech lat, a w którym przemykał jak duch, żeby nie zbudzić współlokatorów, nie niepokoić gospodarza. Włożył do torby parę płyt i książek, które były mu bliskie, trochę ciuchów, w których czuł się najlepiej. Całą resztę mogli sobie wziąć ― meble, telewizor i tym podobne. Chciał stąd wyjść raz a porządnie, tak jak to zrobił trzy lata wcześniej, kiedy wyprowadzał się od matki.

  Jego myśli biegały we wszystkich kierunkach, jak dzieci przygotowujące się do kolejnej rundy w chowanego. Zapłacił taksówkarzowi, wysiadł z auta i rozejrzał się po podwórku. Nie było go tu od czasu wyprowadzki, a miał wrażenie, jakby był tu wczoraj. Mimo ciepłej pogody, ławki stały puste. Nic się nie zmieniło, tylko rdza na starym placu zabaw coraz śmielej wyjadała kolor. Mieszkali tu głównie starzy ludzie, widać było niektórych ― oparci łokciami o parapety, patrzyli martwo przed siebie.

  Sięgnął odruchowo do kieszeni po klucze, ale po chwili uzmysłowił sobie, że ich nie ma. Matka nigdy nie dała mu własnych kluczy do mieszkania. Zadzwonił domofonem. Parę sekund później usłyszał cichy brzęczyk. Pchnął drzwi i wszedł na klatkę.

  Szedł po schodach w napięciu, powoli, jakby ostrożnie. Na wysokości trzeciego piętra nabrał obaw, że jeśli zrobi jeden niewłaściwy krok, schody zawalą się pod nim. Będzie na nie patrzył, z dołu, przygnieciony gruzem, bezradny. Przypomniał sobie jak na krótko przed wyprowadzką grał z matką w Jengę; wyciągał najtrudniejsze klocki ze struktury, aby razem mogli zbudować możliwie najwyższą konstrukcję. Ale dłonie matki były słabe; czuł jak napinała palce, żeby wyciągnąć każdy kolejny element. Widział, jak skóra dłoni robiła się blada, słyszał przyspieszone bicie jej serca. Kiedy budowla zawaliła się, matka chwyciła go za dłoń, ścisnęła z całej siły, mówiąc, że ją oszukał ― tamten klocek, który właśnie chciała wyciągnąć był przeznaczony dla niego.

  Jej dłonie były zimne.

  To był ostatni raz, kiedy siedzieli naprzeciw siebie.

  ― Wynająłem ludzi, którzy pomogą panu uprzątnąć ten bajzel ― powiedział prawnik, wręczając mu klucze, kiedy znalazł się w mieszkaniu. Były ciepłe i lekkie jak piórko.

  Stali we dwóch na środku dużego pokoju, patrząc na potężne sterty gazet, rachunków i pustych opakowań po jedzeniu. Przypominało to miniaturę wielkiego miasta, pełnego drapaczy chmur.

  ― Jedni nazywają to zbieractwem ― dodał prawnik po dłuższej chwili. Ja bym to po prostu określił samotnością, ale, z drugiej strony… cóż ja tam wiem, nie jestem psychiatrą.

  ― Matka nie lubiła się z niczym rozstawać ― skomentował sucho. Jeszcze raz ogarnął wzrokiem przestrzeń pokoju. Świeże powietrze z otwartych drzwi balkonowych z trudem przebijało się przez zawiesisty fetor resztek przeterminowanego jedzenia.

  ― Pomoc nie będzie mi potrzebna ― oznajmił.

  ― Jest pan pewien?

  ― Jestem pewien.

  ― Dobrze, w takim razie odwołam ich. A może teraz przejdziemy do kuchni? Potrzebuję od pana kilku podpisów.

  ― Jeszcze nie podjąłem decyzji.

  ― Mówił pan, że…

  ― Pamiętam, co mówiłem.

  Przeszli wolnym krokiem do przedpokoju. Było tu ciemniej niż w dużym pokoju.

  ― Cóż, zostawiłem kopię umowy na stole w kuchni, proszę dokładnie ją przejrzeć. Nie żebym pana poganiał… po prostu przez telefon wydawał się pan zdecydowany.

  On nic nie odpowiedział.

  Prawnik zdjął z wieszaka prochowiec i włożył na siebie, za moment chwycił za neseser.

  ― Gdyby pan czegoś potrzebował… czegokolwiek, mam na myśli, proszę natychmiast dzwonić.

  ― To jedyne klucze do mieszkania?

  ― Tak.

  Prawnik otworzył drzwi wejściowe.

  ― Jeszcze raz proszę przyjąć wyrazy współczucia. Pana matka… ― mężczyzna szukał słów. Po chwili jednak zrezygnował. ― No cóż… do widzenia.

  ― Do widzenia.

  Zamknął za prawnikiem drzwi i przekręcił klucz w zamku. Na przedpokoju panowała dziwna atmosfera chłodu i duchoty. Zapalił światło, odchylił lekko głowę, zamknął oczy i odetchnął. Odwrócił się, żeby pójść do kuchni i nalać sobie szklankę wody.

  I wtedy go zobaczył, wiszącego na ścianie nad małą komodą, jak zawsze, tuż obok drzwi do kuchni.

  Mały blondynek, nie mógł mieć więcej niż sześć, może siedem lat. Przeszedł go gwałtowny dreszcz, jakby prąd kopnął go w serce i krwiobiegiem rozprzestrzenił się po reszcie ciała. Przed wyprowadzką fotografia nie wzbudzała w nim żadnych emocji; nie pamiętał nawet gdzie została zrobiona. Teraz wszystkie wspomnienia wróciły do niego jedną falą.

  To było ostatnie ze zrobionych wtedy zdjęć; w każdym z poprzednich coś się matce nie podobało. Godzinami ustawiała go, przeczesywała włosy z jednej strony na drugą, poprawiała koszulę albo kazała włożyć inną. Życzyła sobie także, aby naśladował jej uśmiech. On nie lubił jej uśmiechu. Nie podobał mu się. Nie chciał takiego uśmiechu na swojej twarzy. Sam fakt, że musiał mu się przyglądać, sprawiał, że najchętniej wstałby z krzesła i roztrzaskał jej aparat.

  Przez moment kiedy tak stał i myślał o tym, miał wrażenie, że to zrobił.

  Że jego usta układały się w jej uśmiech.

  Zdjął portret z gwoździa, odwrócił go tyłem i wsunął w szczelinę za komodą.

  Wszedł do swojego pokoju. Wszystko było w nim dokładnie tak jak wtedy, gdy się wyprowadzał. Podszedł do stołu i przejechał po nim palcem, zgarniając warstwę kurzu. Ślad przypominał wąską, jednokierunkową drogę, gdzieś pośród szarego pustkowia. Ogarnęło go zmęczenie. Jednym ruchem ręki zerwał z kanapy stęchły koc, położył się i zamknął oczy.

  Zbudził go telefon. Irytujący dzwonek sprawił, że zerwał się do dużego pokoju, żeby podnieść słuchawkę. Fetor śmieci uderzył go w nozdrza, aż musiał usiąść na podłodze.

  ― Mam nadzieję, że pana nie zbudziłem ― odezwał się prawnik.

  ― Zbudził pan, ale to… to już bez znaczenia. O co chodzi?

  ― Parę minut temu dostałem telefon od klienta. Nalegał, żeby zobaczyć dziś mieszkanie. W południe, powiedźmy. Czy będzie to możliwe?

  Rozejrzał się po pokoju. Ostre światło przebijało się przez brudne zasłony, obrzucając wszystko kolorem zgniłej pomarańczy. Nigdzie nie mógł dostrzec zegarka.

  ― Która jest godzina?

  ― Ósma rano, proszę pana.

  Uzmysłowił sobie, że musiał przespać całe wczorajsze popołudnie, wieczór i noc.

  ― Udało się panu ogarnąć chociaż trochę duży pokój?

  Wstał.

  ― Nie… jeszcze nie. Będziemy się musieli z tym wstrzymać.

  ― Powiadomiłem klienta, że mieszkanie jest do generalnego remontu. Widzi pan, nie chciałbym, żeby pan mnie źle zrozumiał… Zdaję sobie sprawę, że to delikatny czas dla pana, zwłaszcza, że jutro ma odbyć się pogrzeb…

  ― Pogrzeb? Jutro?

  ― No tak, wszystko jest już przygotowane, tak jak deklarowałem. Rozmawialiśmy o tym.

  Zalała go fala zażenowania, że zadał to pytanie. Nie kojarzył, aby prawnik choćby słowem wspomniał o pogrzebie. Po obu stronach zapadło milczenie.

  ― Zdaję sobie sprawę ― przerwał ciszę prawnik ― w jakiej musi się pan obecne znajdować sytuacji… Proszę jednak zrozumieć, że suma, którą nam się proponuje jest bardzo, bardzo korzystna i w tych okolicznościach jest moim obowiązkiem zadbać o to, aby oddał pan mieszkanie na najlepszych możliwych warunkach. Nie chce pan przecież mieszkać w tym mieszkaniu, prawda?

  ― Nie… Znaczy się, nie jestem pewien.

  ― Mój cel jest taki, aby nie musiał się pan więcej martwić w życiu o pieniądze. Nasz klient stwarza przed panem taką perspektywę. Rozpisałem już wstępny plan, jak rozlokować pieniądze po transakcji…

  Poczuł zmęczenie, oddech przychodził coraz trudniej.

  ― Proszę przyjść z klientem w południe ― uciął prawnikowi i rzucił słuchawkę.

  Wszedł do łazienki, puścił wodę z kranu, obmył twarz, przepłukał gardło. Krople opadały mu z brody, uciekały prędko na dno umywalki. Wycierał mocno twarz twardym, nieświeżym ręcznikiem. Przyjrzał się sobie w lustrze. „Powinieneś się więcej uśmiechać”, przypomniał sobie słowa matki. Zawsze tak o tym zaczynała ― jeszcze łagodnym, ale już zdecydowanym tonem.

  Próbował się uśmiechnąć.

  Uśmiechaj się! Słyszysz?! Do uśmiechu nie trzeba powodu! – te krzyki, kiedy mu nie szło, pamiętał najsilniej. Wszystko jest lepsze, kiedy się uśmiechasz!

  Próbował, ale bez skutku. Bladą cerę oblał rumieniec, woda napłynęła do oczu; jego oblicze rozmyło się przed nim ― wyglądał jak biała ściana po której spływała krew.

  Kiedy następnego dnia stał na cmentarzu przed dołem wykopanym w ziemi, był sam. Nagrobki odbijały lekko promienie popołudniowego słońca. Trzask zamykanych drzwi samochodu sprawił, że podniósł wzrok. Prawnik szedł w jego stronę szybkim, mocnym krokiem. Chwycił go pod ramię. On nie stawiał oporu.

  ― Zdajesz sobie sprawę, gówniarzu, co zrobiłeś?! ― szarpał nim, czerwony ze złości.

  On pamiętał dokładnie. Parę godzin wcześniej pokój pełen śmieci stanął w płomieniach. Wyglądało to jak apokalipsa, a on czuł radość, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczył. Schodząc pewnym krokiem po schodach wyobrażał sobie jak płonie jego portret. Jak pod wpływem silnego gorąca zawija się w rulon, jak stary plakat filmu, który wyszedł z repertuaru. Wyobrażał sobie jak czarne opiłki popiołu połyka wysoki ogień.

  ― Pytam! ― powtórzył ostro prawnik.

  Ogarnął go strach, uśmiechnął się, lekko. Próbował się powstrzymać, starał się.

  ― Myślisz, że to zabawne? Nie będę cię bronił w sądzie, nie, to niedorzeczne! Ja czułem! Ja czułem, że ty jesteś jakiś dziwny!

  Radiowóz policyjny wyłonił się zza zakrętu i zaparkował obok samochodu prawnika.

  ― Chociaż przestań się uśmiechać!

  Ale on nie potrafił przestać.

 

Gdańsk, 2012

 

 

Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy.
fot. Martyna Chmura

 

Jacek Szafranowicz ― ur. 1983, publikował m. in. w „Zeszytach Poetyckich”, „Kinie”, „Autografie”, „Korespondencji z ojcem”, „Blackastrialu” i „Helikopterze”.

PODZIEL SIĘ

Do góry