Tomasz Ważny Na kanwie

Tomasz Ważny, „Na kanwie”.
Fragment opowiadania „Ostatni”.

8

– Siadaj, chłopczyku – Soska wysunął powleczone kolorową ceratą krzesło, a kiedy Dżindżer usiadł, poklepał go po plecach.
– Pochwalony – Dżindżer zwrócił się do księdza Pliszki siedzącego po przeciwnej stronie stołu.
– Pochwalony pan Bóg i ksiądz Pliszka zawsze dziewica! – Student uniósł kufel w obu dłoniach jak mszalny kielich, przechylił szkło i upił kilka łyków.
– Marnujesz życie, pikaczu – zarechotał Mulat. – Powinieneś iść w habity, fucha, że ten. Chleb, wino, czarne dziewice.
– Codziennie modlę się, żeby Bóg dał wam obu chociaż jeden rozum na spółkę – wydukał z rezygnacją ksiądz Pliszka.

Dżindżer bywał w Wiaduktowej już wcześniej, jednak dopiero teraz jego wypady na sobotnie piwo nosiły znamiona dojrzałego, męskiego rytuału. Rozsiadł się wygodnie. Założył nogę na nogę, ręce zwiesił wzdłuż krzesła. Pozorował luz. Tej soboty jednak, już po rozwiezieniu chleba, dopadła go potrzeba myślenia i rozmawiania o ojcu. Matki nie mógł o nic pytać. W ogóle nie chciała rozmawiać o sprawach, które mogłyby łączyć się z tematem śmierci Jędrzeja Piątkowskiego. Dla Olgi wspomnienia były zbyt bolesne i – tak powiedziała – do niczego im się nie przydadzą. Czasami wydawało mu się, że wszyscy ludzie, nie wyłączając matki i siostry, wiedzieli coś więcej, ale za wszelką cenę próbowali to przed nim ukryć. Rzecz normalna, kiedy człowiek nie wie i może sobie wszystko tylko wyobrażać. Myśl o jakimś spisku, w który zaangażowani są wszyscy wokół, musi pojawić się jako alternatywa poznawcza. Próbował sprawę racjonalizować. Tłumaczył sobie, że nie każde przestępstwo zostaje wyjaśnione, nie wszyscy winni zbrodni ponoszą karę. Pech, że padło akurat na jego ojca. Najbardziej niepokoił go sposób. Brutalny, nieprzypadkowy. Właśnie nieprzypadkowość, wyraźny zamiar, dopracowany i wykalkulowany, wykluczał jego zdaniem nieporozumienie czy niefortunny zbieg okoliczności. Można było zakładać, że ojciec pojawił się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Zobaczył coś, czego nie powinien zobaczyć. Dlaczego jednak tego samego dnia wypłacił pieniądze z banku? Co się z nimi stało? Nie znaleziono przy nim ani grosza.
– Jędruś byłby z ciebie dumny – Pliszka wybił Dżindżera z zamyślenia.
– Bo co? – wtrącił się Mulat. – Bo chleb wozi? Jak on?
– A tak, cymbale – fuknął Soska. – I że się na nogi postawił.
   Mulat spuścił głowę. Gapił się na swoje nowe mokasyny. Łyknął piwa i westchnął z przyjemności. Beknął. Zanucił Cheri, cheri lady, bo właśnie leciało z kolumn.
– Mój… – zaczął i zawiesił głos. – Mój miałby to w dupie.
– Twój nawet nie wie, że żyjesz – ksiądz Pliszka przeżegnał się.
– Ruchał go pies – powiedział Mulat.
   Duchowny schował krucyfiks na szyi pod koszulę.
   Wsłuchiwali się w melodie z lat osiemdziesiątych. Pliszka kiwał głową na boki. Mulat do góry i na dół. Soska zrobił dzióbek i świszczał. Student położył głowę na stole, pukał palcami w blat. Dżindżer też chciał potrwać w tej disco ciszy, ale po trzecim piwie jego mózg zawsze był pobudzony. Chciał mówić, pytać, odpowiadać, wszystko wiedzieć. Jakby trzecie piwo było smarem, a on dawno nieużywaną, ale wciąż sprawną maszyną. Wystarczy kilka solidnych kropel i cały mechanizm rusza.
– Naprawdę to chciałbym kiedyś stąd wyjechać – Student podniósł głowę.
– I gdzie byś pojechał? – zapytał Mulat.
– Gdzieś, gdzie jest ciepło.
– Kiedyś pojedziesz do piekła – zakpił Pliszka. – Tam jest ciepło.
– Ksiądz będzie na mnie czekał.
– Ksiądz nie powinien mówić młodzieży takich rzeczy – zaprotestował Soska.
– Do Grecji bym pojechał. Do miasta Monemwazja.
– Co? – Soska się skrzywił.
– Tam jest dzwon na akacji. I daleko od ludzi.
– Tyle świata, a ten dzwon na akacji chce oglądać.
– Soska, Soska, proste z ciebie chłopię – stwierdził Student.
– A ja – wymamrotał Mulat – chciałbym poznać prawdziwą kobietę. Ale taką naprawdę prawdziwą!
– Dupa, cyce, nogi, kisiel? – zapytał Student.
– Gówno wiesz, pikaczu. Prawdziwa kobieta to taka, która ciągle przy tobie jest, bo jesteś jej mężczyzną, jedynym mężczyzną, może wcale nie pierwszym, ale ostatnim. No, to ona ciągle przy tobie jest, ale jak chcesz, bo tak cię akurat naszło, to jej nie ma. Jest, ale nie jest. Jak powietrze. Łapiesz?
– To się nie doczekasz – Student zawiesił górną wargę na dolnej.
– Może dmuchana lala? Chcesz, to jest, nie chcesz, to nie ma – Soska zrobił minę policjanta życzliwie tłumaczącego zawiłości kodeksu drogowego.
– Musi być piękna jak pani Juliette Binoche – wyklarował Mulat, niewzruszony. – Tak żebym cały czas myślał tylko o niej. Czego bym po drodze nie zobaczył, czego bym nie dotknął, to i tak będę myślał tylko o niej. Że to moja pani Juliette Binoche. Że to ją dotykam, nawet jak dotykam inną.
– I co? Jeszcze musi być inteligentna i elokwentna? – zakpił Soska.
– Tak, i pewnie wyuzdana jak te Niemki w tych filmach – wyrwało się Pliszce i natychmiast położył dłoń na ustach.
– Właśnie taka – odpowiedział Mulat z rozmarzeniem w głosie. – Czyli jak pani Juliette Binoche.
– A skąd wiesz, że pani Juliette Binoche jest mądra, elokwentna i wyuzdana? – Student włożył palec do piwa, wyjął i oblizał.
– Przecież mówiłem, że to prawdziwa kobieta. Moja prawdziwa.
– Ja pieprzę! Nie pij już, latino, bo zaraz poprosisz, żebym był twoim tatusiem i bił cię po pupie, jak będziesz nu nu – zakpił Student.
   Znowu całą piątką wsłuchiwali się w disco tony. Czerwiak, właściciel lokalu, przyniósł po piwie i pięćdziesiątce. Poderwali się. Wychylili wódkę. Popili browarem i siedzieli dalej. Mogliby tak przesiedzieć całą wieczność, potem następną i kolejną, ile by ich miało być. Wszystko, co zdarzyłoby się w międzyczasie, pozostałoby bez znaczenia. Na świecie niepotrzebny nadmiar, tutaj u nich pełnia w sam raz. Wódka, piwo, szlugi, rozmowy o niczym. Co istnieje poza niczym?
– A ja chciałbym się dowiedzieć – powiedział nagle Dżindżer.
– Czego, Pawełku? – zapytał ksiądz Pliszka.
– Prawdy.
– Prawdy?
– Prawdy nie zna nawet pani Juliette Binoche – burknął Mulat.
– Jakiej prawdy? – Student patrzył na Dżindżera spojrzeniem pełnym pogardy, jak esbek przepytujący zakładowego watażkę, który przez chwilę uwierzył w swoją misję polityczną.
– O ojcu.
   Student i Mulat wyprostowali się. Soska sięgnął po czapkę. Zaczął ją obracać w dłoniach, poskubał orzełka, popuścił paska. Spojrzał na Pliszkę. Ten kiwnął głową. Dżindżer siedział rozwalony na krześle i patrzył w sufit. Ksiądz przysunął się do niego i objął swoim ramieniem.
– Prawda nie zawsze jest życiu potrzebna – powiedział. – Nie do końca nawet wiadomo, co to jest.
   Nie wiadomo co to jest? Pliszka uśmiechnął się głupawo, wstał i wyszedł do toalety. Po drodze minął stolik, przy którym siedział Lesiak. Były kierownik upadłej roszarni, przez większość wieczoru prowadzący dialogi sam ze sobą, przysłuchiwał się teraz ich rozmowie. Twarz miał spuchniętą. Zarósł siwą brodą. Cienkie, tłuste włosy przylepiły mu się do czoła i skroni. Łachmany, które wisiały na jego ciele, musiały pamiętać czasy głębokiej komuny. Odkąd stracił stanowisko kierownicze w roszarni, klepał biedę na zasiłkach. Dorabiał pracami sezonowymi i to wszystko. Mówił, że ludzkie potrzeby są niewielkie. Cała reszta jest na pokaz. To stara chińska prawda, wyjaśniał, ale nikt tego nie sprawdził.

Radio przerwało pasmo muzyczne, żeby nadać wiadomości. Mulat i Student zaczęli rozmawiać o Wagnerze.
– Chuj taki z niego, że chuj – wybełkotał Student.
– No, od takich ludzi świat jest taki. I ta gęba! Jakby miał na niej syfilisa – Mulat zawtórował.
– No, kurde! Że go słucham i robię, co każe, to… bo czasy takie.
– No! Ja też. I żeby mu nie szkodzić jakoś. Ale kiedyś to ten.
– Nawet nie wiesz, co wiem. Straszne rzeczy!
– Też słyszałem.
– Można mieć syfilisa na twarzy?
   Przeciągnęli jego życiorys na skali od międzynarodowego mafioso po prowincjonalnego alfonsa. Ich wyobraźnia była niezmordowana. Nie oszczędzili nawet dzieci, których, jak wszystko wskazywało, nie miał.
– A gdzie wy byście byli – wtrącił się Soska – gdyby nie jego łaska?
– Łaska? – uniósł się Mulat. – Jak łaska?
– Łaska, Mulat. Myślisz, że nie było mądrzejszych na twoje miejsce?
– Żadna łaska, panie posterunkowy. Zwykły układ – Student wiercił się na krześle. – My robimy, on płaci. Tak że ten.
– Wy w tym układzie jesteście elementem do zastąpienia. Wagner nie.
– Każdy jest do zastąpienia.
– Kąsacie rękę, z której żrecie. Zapomniałeś, kto ci za pomnik matki zapłacił?
   Mulat przewrócił oczami. Soska znowu do tego wracał. Tak, Wagner zapłacił za pomnik jego matki. Zapracowała na niego w piekarni. Wypiekała pieczywo, była na każde zawołanie. Kiedy zaistniała taka potrzeba, zastępowała sprzątaczkę, nawet księgową, bo na tym i owym znała się nie gorzej niż ludzie kształceni. Czy z powodu tego pomnika do końca życia musi mówić o nim tylko dobrze?
– Ty, Soska, tak za Wagnerem nie stawaj – ryknął ze swojego kąta Lesiak.
   Pliszka wyszedł z toalety. Pierdnął, przeprosił, przeżegnał się i usiadł. Lesiak wstał. Powoli obszedł stół, przy którym siedziała reszta towarzystwa. Przystawał przy każdym krześle. Przechylał głowę i patrzył na twarz siedzącego. Wszyscy poczuli się niepewnie. Kiedy stał za Studentem, ten chwycił kufel z zamiarem chluśnięcia piwem w jego twarz. Lesiak wyczuł intencję i poszedł dalej. Stojąc za Pliszką, parsknął pogardliwie. Doszedł do Soski i powiedział:
– Nikomu włos ze łba, co? Służalczy psie.
   Soska podskoczył na krześle. Uśmiechnął się sztucznie.
– Knajpiane pyskówki – Pliszka szepnął do Dżindżera.
– Czemu się Lesiak tak rzuca?
– Od wódki mu rozum zanika. Mieli kiedyś utarczkę. Lesiak narzędzia z roszarni wynosił. Soska za łapy go capnął. Musiał kwartał za darmo odpracować.
– Kierownik i wynosił?
– Ty myślałeś, że kto wtedy wynosił? No, robole też, ale najwięcej tacy.
   Lesiak okrążył stół. Ponownie podszedł do Pliszki. Spojrzał mu w oczy.
– A księdzu co się tak na gadanie zebrało? Nie we wszystkich sprawach ksiądz taki rozmowny, co nie?
– Siadaj, Lesiak, w imię Ojca i Syna.
– Ksiądz się już przed Bogiem wyspowiadał?
– Siadaj!
– Przed prokuraturą może?
– Z czego miałby się spowiadać? – Dżindżer był zdenerwowany.
– Z grzechu zaniechania – syknął Lesiak.
– Idź mi! – ryknął Pliszka. – Jakimś życiem się zajmij.
– Pierdolę życie.
– Z wzajemnością raczej – rzucił Student. Na widok rozeźlonej twarzy Lesiaka wyszedł w pośpiechu do toalety.
– Dżindżer, ty tutaj nikomu nie wierz.
   Lesiak patrzył na Dżindżera surowo kilka chwil, jakby chciał w ten sposób powiedzieć więcej niż mógł słowami. Wrócił do swojego stolika. Chwycił stary, podziurawiony prochowiec. Założył go niezgrabnie.
– W nic – powiedział i wyszedł.

PODZIEL SIĘ

Do góry