DSC_0236

Nie po kolei / Blade Runner 2049
utracjusz

Załodze Statku Głupców odmówiono akredytacji na przedpremierowy pokaz „Blade Runnera 2049” z uwagi na pewne zaszłe i poważnie wyolbrzymione przez policję ekscesy; do wrocławskiego kina Nowe Horyzonty byłem więc zmuszony udać się w przebraniu borsuka.

Obawiam się, że ten awanturniczy kamuflaż, mimo stosunkowo grubego futra, ujawniał moją ekscytację – jak bowiem jasno wskazuje tytuł kontynuacji, hollywoodzcy bonzowie kazali na nią czekać aż 67 lat. Świat bardzo się w międzyczasie zmienił. Do przodu poszła technologia, co, jak pokazały już trailery, pozwoliło uzyskać na taśmie filmowej trochę jaśniejszy obraz niż w przypadku pierwszej części. Niestety, zmarł również jej reżyser, Tony Scott. W tej sytuacji producenci zdecydowali się powierzyć reżyserię Jacquesowi Villeneuve’owi, który dopiero zakończył rekordową, bo aż czterdziestoletnią karierę kierowcy wyścigowego.

Fani oczekiwali nowej premiery z niecierpliwością, ale i z licznymi obawami. Czy Rick Descartes ostatecznie okaże się Replikatorem? Jak spisze się obiecujący aktor młodego pokolenia, Ryan Gosling, który udanie debiutował w filmie Waltera Hilla „The Driver” u boku Isabelle Adjani? Czy wątek nosorożca zostanie rozstrzygnięty raz na zawsze?

Wielbicieli pierwszej części nurtowały też inne kwestie. Czy druga odsłona będzie podobnie intertekstualna jak pierwsza? Trzeba bowiem przypomnieć, że jej twórcy złożyli wyraźny hołd dwóm kultowym serialom science fiction – „Battlestar Galactica” oraz „Stargate SG-1”. Pierwszy z nich reprezentował Edward James Olmos, czyli słynny komandor Gadama, nawiązaniem do drugiego była zaś sama koncepcja Replikatorów. Kontrowersje wzbudzała również dokonana przez szefów wytwórni Werner Bros zamiana słoja na pokój (hehe), czyli Jean-Michela Jarre’a na Hansa Zimmera w roli dostarczyciela podkładu muzycznego.

Wreszcie, do podsycenia emocji przyczyniła się również osoba autora pierwowzoru literackiego, czyli Philipa K. Dicka, którego sam Stanisław Lem podejrzewał o bycie agentem CIA. W rewanżu Dick napisał „Człowieka z Wysokiego Zamku”, paszkwil na Lema złośliwie nawiązujący do tytułu jego autobiograficznej książki. Jakby tego było mało, sam Dick nie był zbyt zadowolony z pierwszej odsłony „Blade Runnera”, a już o furię przyprawił go remake autorstwa Stevena Soderbergha. Gra toczyła się zatem o wysoką stawkę.

Miałem też swoją skromną i osobistą nadzieję – muszę wyznać, że bardzo lubię happy endy i nieodmiennie płaczę, gdy główny bohater ginie na końcu. Liczyłem, że widok szlochającego borsuka zostanie moim współwidzom oszczędzony.

Z tymi to myślami kłębiącymi się pod wyjątkowo obficie owłosioną czaszką zmierzałem do kina. Los i orkan Ksawery, być może haniebnie sprzysiężeni z pamiętliwą dyrekcją kina Nowe Horyzonty, postanowili jednak pospołu uniemożliwić mi dotarcie do tego przybytku kultury. Mimo że od budynku kina biło potężne promieniowanie, Ksawery dmuchał tak, że nijak nie byłem zdolny się do niego zbliżyć. Deszczyk radioaktywny też skropił raz i drugi. W jaskrawym świetle, czując dziwne ssanie w organizmie, ostatecznie jak niepyszny zmuszony byłem wrócić do chałupy, gdzie z dala od pająków zasnąłem spokojnie, rozpamiętując, jak nie było na tym hucznym pokazie.

PODZIEL SIĘ

Do góry