a8

Andrzej Niewiadomski
Błękitne ciało. Esej nagrobny (fragment)

Od rana było gorąco i kiedy wracałem z Bałut, czułem się lepki i jakby umorusany w ciemnoczerwonej cegle, w żółknących powoli liściach, w chaotycznym ruchu wyszczerbionej dzielnicy. Nie towarzyszyło mi jednak uczucie zmęczenia, jakie pojawia się często, gdy włóczymy się ulicami przysparzającymi nadmiaru bodźców, niechętnymi nam, mówiącymi niezrozumiałym językiem. Obcość Łodzi jest zawsze kojąca, nie wiem nawet, czy można nazwać ją obcością, granica jest tu bardzo płynna, a cały sztafaż innego niknie tym szybciej, im szybciej i więcej odkrywamy rzeczy przykurzonych, przyczajonych, ukrytych, tych, których nie zdążyła spacyfikować ręka inkwizytora tropiącego wszelki brak symetrii i gładkości. A przecież pozornie jasna jest ta kratownica ulic i kąty proste zostały zachowane, poza zgrzytliwymi łukami szyn tramwajowych, poza owocami na straganach i zatartymi kołami na starych reklamach Totalizatora Sportowego, dyskretnie i szaro rozpościerających się wyleniałą farbą na szczytowych, ślepych ścianach kamienic. Wracałem z Bałut i gromadziłem w sobie przymiotniki; jeszcze będą potrzebne, myślałem, jeszcze się przydadzą, kiedy już nikt nie odtworzy smaku kurzu, nadgniłych framug i zgęstniałego nieba. Na wysokości Manufaktury ruch zaczął się wygładzać a przymiotniki grzecznieć. Jasnoczerwona cegła zastąpiła ściany pełne sadzy i ciemne rowki, wszelkie szczeliny i poszarpane progi. Po wypolerowanych, podświetlanych płytach pomykały jasne postacie, szeleszcząc reklamowymi torbami, pobrzękując biżuterią i dźwięcząc śmiechem. Zlewało się to w jednostajny szum przerywany od czasu do czasu głośną melodią ulicznych sygnalizatorów. I kiedy miałem już znikać w kanionie południkowo poprowadzonej ulicy, niespodziewanie lunął deszcz.

Tak jakby nie było żadnych zwiastunów, jakby wcześniej nic nie wskazywało na tę możliwość albo też było przeze mnie i przez nich wszystkich wokół zupełnie zlekceważone. Niebo nie wybaczyło tej zniewagi i odpowiedziało burzą, z wolna pośród deszczu rozprzestrzeniającą swoje najpierw mrukliwe, a potem trzaskające głośno tony. Kluczyłem między samochodami, kałużami, krzywymi płytami i umykałem do ciemnych, wysokich, przepastnych bram na chwilę oddechu, ale już byłem mokry, a burza złośliwie żartowała i kiedy mogło się wydawać, że cofa się, odchodzi, milknie, w najmniej spodziewanym momencie powracała ze zdwojoną siłą, lejąc strugi, przyciemniając jeszcze ten szarawy świat. Dopadłem wreszcie bramy hoteliku i pozbywszy się mokrych ubrań, siadłem w oknie jak stara kobieta i zacząłem obserwować okolicę. Za skwerem, na rogu świeciła się reklama Żabki, której drzwi otwierane i zamykane w rytm jakiegoś piszczącego gongu wyrzucały z siebie mężczyzn kryjących pod marynarkami i kurtkami półlitrówki, jakby pogrążonych w całkiem irracjonalnej trwodze o zawartość butelek i odporność grubego szkła na deszcz, na burzę, jaka chciała im zabrać, zatopić, rozpuścić w sobie moc pocieszających napitków. Autobus linii kursującej tu w jednym kierunku rozpryskiwał małe jeziorko utworzone na skrzyżowaniu, a światła zmieniały się zupełnie nie wiadomo dla kogo, migotały kolorami zupełnie bezradne, i kiedy wreszcie deszcz zelżał, wkroczyły na jego miejsce pierwsze oznaki zmroku, dopuszczając na chwilę pojedyncze refleksy światła zza ciężkich chmur. Tam, gdzie nie dotarły, widziałem szare, matowe trumny, mnóstwo trumien, a gdzie padały – wieka mogły zdawać się połyskliwe i wyposażone w jakieś srebrne lub złote rączki. Chciałem z rozpędu powiedzieć, że miasto stało się jedną, wielką trumną, ale przecież oko chroniło mnie przed tą mechaniką: miasto było jakimś dziwnym magazynem wielu trumien, o różnych kształtach i rozmiarach, tych najtańszych i nieco lepszych, choć w swoim podejrzanym luksusie tandetnych: trumny-sieciowe sklepy, trumny-kamienice, trumienki-studzienki, czarne pudła autobusów i samochodów dostawczych, daleko, jak na postumencie, jak na katafalku, wielkie trumny reprezentacyjnych gmachów w okolicach Piotrkowskiej i reklama Żabki jak żółta świeca rozpalona jakimś czerwonym ogniem, pochłaniającym zielony liść z pogrzebowego wieńca czy wiązanki kwiatów. Ten deszcz przyszedł chyba dlatego, by na chwilę odwlec pracę grabarzy, zapewne zdarzył się tuż przed ceremonią i dał mi szansę, bym patrzył na tłum żałobników, pogrążonych w tym mroczno-połyskliwym sztafażu, zastanawiając się, czy powinienem do nich dołączyć, czy nie dzieje się to we śnie, w majaku, na zimnym płótnie muzealnego obrazu. Zamknąłem okno i postanowiłem położyć się wcześniej. Sucha pościel – myślałem – powinna wyciągnąć resztki deszczu, ale nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że prześcieradło jest jak białe płótno, to czyste, nieskażone przez rękę malarza, które w domu zmarłego narzuca się na kanapy, krzesła i telewizory. Czułem się, jakbym był częścią tego płótna, jakby ciało robiło się wiotkie i elastyczniało, by sobą przykryć i zasłonić rzeczy, które rozpraszały inne ciało, już nieobecne, stworzyć przestrzeń ascetyczną dla równie ascetycznej stypy.

Nazajutrz światło zalewało pokój włącznie z podłogami, tworząc powłóczyste, opadające jak zbyt długa firana, snopy jasności, odbijającej się od bieli. Na ulicy pachniało pierwszymi zbutwiałymi liśćmi i benzyną. Jechałem na północ, ale wszędzie spod tego nawału każącego przymykać powieki, wyłaniały się ciemne, czasem kanciaste, czasem obłe kształty trumiennych domów i długa czarność szlaków-trenów. Okryty kirem niskich kamienic Zgierz, ciemne budy, niczym pudełka, gdzieś pod Emilią, na rozgrzebanej budowie autostrady. Autobus skręcił do lasu, gdzie z czarnych gałęzi zwieszały się ciężkie krople, takie grubaśne łzy, o których mówi się, że są „jak grochy”, ale nie było w nich intensywnej żałości, bo wisiały na gałęziach bardzo długo, jakby nigdy nie pragnęły opaść na ziemię. Chciałem znaleźć tu miasteczko-ogród, a w gruncie rzeczy cały plan osady o nazwie Sokolniki przypominał raczej z wielkim rozmysłem urządzane w poprzednim wieku cmentarze. Nic tu jednak się nie pyszniło, wille okazywały się małymi, niepozornymi domkami, na przystanku w niby-centrum osady kręciły się nieliczne osoby, dreptały wokół dwóch sklepów na krzyż, przypominających mi przycmentarne budki, gdzie kupuje się kwiaty i znicze. To wszystko, mimo że schowane w lesie, leżało przede mną obnażone, szedłem leśnymi drogami, a czułem jakbym przesuwał ręką po zimnej powierzchni prosektoryjnego stołu. Kiedy, wyszedłszy spomiędzy drzew, chciałem głęboko odetchnąć, kiedy spodziewałem się tylko pól i pojedynczych drzew na horyzoncie, spostrzegłem wolno pełznące, ciemne ciężarówki i czarne ptaki krążące stadami nad wysypiskiem śmieci. Nie chciałem patrzeć na hałdy prochu, startego z bardziej i mniej trwałych substancji. Jeszcze dwa kilometry i uspokoiła mnie cisza Modlnej. I choć na krańcu wsi wyraźnie widziałem cmentarne ogrodzenie, to wreszcie wydało mi się tu na swoim miejscu, ciche, nie epatujące sobą, będące częścią tego wszystkiego, co znaleźć się tu musiało.

Może wysypisko dopełniło miary, a może nie należy tej przydrożnej atrakcji przypisywać żadnej siły sprawczej, dość że znalazłem się poza błyszcząco-czarną strefą prześladujących mnie obrazów; nie znajdowałem w nich nic spektakularnie strasznego, raczej wszystko to było kwestią przyzwyczajenia i uświadomiłem sobie, że przemierzając łódzkie ulice widziałem trumienne garby wszędzie, nawet na małym bazarze przy Zielonej, kiedy kupowałem jabłka. I chyba po to potrzebna mi była ta droga, poza wszystkie lasy, zagęszczenia i metropolitalne pretensje, nie dla zdrowia ani dla sportu, ani dla relaksu, ani z umiłowania otwartych przestrzeni, lecz z przekonania, że śmierć musi się w takich miejscach rozrzedzać, a może nawet na dobre rozpływać. Brnąłem więc na piechotę, daleko za Sokolniki, nie mógłbym bowiem – i tu wkradał się powód pozornie banalny i pozornie burzący moje wewnętrzne ustalenia i nastawienia – do Modlnej niczym przyjechać; w umarłym państwie do wsi położonej o kilkanaście kilometrów od centrum wielkiego miasta, leżącej przy drodze wojewódzkiej, nie kursował żaden środek publicznego, jak się ładnie mówi, transportu. Może też i dlatego droga biegnąca przez wieś była pusta, bo przestrzeń odcięta i skazana na niebyt, żyjąca – jak podejrzewałem – zupełnie inaczej, lecz nieatrakcyjnie dla potencjalnych gości, nie przyciągała nawet żadnych amatorów tak zwanych skrótów.

Wieś była tak stara, że nie mogła budzić zainteresowania, starość jest atrakcyjna tylko wtedy, gdy zostanie doposażona w atrapy starości, zazwyczaj pachnące zupełnie niestarożytnymi woniami. Bywa ciekawa tylko wtedy, gdy widzimy ją według własnych wyobrażeń, zupełnie nieszkodliwą i niemającą żadnego związku z naszymi zaangażowaniami. Jakiś urozmaicający naszą egzystencję egzotyczny fragment ze śmiesznej epoki, coś ładnego, nad czym można popaść w zadumę, szczególnie w kontekście objaśnień kogoś życzliwego, uświadamiającego nam, jaką metrykę należy przypisać danej rzeczy. Ale w Modlnej był tylko niepozorny drewniany kościół, bagatela, niemal pięćsetletni, co z tego, skoro niewysoki, mało imponujący, nieefektowny, cokolwiek kryłoby się za tego rodzaju określeniami. Gontowy dach zachodził mchem i wilgocią, przy ciemnych deskach nawy odcinała się bielą i szarością boczna kaplica, pracując na architektoniczny zgrzyt, który jednak niknął w cieniu okalających kościół lip i muru, wszystko więc było typowe, choć nie wiadomo, czy wkrótce ta typowość nie przestanie być oczywista, powiedzmy więc, że typowe było dla przypadkowych przechodniów i podróżników, co mieli szczęście doświadczyć kiedyś wielu podobnych widoków. Jedyne, co zasługuje na uwagę, z zasady musi być trudno dostępne. Nie mogłem nawet pomarzyć o tym, by dostać się do środka. Pech chciał, że nie zauważyłem, zwiedziony lipami, odstępstwa od typowych rozwiązań: rozglądałem się za plebanią, ale spośród odległych budynków żaden nie wydawał się tym właściwym.

Powlokłem się wzdłuż drogi szukając miejscowego języka. Słońce rozgrzewało asfalt, a droga wciąż pozostawała pusta, jakby już nigdy nikt nie zamierzał tędy przejechać, jakby kierowcy mieli w głębokim lekceważeniu świat szpalerów, dziur wypełnionych tłuczniem, łagodnych kolein i esów-floresów niepozwalających upewnić się co do istnienia horyzontu. Z trudem przypomniałem sobie o istnieniu kalendarza, a może przypomniał mi o tym widok budynku szkolnego, skąd dochodziły głosy, nieco przytłumione, dziecięcego gwaru, zgrzyty mikrofonów podłączonych zapewne do starych wzmacniaczy, urywki uroczystej muzyki. Pomyślałem, że wszyscy, włącznie z proboszczem, muszą być w szkole, ale nie zbiło mnie to z tropu, wręcz przeciwnie, wiedziałem, że moja „ucieczka” wreszcie ma sens i zyskuje solidne podstawy. Bo kiedy dzieci wracają do szkoły, świat odzyskuje równowagę i tej, oraz wielu innym, znienawidzonym przez nas kiedyś instytucjom, możemy zawdzięczać nasze poczucie swobody i ulgi. Nikt już wówczas nie poszukuje atrap starego, wydaje im się, że zostali wystarczająco osaczeni przez rzeczywistość obowiązków i opresji, że znów słowiańska aura nie będzie miała przez wiele miesięcy litości nad nimi, stają się nerwowi, impulsywni, robią wszystko tak jakby mieli zaraz umrzeć lub dowiedzieli się, że zmarł ktoś bliski lub znajomy, „mój Boże, taki energiczny człowiek, co to nigdy nie chorował”, i upatrują choroby w sobie, nie wiedząc, że noszą w sobie coś znacznie poważniejszego, coś znacznie groźniejszego.

Miałem sporo czasu, więc pobliska struga, więc sklep, więc pobliska górka i dużo ciszy, by już zupełnie zapomnieć te codzienne szaleństwa w przestrzeni odległej o kilkanaście kilometrów, ten czarny połysk. Nikt nie pamiętał o Modlnej i było widać jej z tym dobrze, nikt nie pamiętał o mnie i w związku z tym rozumiałem ten jej wewnętrzny komfort niewymuszonego bycia, ba, ja przestałem pamiętać o sobie, radość mogła więc być pełna i właściwie to wszystko mogłoby pozostać bez ciągu dalszego, kończyć się jak jakaś nietypowa ars bene moriendi, z echami, z pogłosami rozważań o otium, z samymi odgłosami, co rozważania rozrzedzają równie szybko i skutecznie, jak tutejsze pustacie likwidujące obsesyjne widoki na miasto, gdzie każda witryna wydaje się oknem wystawowym zakładu pogrzebowego.

Zaczaiłem się na dawnym przystanku, naprzeciwko głównego wyjścia ze szkoły. Kiedy zobaczyłem jowialnego brodacza w koloratce, wiedziałem, że wszystko pójdzie tak jak trzeba, z odrobiną koniecznego w takich razach narzekania. Oczywiście, kajałem się, mogłem wcześniej zadzwonić, tak, wiem, dzień jest taki, że mnóstwo obowiązków, bo to katecheza, bo sprawy administracyjne wraz z początkiem tygodnia, to wszystko potrafiłem empatycznie pojąć i mimochodem wtrącić, że pośród tych zatrudnień, nużących i mało radosnych jakaś mała odmiana zawsze się przyda, te dwieście metrów do kościoła z jakimś wariatem z daleka, co przebrnął cztery kilometry od sokolnickiego lasu. Po drodze dowiedziałem się tego i owego z dziejów kościoła i o nadchodzącej wymianie gontowego dachu, co pewnie nie byłoby kłopotem, gdyby nie nadzór konserwatora zabytków. Zawsze to samo, parafia za mała, za mało funduszy, kłody pod nogi i inne „atrakcje”. W zasadzie wszystko mogłoby być prostsze, świat też mógłby być inny. O mały włos zapomniałbym, po co tu przyszedłem, zapatrzony w pokazywaną mi przez proboszcza kropielnicę w kruchcie i chrzcielnicę o renesansowym jeszcze rodowodzie. Zapach drewna, charakterystyczny w tych małych kościołach na prowincji uderzał i odurzał. I byłem na tyle otumaniony, że kiedy stanąłem wewnątrz tej małej murowanej kaplicy, leżący rycerz wydał mi się jakimś incydentem, tak jakby tu zupełnie nie pasował, jakby ktoś nie wiedzieć skąd przywlókł tu ten kamień i wmontował w ścianę na zasadzie prowizorki, czy chwilowego depozytu. Potem odczuwałem to wielokrotnie, potem nawet nauczyłem się nie zwracać uwagi na nieprzystawalność tych ciał i otoczenia, choć przecież nie wszędzie tak było… Ale są rzeczy, jakich nauczyć się nie sposób w obcowaniu z kamiennym ciałem. Typowym pozornie, bo zaplątanym w niuanse konwencji, czas jednak zatarł reguły wielu z nich i teraz zawodzi sztuka analogii. Może właśnie dlatego tak mocno wbił mi się w pamięć Mateusz Warszycki, herbu Habdank, jedynie „skromny” kasztelan łęczycki, bo później już nigdzie nie znalazłem prostego odpowiednika tego ni to epitafium, ni to nagrobka.

Proboszcz chciał włączyć światło w kaplicy, ale poprosiłem go, by na razie tego nie robił. Światło z małego, bezstylowego okienka padało na białą zbroję, rycerz tonął w jej bieli i w bieli dekoracyjnego obramienia, gdzie kłębiły się potworowate delfiny, dwie brodate mityczne twarze i głowy aniołów ze skrzydłami. Ani chybi Gucci, pomyślałem, znów Gucci, ale data na ledwo dającej się odczytać tablicy inskrypcyjnej, sugerowała, że jeśli już ten warsztat, to raczej uczniowie Gucciego niż on sam. Zresztą, kto to wie… Nic tu nie było jasne, choć ten mały snop światła wydawał się wystarczający. Na napierśnikach wyrzeźbiono dwie głowy dziecięce i później też nigdy nie widziałem czegoś podobnego ani nie dowiedziałem się, co to miałoby znaczyć. Sam nacisnąłem kontakt znajdujący się za arkadą. Chciałem porobić trochę zdjęć, ale nie mogłem dobrze uchwycić liter, był jakiś poblask od flesza, jakieś półtony, zamazujące i tak niewyraźną łacinę. Pomyślałem, że każde wścibstwo musi być jakoś ukarane. Leżał w sposób tak prosty i doskonały, że nie potrzeba było niczego więcej, a każde oderwanie wzroku na rzecz bardziej systematycznego działania i oglądu zakrawało na zdradę, kierowało uwagę na te tajemnice, bo przecież jeszcze jego buława, trzymana w ręce, co – wydawało się – niknęła z tyłu hełmu, po prostu kończyła się na nim, tak jakby wbijała się do środka. No więc jakiś rzeźbiarz-żartowniś? Bardzo możliwe. W inskrypcji nie było wszak miejsca na żarty. Generoso Mathiae Warszycki viro catholico antiqua nobilitate insigni pietate, dalej nie mogłem przesylabizować, coś jakby vitae que integretate, lecz to już było nie tak, coś się tu nie zgadzało, zobaczyłem jeszcze spectatissimo i et Anna de Romiszowice, a więc żona, bo uxor, niknące znów w dziwacznych skrótach i końcówkach, żona, której tu nie było razem z nim, tylko ta biel zbroi i samotność w mroku.

Wiedziałem już wtedy, że jeszcze nie raz narażę się na taki marsz, na taką jazdę, na jakiś pozorny bezsens, tylko dla tego jednego momentu. Proboszcz zniknął, szukając czegoś w zakrystii, a ja stałem i nagle opadły ze mnie wszystkie konteksty, wszystko to, co widziałem wczoraj i dziś, ale też cała ta wiedza potrzebna mi do tego, by spróbować zmierzyć się z małymi tajemnicami tej białej, dopełnionej tablicą i kartuszem z brązowego wapienia, rzeźby.  To wracało co rusz, ta skrupulatność, jaka budzi się w nas, niezależnie od okoliczności, to dążenie, by coś sobie wytłumaczyć i uporządkować, to, co nie daje spokoju, mąci każde czyste obcowanie. I była jeszcze książka, tym razem niesprawiająca wrażenia, jakby wypadła śpiącemu z rąk, lecz złożona na rogu poduszki, grzbietem na zewnątrz. Nie tylko więc sukienka duchowna, czy strój klerka, ale i zbroja tolerowała ten rekwizyt! I znów odejście, i znów zadziwiająca myśl, nie-myśl o całości tego przestawienia, dosłownie i w przenośni, bo nieruchomy obraz zdawał się też być jakimś teatrem, ale nie tym, co nieraz budził we mnie zniecierpliwienie przez swoją sztuczność i koturnowość, lecz jakimś wielkim, ostatnim gestem, tak jakby aktorzy zastygli, a właściwie jeden aktor i wszystkie rekwizyty wokół niego, używane, przestawiane, ulegające zniszczeniu. Brodata głowa, podparta ręką, nie zakłócała niczego, twarz nie zwracała uwagi, ważna była cała sylwetka, a wszystkie faliste linie, te od brody, łańcucha na piersi, włosów i frędzli poduszki stawały się częścią falistych, fantazyjnych kształtów obramienia. Ciało nie oddzielało się od tła, choć było niemal pełnoplastyczne. Prowincjonalna doskonałość, jaka nie potrzebowała niczego oprócz samej siebie i nie przeszkadzały jej nawet zwiędłe kwiatki u ołtarza kaplicy i stare stojaki na świece pełne stalaktytów nieuprzątniętego wosku.

Chciałem znów badać te kształty, zbliżałem się do ściany i ukradkiem dotykałem, mimo że byłem sam i miało to trwać jeszcze chwilę. Radosny i zły zarazem, wściekły prawie, że nie wiem, co wybrać i jak sobie poradzić. Bezsilny, zgasiłem światło w kaplicy i, jak to często bywa, pomyślałem z ulgą, że może tu jeszcze wrócę. Że może będzie inaczej i jakiś cud pozwoli mi doświadczyć wszystkiego naraz i wiedzieć wszystko, co można wiedzieć. Nawet jeśli wiemy, że oszukujemy się, pozwala nam to „normalnie” żyć. Tym razem nie potrafiłem powiedzieć o nim nic, żadnych dziejów, żadnych zdarzeń, nie potrafiłem powiedzieć, czyja ręka – jakby w zastępstwie tych nieznanych dziejów – sprawiła, że jest, nie potrafiłem nawet tego fachowo nazwać, bo zawodziły tu wszelkie fachowe terminologie. Dotarłem do chwili, kiedy wiedziałem już, że nie nasyciłem się, a muszę rzecz i miejsce opuścić. Bo przecież nawet jeśli nie chcemy w takich sytuacjach kapitulować, pozostaje tylko kwestia gry na zwłokę, te kilkadziesiąt sekund wcześniej czy później, nic przecież się nie zmieni, wzrok nie prześwidruje materii, materia nie wywiesi białej flagi, skoro biel sama jest jej bronią. To prawda, wtedy byłem nie dość dobrze przygotowany, ale czy kiedykolwiek można być wystarczająco przygotowanym? Przemknęło mi jeszcze szybko przez głowę, że Anna z Romiszowic to była także żona słynnego Paska, ale kudy Paskowi do mojego kasztelana łęczyckiego, nie ten czas, nie ta klasa i to zupełnie inna Anna, o której wiem tyle samo, co o nagrobnym  rycerzu, czyli prawie nic. I może tak powinno pozostać? Nie miałem nawet ochoty patrzeć na sklepienie kaplicy, mimo że nigdy nie chciałem sklepień przeoczyć. Blask padał na niego, jakby mały snop światła wkradał się przez jedyne okienko i zakrzywiał się, by wyraźniejszym przez chwilę uczynić jego tors i odsłonić nieukrytą, a jednak nienarzucającą się twarz. Już miałem odwrócić się i odejść, gdy zauważyłem, że światło to błękitnieje, stopniowo, i zajmuje połowę postaci. Tak jakby cień innej osoby nachodził na nią wolno, ale też tak jakby kolor rósł od wewnątrz, gdzieś spod tych napierśników z dziecięcymi głowami i wędrował ku górze. A przecież w oknie nie było żadnego kolorowego filtru, tylko czysta szyba, w swojej nagości oczywista i bezbronna. Nigdzie indziej nie było tego błękitu światła: ani na aniołach, ani na delfinach, ani na tych rozczochranych maszkaronach mężczyzn, co dmuchają wiatrem z wielkiego wora. I nie było żadnego wiatru, żadnej wentylacji w tej zamkniętej kaplicy, ani nic nie poruszyło się pod moimi nogami, nie zakołysało się, nie zadrżało. No więc fizyka? Być może. O tym też za mało wiedziałem. A przecież nie szukałem wytłumaczenia ani nie szukałem olśnienia, ani sobie to przekładałem na symbole, ani na cokolwiek. Tylko moment wahania, a potem już patrzyłem, jak błękit z wolna usuwa się stamtąd, bo uznał swoją bytność za wystarczający dowód sensu mojej wędrówki. Zrobiłem jeszcze kilka zdjęć i teraz od czasu do czasu spoglądam na tę błękitną poświatę, a ciało Mateusza Warszyckiego wydaje mi się równie doskonałe i równie niezrozumiałe, jak wówczas. Równie bezinteresowne i potrzebne, jak dzień w Modlnej, a może i droga do Ozorkowa, bo nie chciałem wracać po własnych śladach.

Nie potrafiłem ochłonąć, miałem zadzwonić jeszcze po południu do proboszcza z Brzezin, ale zrezygnowałem. Szedłem wolno, tak wolno, że mogłoby się zdawać, wyczerpałem wszystkie swoje siły. Na tej pustej drodze dopadł mnie jednak męczący, zgrzytliwy dźwięk i po chwili, nieproszony, zatrzymał się przede mną mężczyzna w starej Ładzie, w roboczym ubraniu, a kiedy wyraziłem zdziwienie, powiedział, że tu wszyscy się podwożą od czasu, kiedy skasowano ostatnie kursy autobusów. Było kręto, a on jechał jak szalony i gadał, gadał bez przerwy, ale dziś nie potrafiłbym powtórzyć ani jednego słowa, ani jednego wątku, choć przecież niemal pewny jestem, że mu odpowiadałem, nie wiem, co, ale odpowiadałem. Łada miała fotele wymontowane z tyłu i zdezelowaną tablicę rozdzielczą, taka mała jesień, rdzawa, nadchodząca widocznie nie tylko na liściach przydrożnych drzew, ale też we wnętrzach samochodów. Przynajmniej tu, w Modlnej, takie lokalne zjawisko przyrodnicze, taki mikroklimat, któremu opierają się tylko rzeczy wyjątkowe, spowite w inne kolory niż żółć, czerwień i zieleń.

Wyrzucił mnie przy pętli tramwajowej zarastającej trawą, o równie rdzawych jak wnętrze Łady złączach, ze zbitymi, brązowymi plamami jakiegoś smaru. Ale nic nie nadjeżdżało i zrobiłem sobie spacer ku pobliskim domom. Na ich szarych, lepiankowatych parterach mieściły się sklepy i traf chciał, że – wszedłszy do pierwszego z nich – zorientowałem się, że to klasyczne mydło i powidło, ale największą część pomieszczenia zajmowały różne wyroby szklane, ostatni, cichy tryumf wzornictwa z czasów późnego Gomułki. Cóż za bogactwo! Gdybym wyszedł stamtąd z niczym, dręczyłyby mnie wyrzuty sumienia. Panie pakowały mi kufle, poskręcane flakony przypominające ogony delfinów od Warszyckiego i pucharki z półokrągłymi ząbkami, jakby wyjętymi żywcem z ich paszczy. Połakomiłbym się nawet na kryształ, ale tego było już za wiele. Za wiele nawet jak na eliksir zapomnienia, który należało zaaplikować sobie w trumiennym świecie miasta. I pić z każdego możliwego naczynia. Ale tego dnia pasjonowało mnie wyłącznie szkło. Grzechotało w plecaku, kiedy tramwaj wolno pokonywał ozorkowską przestrzeń, przebijał się przez Zgierz i wnikał w centrum Łodzi. Na powrót tu byłem, ale patrzyłem spokojniej na szarości i ciemne tony. Całe szkło, co do jednej sztuki, rozbiło się, zanim wyjechałem. Eliksiry nie działały, na ekranie hotelowego okna, w łagodnym świetle września, w szybach pociągu, w poprzek stojących i migających wysokich drzew wyświetlało się bez przerwy to białe ciało, pod spokojnym niebem, nad chrzęszczącymi odłamkami szklanych naczyń.

 

 

PODZIEL SIĘ

Do góry