DSC_0080

Jacek Bierut
Wrocław literatury

Gdyby ludzkość dotąd nie wymyśliła literatury, prawdopodobnie w naszych czasach we Wrocławiu by tego błędu nagle nie naprawiono. Jednak z całą pewnością możemy przyjąć, że w tym mieście w drugiej połowie XX wieku dwa razy wymyśloną ją na nowo. Co więcej, zrealizowano, a nawet wyczerpano możliwości tych odkryć.

Warto o tym wspomnieć, bo w tej mocno wyeksploatowanej dziedzinie ludzkiej aktywności nie są to zbyt częste zjawiska. W polskiej prozie w tym czasie, jak sądzę, zdarzyło się to tylko raz (jeśli przymknąć oko na element wyczerpania możliwości – trzy razy). Niestety, nie we Wrocławiu. Polskiej poezji tego okresu przytrafiło się to trzykrotnie (a nawet czterokrotnie, jeśli znów przymkniemy oko). Trzymajmy się jednak tego, co (niemal) wydaje się pewne. Jeden plus trzy. Leopold Buczkowski plus Witold Wirpsza i dwaj wspomniani wrocławianie. Jeśli w połowie przypadków zdarzyło się to we Wrocławiu, może to świadczyć o pewnej wyjątkowości tego miejsca. Co więcej, możemy także liczyć na prawo serii. Jeśli coś szczególnie wyjątkowego w jakimś miejscu i w dość krótkim czasie wydarza się raz, niekoniecznie się powtórzy, jeśli jednak wydarzy się ponownie, możemy się spodziewać kolejnych zaskoczeń. Teoretycy i badacze zjawiska serii zwykle tłumaczą takie wypadki ingerencją nieznanej siły (najczęściej fizycznej) lub nieodkrytą regułą statystyczną. Wydaje mi się, że w przypadku wrocławskich literackich objawień oba tłumaczenia są uzasadnione i mają zastosowanie, tyle że ta siła nie jest wcale taka nieznana, a reguła też nie jest zapewne nieodkryta (chociaż być może nigdy nie została na potrzeby tego zagadnienia sformułowana). Wrocław jest po prostu miastem wyjątkowym, choć nie jest to zasługa samego miejsca lub jego mieszkańców. Magii i „magiczności” również nie ma potrzeby w to mieszać.

W 1945 roku niemal równocześnie na mieście zostało dokonanych kilka zbrodni, masakr i bardzo drastycznych operacji. Zaczęło się od kilku fal zniszczenia fizycznego, poprawiono zniszczeniem mentalnym i duchowym. Wreszcie etnicznym i politycznym. By wszystko zwieńczyć próbą mechanicznej, wręcz brutalnej reanimacji, by nie rzec reinkarnacji. Żeby nie przedłużać tego przykrego wątku, powiem tylko, że w zniszczonym przez swoich i obcych mieście dokonano niemal całkowitej wymiany ludności. W poprzednim zdaniu mógłbym właściwie pominąć słowo „niemal” i nadal nie mijałoby się z prawdą. Cała operacja została wymyślona, doprecyzowana i doprowadzona do stanu realizacji w zaciszu politycznych gabinetów, niestety, bez udziału Niemców i Polaków, dotychczasowych i nowych mieszkańców miasta. Nie było żadnej możliwości odwrotu, żadnej możliwości sprzeciwu, żadnego pola negocjacji. W perspektywie nie było przy tym także poczucia nieodwracalności zdarzenia, a nawet stabilizacji sytuacji. Tymczasowość, niepewność i doraźność. Na takich fundamentach powstał Wrocław, jaki dziś znamy.

Nowi mieszkańcy to w założeniach miała być swoista elita, dotychczasowi obywatele Lwowa, Wilna, Tarnopola i innych miast i miasteczek odebranych Polsce przez stalinowską Rosję. Niestety, założeń nie udało się wypełnić. Z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że w czasie II Wojny Światowej tę elitę Rosjanie mocno przetrzebili. A także dlatego, że miasto było tak zniszczone, że potrzeba było naprawdę silnych powodów, żeby tu zamieszkać. W pierwszych latach osiedlili się tu głównie małorolni chłopi z centralnej Polski, liczący na cywilizacyjny awans, a także różnego rodzaju desperaci i poszukiwacze przygód i lepszej, choć niepewnej przyszłości. Miasto stało otworem. Żeby zostać wrocławianinem, wystarczyło wysiąść tu z pociągu i postawić walizkę na peronie.

Nowi mieszkańcy porzucali swoje dotychczasowe przyzwyczajenia, gdyż w nowych okolicznościach przestawały one działać. Szukali rozwiązań. Otwierali się na siebie i innych. Pojawiało się coraz więcej niespodziewanej energii naddanej. Właściwie wszystko trzeba było ułożyć zupełnie od początku. Nawet to, że Wrocław stracił na jakiś czas swój dotychczasowy wielkomiejski charakter i że musiał się odradzać w reżimowym systemie „socjalistycznym”, nie zatrzymało wzrostu tej niespodziewanej pozytywnej energii. Ta potrzeba definiowania wszystkiego na nowo trafiła także do literatury. Tak jak ludzie porzucali nagle hodowlę drobiu, trzody chlewnej i rogacizny w swoich nowych łazienkach i piwnicach (co przez pewien czas nawet w centrum Wrocławia było zjawiskiem dość powszechnym), tak też (przynajmniej niektórzy) potrzebowali nowej literatury.

Wszystko, co do tej pory tu napisałem, jest uproszczeniem i przejaskrawieniem. Szczególnie w kwestii powołanej tu hierarchii. Literatura polska po 1945 roku starała się najpierw ocaleć przed gwałtem socrealizmu, zaraz potem przede wszystkim potwierdzić, rozwinąć i dopracować przedwojenne kanony. Nawet twórcy awangardowi nie sabotowali znanych już wcześniej mechanizmów i osiągnięć literatury. A ta stawała się coraz lepiej konstruowana i coraz bardziej przewidywalna, poruszająca się w zaklętych kręgach znanych sposobów stawiania pytań do znanych odpowiedzi lub do ustalonego wcześniej braku odpowiedzi. W dodatku w reżimowym państwie została zaprzężona do utylitarnych walk lub tylko sporów i oporów politycznych, i to w całym wachlarzu odcieni, od merkantylnego po niemal heroiczny. Literacka Nagroda Nobla dla Czesława Miłosza ten zaklęty krąg utwierdziła i uszczelniła. Nobel dla Wisławy Szymborskiej przyszedł na szczęście troszkę zbyt późno i nie doszło do skamieliny, czegoś co można porównać do domu dziennej opieki dla niezbyt zasobnych seniorów. Ale tak okrzepła podstawowa i dość powszechna hierarchia i (już) historia literatury, w której nasi bohaterowie (a szczególnie pierwszy z nich) nie otrzymali znaczących pozycji. Niemniej czas najwyższy ten porządek kwestionować. Wrocławianie, Tymoteusz Karpowicz i Tadeusz Różewicz (obok wspomnianych już Leopolda Buczkowskiego i Witolda Wirpszy) to najważniejsi polscy pisarze drugiej połowy XX wieku.

Karpowicza i Różewicza (poza miejscem zamieszkania) łączy niewiele. Właściwie głównie to, że żaden nie widział potrzeby (albo możliwości) wpisywania się w zatwierdzone, uświęcone i powszechnie obowiązujące poromantyczne lub modernistyczne kanony literackie. U obu u podstawy wiersza leżał opór przed zastaną retoryką, a nawet dość precyzyjnie ustaloną i coraz bardziej wyjałowioną instytucją tekstu poetyckiego. Łączy ich także to, że mimo niekwestionowanych osiągnięć w zasadzie wyczerpali odkryte i wypracowane przez siebie możliwości. Znamienne jest, że dla obu, pomimo licznych prób, nie można wskazać ani jednej wartościowej kontynuacji.

Rysem wspólnym może być także to, że obaj nie przepadali za sobą. Kiedy w 2000 roku po dwudziestu siedmiu latach niewidzenia spotkali się przypadkiem w Karkonoszach, porozmawiali ze sobą tylko około pięciu minut. Zdarzenie miało miejsce pod schroniskiem Samotnia. Pogoda była dobra. Mogli usiąść, napić się herbaty i pogawędzić. Mogli zejść wspólnie, bo Karpowicz wracał już ze Śnieżki, a Różewicz nie wybierał się wyżej, chciał tylko dotrzeć w to właśnie miejsce, do Małego Stawu. Tak się nie stało, schodzili osobno. To było ich ostatnie spotkanie.

Tymoteusz Karpowicz (1921 – 2005) urodził się na Wileńszczyźnie, zmarł z Chicago. We Wrocławiu mieszkał dwadzieścia cztery niezwykle twórcze lata. Zostawił po sobie dzieło, o którym pisanie czegokolwiek z pozycji czytelniczej, krytycznoliterackiej a nawet historycznoliterackiej jest z góry skazane na jakiś błąd. Jacek Gutorow (parafrazując Karpowicza, piszącego o innym poecie) sformułował zdanie „Poezja Tymoteusza Karpowicza to projekt nie do wiary”. Właściwie, żeby być pewnym tego, co o nim się pisze, należałoby tylko ograniczyć się do podstawowych faktów. Najbezpieczniej byłoby podać tylko tytuły książek i daty ich wydania. Nawet takie, wydawałoby się, łatwe do sprawdzenia wątki, jak choćby „w jaki sposób Karpowicz stracił dłoń?” lub wątek rzekomego „wypędzenia” go z Polski w 1973 roku (przez wrogów, przez zawistników, wreszcie przez komunistyczny opresyjny system, a może jednak przez fatalne przyjęcie jego najważniejszej jak dotąd książki, Odwróconego światła, lub „samowypędzenie” z powodu ucieczki przed własnym twórczym wyczerpaniem) są trudne lub wręcz niemożliwe do jednoznacznego rozstrzygnięcia. Karpowicz był twórcą totalnym na niespotykaną (przynajmniej w literaturze polskiej) dotąd skalę. Krytyka literacka niemal natychmiast przypięła mu łatkę lingwisty, co go chyba denerwowało i co jest absolutną nieprawdą. Owszem, posługiwał się językiem w nieznany dotąd sposób. Miał w tym jednak cel zupełnie inny od „posługiwania się językiem w nieznany dotąd sposób”. Można to nazwać, tak jak sam w spontanicznej i luźnej rozmowie z Mirosławem Spychalskim to sformułował, „całościowym widzeniem rzeczywistości” albo „poszukiwaniem możliwości przekroczenia granic poznania dotychczas nieprzekroczonych i uważanych za nieprzekraczalne”, ale nawet te odautorskie próby nazwania owego celu wydają mi się obarczone błędem. Teraz powinienem napisać zdanie, które w końcu coś wyjaśni. Łatwiej jednak napisać, jakim był człowiekiem. Według mnie był esencjonalnym romantykiem z gruntu odrzucającym romantyzm. Kimś kto całkowicie pragmatycznie prześledził główne nurty z ważniejszymi dopływami wszystkich najważniejszych humanistycznych (ale także logicznych, w dużym stopniu też matematycznych i przede wszystkim biologicznych – z botaniką i dendrologią na czele) wątków i wysadził je w powietrze. Nie o zniszczenie jednak w tym trwającym dziesięciolecia akcie twórczym (ale też egzystencjalnym) chodziło. Szło raczej o to, żeby zobaczyć to, co chociaż w szczątkowej formie ocaleje. Szło także o to, żeby odkryć porządek zgliszcz. Porządek naturalny. Odrzucić wszystko to, co w nim losowe. Zakwestionować przy tym wartość narzędzia zbrodni, czyli wartość literatury. Ją oczywiście również wysadzić w powietrze. Ale wyłącznie jej (ocalałymi bądź wynalezionymi) środkami i odkrytym naturalnym porządkiem dokonać transgresji. Dotrzeć do krwi opisywanego (lub raczej badanego) pensum krwiobiegiem zapisu. Rozpoznać mapę tego układu krwionośnego, zamknąć wszystkie ślepe naczynka, skleić popękane, wydrążyć brakujące. Znaleźć substancjonalną bazę dla czegoś, co zwykliśmy nazywać egzystencją. Dotrzeć do miejsca styku porządku i przypadku. Znaleźć słabe punkty dezawuujące wytyczoną (właściwie nieustannie wytyczaną) mapę. Zorganizować wreszcie rzecz najważniejszą, legendę tej mapy. System relacji między znakami. Palimpsest wykraczający poza literaturę. Palimpsest literatury na wszystkim, dosłowne zeskrobanie jej z wszelkich możliwych do poznania przestrzeni, zapis literacki na zapisie materialnej i niematerialnej zredukowanej substancji. Odwrócenie układu, to nie literatura jako lustro odbijające (zniekształcające) rzeczywistość, tylko „wszystko” mówiące mozolnie odkrywanymi środkami literackimi. Powiedzieć to nie słowami, tylko sekwencjami znaczeń, nakładanymi na coraz szersze sekwencje i językiem, który jak najmniej zakłamuje i zniekształca, choć porzucającym zwykłą komunikacyjną funkcję. Nie dla zamazania obrazu, tylko dla dotarcia do sekwencji ostatecznej, do gry punktowych świateł oświetlających w końcu to, co powinno zostać oświetlone. Dotrzeć do perspektywy, z której widać coś pewnego. I dotrzeć tam z czytelnikiem. A jeśli czytelnik tego nie zaakceptuje, dotrzeć tam bez niego. Przy pomocy wierszy zanieść go i siebie nie tylko poza poezję, ale także w pożądany stan, o którym Karpowicz powiadał czasem „wolność”. Wolność, czyli brak lęku. Brak nawet najbardziej atawistycznych lęków. Dotrzeć z czytelnikiem do źródła. Zanurzyć w nim dłonie i przemyć twarz. Przejrzeć. W jednym spojrzeniu dostrzec wszystko. Poszerzyć niejako naszą percepcję (od tego co postrzegamy) także do tego, czego dotąd nie postrzegaliśmy, choć to wcale nie znaczy, że tego nie było. I w tym momencie kolejny raz rozpocząć poszukiwanie źródła, bo wszystko żywiołowo ulega zmianie lub jej nie ulega. Tego nie wiemy, ale możemy się dowiedzieć. My, czytelnicy, trochę jako odautorskie twory, mamy już tę orientację. „Źródło” to jeden z najczęstszych motywów tej poezji-niepoezji.

Jeśli szukać punktów wyjścia karpowiczowskiej mordęgi, wskazałbym bardziej niż jakiegokolwiek poetę ścieżkę Kant-Hegel-Heidegger-Wittgenstein. I cień Foucault’a.

Jeśli szukać odpowiedzi na pytanie, czy Tymoteuszowi Karpowiczowi się udało, wskazałbym Biblię. Szczególnie dwie ostatnie jego monumentalne książki (ściśle ze sobą powiązane), „Odwrócone światło” i „Słoje zadrzewne”, są wymykającym się jakiejkolwiek syntezie literackiej i jednoznaczności, z gruntu agnostycznym i pełnym ludzkiej słabości (ale i siły) na wskroś otwartym tworem języka, ludzkich potrzeb i czegoś więcej. Obie książki, jeśli próbuje się je stawiać obok Biblii, obarczone są podstawową wadą, mają (niestety) tylko jednego autora. O żadnej z nich nie możemy powiedzieć, że to „Ewangelia według Tymoteusza”, choć „Odwrócone światło” ze względu na podstawowy rozkład i motyw mogłoby być tak postrzegane. Nie jest to nawet ewangelia gnostycka, choć za św. Janem bardziej się tutaj ceni poszukiwanie niż odnalezienie. Ale mocy Boskiej tu nie ma i nie ma prawd objawionych. Jest za to coś, co daje nadzieję. Przy każdej lekturze jest to coś innego, ale niewątpliwie jest.

W całym (ogromnym) dziele Karpowicza brakuje według mnie jednej, ostatniej, malutkiej książeczki. Najważniejszej. On ją prawdopodobnie napisał. Da się ją odkryć w dużej ilości pudeł z jego fiszkami i rękopisami, sprowadzonych przez władze Wrocławia z Chicago. Nikt jednak tego dotąd nie zrobił.

Wróćmy do ostatniego spotkania Karpowicza i Różewicza. Sporo z niego można wyczytać. Karpowicz dotarł na Śnieżkę (dzień wcześniej) przez wodospad Łomniczki, najtrudniejszą drogą od polskiej strony, ale i najpiękniejszą. Dotarł na szczyt i widzieli go tam tylko ci, którzy w tym samym czasie też tam dotarli, pod warunkiem, że ktoś spojrzał w jego stronę. Różewicz szedł w tym kierunku drogą najłatwiejszą, od świątyni Wang. To niemal deptak. Dla wycieczek, emerytów, ludzi w klapkach. Miejsce dość tłumne o tej porze roku. Do Śnieżki zresztą nie zamierzał nawet dotrzeć. Miał swój mały cel, mniej ambitny, ale Mały Staw to jedno z najładniejszych miejsc w Karkonoszach. Jak Czarny Kocioł i oba Śnieżne Kotły. Dużo większą przyjemność ma się, przebywając w nich, niż patrząc na nie z góry. Czasami nie warto mozolić się wspinaczką i z tego powodu przeoczyć coś lepszego niż szczyt.

To wydaje mi się znamienne. Ta strategia zastosowana również w twórczości sprawiła, że pozycja Różewicza w literaturze polskiej jest nieporównanie wyższa od pozycji Tymoteusza Karpowicza. Gdyby nie dominacja „wielkiej trójcy” (w domu dziennej opieki) Miłosz-Szymborska-Herbert, Różewicz byłby prawdopodobnie powszechnie uważany za najważniejszego polskiego poetę ostatnich dziesięcioleci. Na Karpowicza spoglądał  góry, zdarzało się, że z niego pokpiwał. Miał przy tym szacunek „wielkiej trójcy”. Miłoszowi zdarzyło się Karpowicza upokorzyć, wręcz sponiewierać. Wobec Różewicza nigdy by się tak nie zachował.

Tadeusz Różewicz (1921-2014) urodził się w Radomsku, w centralnej Polsce. Umarł we Wrocławiu. Pisać o nim jest równie trudno jak o Karpowiczu. Jednak z zupełnie innego powodu. Różewicz jest poetą i dramaturgiem świetnie i szeroko opisanym. Jego utwory bardzo łatwo poddają się interpretacjom i są bardzo wdzięczne do takich zabiegów. Często zresztą te interpretacje są dość sprzeczne. Na czym polega autentyczny fenomen twórczości Różewicza? Na pierwszy rzut oka jego wiersze wydają się bardzo łatwe, proste, wręcz oczywiste. Rzadko przypina im się jakiekolwiek uogólniające łatki, szczególnie awangardowe. Jednak one awangardowe (a właściwie na wskroś nowoczesne) niewątpliwie są. Nawet nie z powodu bardzo charakterystycznej i niepodrabialnej schodkowej wersyfikacji, olbrzymiej ilości światła na stronie i mocno zindywidualizowanego podejścia do języka (który na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie zwyczajny, wręcz przyniesiony z ulicy). Myślę, że u Różewicza najważniejsze jest to, co u Karpowicza wydaje się najmniej ważne. Skrajnie głęboki kontakt z czytelnikiem. Właściwie to czytelnik staje się pełnowartościowym współtwórcą wiersza, ale nie w sposób, w jaki próbują ten kontakt opisać teorie komunikacji. Wiersz Różewicza jest tylko przewodnikiem, podróż (czytelnicza) ma miejsce poza wierszem i poza wiersz. Głównie „do siebie”. Różewicz czytelnikiem pisze. Niektóre, najlepsze według mnie utwory autora „Kartoteki”, to zapisy, które w oryginale jest w stanie zrozumieć nawet obcokrajowiec, który ma za sobą bardzo krótki i najbardziej podstawowy kurs języka polskiego, a być może tylko dysponuje listą stu najczęściej używanych wyrazów polskich. Ale ta pozorna prostota jest bardzo złudna. Wystarczy prześledzić, jakie problemy z tą poezją mieli jej tłumacze.

Tak jak pisałem o Karpowiczu, że można u niego znaleźć tropy heideggerowskie i wittgensteinowskie, tak tu one są realizowane z olbrzymią konsekwencją (szczególnie wittgensteinowski). Język nieustannie jest skoncentrowany na tych momentach realizacyjnych, w których można otrząsnąć z niego całą jego jałowość i kłamstwo. Wszystko, z czego nie da się go otrząsnąć, a co jest podejrzane lub niepewne, „przepoetyzowane”, metaforyzujące, staje się milczeniem. Nie przemilczeniem, tylko wyraźnym, bardzo twardo zaznaczonym milczeniem. Jak pauza w muzyce. Choćby subtelne (lecz mocne) dokopanie Heideggerowi za nazistowską plamę. Różewicz (nawet w samym zapisie wiersza) równie głośno i precyzyjnie mówi i milczy. Oba te kanały komunikacji nie są jednak ważniejsze od tego, o czym traktują. W nieustannie dekonstruowanych mowie i milczeniu Różewicz nie pomija właściwie niczego. Równie wyraziście i przejmująco porusza wysokie, odwieczne tematy poezji, jak i drobiazgi codziennego życia (wyjęte czasem wręcz ze śmietnika). Te drugie nawet chętniej i częściej. „Poeta śmietników jest czasami bliżej prawdy / niż poeta chmur”. Niby proste. Tylko jak on to robi, że zazwyczaj trafia czytelnika w samo centrum? W tę jedną najważniejszą strunę, której istnienia czytelnik u siebie często nawet nie podejrzewa. Może przez to, że Różewicz niczego nie przenosi z biblioteki? Może poprzez absolutną uczciwość? Może poprzez całkowity brak zaufania do czegokolwiek, czego sam nie sprawdził i nie zredukował do pestki? Może poprzez imperatyw realizmu w mówieniu i milczeniu o wszystkim, nawet tym dalekim od realności? Też zajmowało go karpowiczowskie „źródło”. Ale u niego „źródło / wypiło usta”. Cała sztuka pisania służy mu tylko do tego, żeby czytelnik miał okazje odkryć własne miejsca ukryte, zamaskowane (pobieżnością, socjalizacją, konformizmem, sztuką, współczesnością, filozofią, przeczuciami, religią bądź miejscem po niej).

Rzadko czytam Różewicza. Wracam do niego wtedy, kiedy mam ochotę na intelektualną kąpiel, a właściwie szybki prysznic. Kiedy czuję potrzebę otrząśnięcia się z nadmiaru. To są bardzo dobre ćwiczenia do odnajdywania własnej pestki. Szczególnie środkowa i nieco późniejsza część jego twórczości nadaje się do takiego instrumentalnego wykorzystania. Pisze się czasami o Różewiczu nihilista. Nic bardziej mylnego. To poszukiwacz podobnej wolności, o której wspomniałem przy Karpowiczu. Poszukiwacz porządku w powszechnym bałaganie. Ten porządek jest trudny do nazwania, ale ma miejsce, w czytelniczych realizacjach, jest dość łatwy do odczucia po nawet wyrywkowej lekturze. Szczególnie tych wierszy najbardziej niebezpiecznych i nieprzyjemnych. Tych napisanych najprostszymi, najbanalniejszymi słowami.

Karpowicz często przywoływał wspomnienie widzianego w Chinach wiejskiego niepiśmiennego „poety”, w skupieniu skrupulatnie i precyzyjnie układającego na ziemi „wiersze” z patyków. Mówił o nim z zachwytem. Sam chyba chciał tak myśleć o sobie. Różewicz, pomimo całego swojego bardzo bogatego zaplecza intelektualnego, filozoficznego, językowego, olbrzymiej przemyślności i niekiedy krnąbrności bardziej mi przypomina ten niemożliwy wręcz model poezjowania.

Różewicz zamieszkał we Wrocławiu w 1968 roku. Karpowicz „wypędził się” z Wrocławia w 1973. Ta „pięciolatka” była dobrym okresem dla literackiego życia miasta. W tym czasie napisał tu swoje najlepsze rzeczy i umarł śmiercią samobójczą (lub tylko przypadkową przy pozorowaniu samobójstwa) Rafał Wojaczek (1945-1971). Nie wymyślił literatury na nowo, niczego w niej nie wyczerpał. A jednak jest to ważny dla polskiej poezji autor. Początkowo za sprawą nieco rimbaudowskiej legendy. Do dziś „po mieście” krąży o nim sporo przekazów i pijackich opowieści. Więcej o nim mówiono, mniej go czytano. Jeśli już go czytano i o nim pisano, zbyt często robiono to przez pryzmat tego, co o nim mówiono. Na szczęście teraz zaczyna być odwrotnie.

Główny trop to barokowa proweniencja tych wierszy, widoczna od razu, przy pierwszym kontakcie. Nieszczęśliwa śmierć autora wpisała go jednak w szereg poetów „przeklętych”. I z tej strony padł na niego cień sekretarza własnej tragedii i osobniczego cierpienia. Bez trudu daje się (oczywiście) te wątki w jego wierszach znaleźć. Sporo w nich brudu, wydalin i wydzielin, cielesności i upadku. Wszystko podane w sugestywnych, przejmujących obrazach i ich sekwencjach. Bez trudu jednak znajdziemy tam także wątki i obrazy odmienne. I właśnie one sprawiają, że z biegiem lat poezja Wojaczka staje się coraz ciekawsza.

Wojaczek swoją najlepszą książkę zadedykował, „Mistrzowi Mowy Polskiej – Tymoteuszowi Karpowiczowi”. Karpowicz stał za debiutem Wojaczka. Przeprowadził go tak, że w tym czasie nie można było sobie wymarzyć bardziej spektakularnego wejścia w obieg wydawniczy. Wojaczek tą dedykacją nie spłacał jednak długu. Ta dedykacja była gestem, ale nie samym ukłonem w stronę „mistrza”, tylko wyraźnym zaznaczeniem intencji. Gdyby w miejscu „Mowy” pojawiło się „poezji”, a nawet „Poezji”, nie warto byłoby zwracać na tę dedykację uwagi. Wojaczkowi w całej twórczości chodziło właśnie o „mowę”, a nawet o „Mowę”. Ten debiut zbiegł się w czasie z szeregiem ważnych debiutów pokolenia poetów urodzonych w okolicach roku 1945. Większość z nich poruszała się po tropach „poezji prywatnej”. Wojaczek też mógłby być czytany razem z nimi, miał przecież i ten rys. Jemu jednak najbardziej chodziło o „głos”. To czystej wody poszukiwacz „czystości”, idei czystości w wierszu i poza nim. Także czystości w sensie brzmienia, ale przede wszystkim „czystości bycia”. Cała jego poezja to szukanie właściwych, najlepiej brzmiących rejestrów. Ustawianie własnego głosu. I nasłuchiwanie głosów z zewnątrz, włącznie z tymi najbardziej metafizycznymi. Poszukiwania zakrojone na szeroką skalę, bo kierowane wysoko i nisko. A nawet najwyżej i najniżej. Jest w tych wierszach tak wiele pasji, wręcz zachłanności, tak wiele uległości i brutalności, i tyle językowej, wręcz zmysłowej witalności, że w czytelniku dość szybko zaczyna kipieć od adrenaliny. Ale jest tam też tyle zmysłowości, tyle dobrze nakładających się na siebie harmonii, tyle zapachów, świateł, smaków, tyle rytmu i taki poziom odczuwania wszystkiego, że endorfiny skaczą równie wysoko i szybko, a serotonina zaczyna płynąć w odwrotnym kierunku. I jeszcze jeden rys, czystość na poziomie zestrojów akcentowych, spotykana w poezji coraz rzadziej, porządek w tonacjach i tematach (muzycznych), choćby najbardziej dzikich, że (zupełnie bez konieczności uświadamiania sobie tego) mamy przyjemność z obcowania z wierszem na sposób najbardziej klasyczny. A że do tej przyjemności Wojaczek w trakcie lektury dokłada nam mnóstwo nieprzyjemności, wychodzi się z tych czterech książeczek poruszonym na wskroś, jakbyśmy połączyli doznanie szczęśliwie zakończonego, ale karkołomnego wypadku samochodowego z samotnym nocowaniem w ciemnym, zamkniętym kościele i nielegalną zimową kąpielą w przeręblu w Małym Stawie nieopodal schroniska Samotnia (bo przecież nie w wodospadzie Łomniczki).

Nie napisałem dotąd o wrocławskiej prozie. Zdarzyło się tu w tym czasie sporo wartościowych książek. Zresztą żaden z dotychczasowych bohaterów też prozą nie wzgardził. Pominąłem ten wątek, bo chciałem zwrócić Państwa uwagę na pozycje i autorów wybitnych, skoro nam się zdarzyli.

Nie napisałem nic o poezji Urszuli Kozioł. Mimo że bardzo ją cenię, nie czuję się w tym zadaniu kompetentny.

A co dalej? Rok 1989 przyniósł Polsce wolność. Na szczęście przyniósł ją też polskiej literaturze. Wolność zupełnie innego rodzaju, niż ta poszukiwana przez Karpowicza. Dom dziennej opieki przestał być wyrocznią. Pojawiła się taka mnogość autorów dużego formatu, że trudno ogarnąć całość zjawiska. We Wrocławiu rzecz się toczyła wolniej niż w Warszawie i Krakowie, bo Wrocław to (jak już pisałem) miasto szczególne. Zaczęły wychodzić kolejne książki, autorzy wrocławscy mieli coraz większy udział w wymyślaniu literatury na nowo. Prym wiodły kobiety. Olga Tokarczuk, Klara Nowakowska, Julia Szychowiak, Agnieszka Wolny-Hamkało, Agnieszka Kłos, Ilona Witkowska. Mężczyźni też dali radę. Jerzy Łukosz, Konrad Góra, Tomasz Majeran, Krzysztof Śliwka, Karol Maliszewski, Michał Witkowski. Sporo tych nazwisk, ale zaręczam, co nazwisko to przygoda. W dodatku mam nieodparte wrażenie, że literacki ferment w mieście dopiero wzbiera. Erupcja na dużą skalę jest niemal pewna. Można się temu z przyjemnością przyglądać.

PODZIEL SIĘ

Do góry