Drugi dzień wiosny A.D. 1983 to taki czas w roku, kiedy pewnemu chłopakowi o bardzo ładnych dłoniach przywidzi się, że umrze, i prawie mu się to uda – zarówno realnie, jak i w sferze młodzieńczych afektacji – i kiedy 25-letni starzec o dłoniach jak łopaty dosłownie otrze się o śmierć, a ten trzeci, który do tej pory trzymał w garści całą Kotlinę Jeleniogórską i nią potrząsał, nawet oburącz nie będzie w stanie powstrzymać własnego serca przed niebiciem. (I jak to na wojnie: najbardziej ucierpią na tym kobiety). Zarazem wszyscy trzej zaczną tego dnia nowe życia: w świecie poszerzonym o wymiar miłości i ideę struktur, w świecie zredukowanym do paru miejsc i ścieżek, pomiędzy którymi trzeba przemykać ukradkiem jak szczur, a nawet w zaświatach (tam to dopiero jest życie!). Co zaś do Kotliny: stanie się ona na chwilę centrum dowodzenia wszechświatem i sceną intergalaktycznej intrygi, której nie wymyśliliby ani Steven Spielberg, ani Terry Gilliam, choćby zjedli tysiąc kotletów. Takiego Bieruta, na takich obrotach, raczej jeszcze nie znaliście.
Grzegorz Hetman
O ile w fizyce teoria strun — jak przewiduje bohater powieści w roku 1983 — okaże się ślepą uliczką, o tyle w nowej prozie Jacka Bieruta koncepcja ta ma się chyba całkiem nieźle. I to nie dlatego, że Drugi dzień wiosny zaludniają tak liczni gitarzyści — od rockowych szarpidrutów po muzyków klasycznych — ale dlatego, że podczas lektury nie opuszcza nas wrażenie, iż ten przedziwny splot zdarzeń, motywów i powiązań stanie się całkowicie zrozumiały, gdy tylko przestawimy się na nieco bardziej wyrafinowany model wszechświata; i że nastąpi to już zaraz, za kilka stron.
Dominik Bielickich
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu docelowego.