Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy.

Jerzyk
Zuza

Moja babcia pochodziła z Łucka. Na swojego syna wołała Jerzyk. Salwa śmiechu. Ta mamina pieszczota nam, jej wnukom, nie pasowała do naszego dorosłego ojca.

Przekręcam kluczyk w stacyjce. Dziwne czasy. 95 za 150,00 zł to już nie jest trzy czwarte baku. W głośnikach Manic Street Preachers – If you tolerete this, then your children will be next. Tylko nie dzieci – myślę. I nie kupuję mopa w Leroy Merlin, chociaż tam mają najlepsze w komplecie z wiadrem.

W wiadomościach powtórka relacji spod Chersonia. Radość ukraińskich Cyganów, bo ukradli kacapski tank. Przypomina mi się Grzegorz Brzęczyszczykiewicz. Zabawne jest jednak tylko to, że kiedyś żarty z wojną w tle były żartami z odległego i niewyobrażalnego. Kiedyś skończyło się 24 lutego.

W marcu nie mówi się już na Ukrainie, tylko w Ukrainie. Od razu słyszę ojca: „weź drabinę, skoro idziesz na rynek”. Mógł mi wtedy odpuścić. Mieszkaliśmy w małym, zapuszczonym mieście, więc słowo rynek było jakby fantazmatem. Siedziało się pod ratuszem, ale jednak z nogami w burakach. I gdyby wtedy na ten rynek spadła bomba –  oczywiście wszyscy byliby daleko od wybuchu i nikomu nie stałaby się krzywda – to mieszkańcy ewentualnie omijaliby wielką dziurę w ziemi, natomiast wizualnie nie stanowiłoby to dla otoczenia większego szoku. Prawdopodobnie również ta dziura pozostałaby z nami przez długie lata, może potem zasypano by ją i zrobiono na przykład wielki klomb, też by nie przeszkadzało. Można by nawet i wbić drogowskaz, przenieść ten spod ratusza, byłoby lepiej było widać, ile kilometrów dzieli go od Rejkiawiku. Nie wiem tylko, kogo by to obeszło, bo strudzeni  wędrowcy z mojego miasta, autochtoni z drzeworytami zamiast twarzy, w najdalsze wyprawy udawali się jedynie do monopolowego.

Czerwone światło. Zmieniam stację. Głos, który nie zmusiłby mnie do kiwnięcia palcem, intonuje jakąś wypowiedź na temat przyjaciół w potrzebie. Nie wierzę, że usłyszałam fiut. Śmiech Kamali Harris każe mi jednak uwierzyć. Jak to się tłumaczy na nasze, to in dick? W fiucie czy we fiucie? Ostry cień mgły spowija mój mózg. Na szczęście to nie mgła covidowa, bo koronawirusa od 28 marca ma już nie być. Muszę włączyć przeciwmgielne. Do siebie tak gałkę po lewej. Boję się wojny, boję się bardzo. Nie wiem, co się wtedy robi. Tymczasem Prezydent Ukrainy udowadnia całemu światu, że jest Prawdziwym Kozakiem, informując Amerykanów w odpowiedzi na propozycję ewakuacji, że nie potrzebuje podwózki, tylko amunicji.

Myślę, żeby uciekać. Autobusem z przyczepą. Muszę zabrać wszystkich z rodziny, przyjaciół, sąsiadów, kota i pewnie inni też będą chcieli jechać. Szkoda mi domu, mojego miejsca do życia, lasu, rzeki, łąki, pól rzepakowych i śpiewu kosów. Ale nikt mnie nie zmusi do walki, do przedziwnych przewartościowań. W nomenklaturze wojennej moi młodsi, beztroscy bracia są poborowymi, a mój silny, niezawodny ojciec pozostaje starcem. Potem mój mąż w jakiejś rozmowie z kolegami mówi, że ukryłby nas, zabezpieczył i wrócił walczyć, bo wstyd by mu było uciec. Chłopaki przytakują, a ja myślę, że wolę go zabić sama. Jeśli on zostanie, jeśli zostaną moi bracia – my, wszystkie kobiety z rodziny zostaniemy tutaj razem z dziećmi. Jest nas kilka, wszystkie potrafimy gotować, także potrawy z rtęcią.

Irina poklepuje mnie po dłoni, jakbyśmy znały się latami, a nie od dwóch minut. Pociesza, że w moim domu wcale nie ma bałaganu. To dobre, ciepłe miejsce – powtarza. To ja ją powinnam pocieszać. Ale nie wiem co powiedzieć. Że dadzą radę? Idiotyzm. Jestem zażenowana sytuacją, ale ona nie przyjmie innego rodzaju pomocy. Umawiamy się, że ona górę, ja dół. Czyli góra i dół jednocześnie, i to w piątek. Luksus. Nie ja jej, to ona mi pomaga. W przerwach rozmawiamy o swoich zmarszczkach mimicznych, porównujemy je, naciągając twarze, każda z nas uważa, że ma więcej, nie ma takiego języka na świecie, w którym kobiety nie dogadałyby się w tej kwestii. Tylko mój mąż niedługo wróci z pracy, a jej został na wojnie.

 – Kilka tygodni temu żyłam tak samo. Teraz mylą mi się dni i nawet nie wiem, ile to trwa – Irina od początku patrzy mi w oczy. Ma łagodny uśmiech. Może jednak znamy się znacznie dłużej. Może wszystkie myślimy to samo.

W akademiku pełno wojska, chyba terytorialsi. Wszyscy mili i pomocni. Oprowadza mnie Beata, tłumaczy, że uchodźcy przyjeżdżają tutaj autobusami, są zakwaterowywani w pokojach na górze, tu na dole mogą się zaopatrzyć w to, co im niezbędne. Taka pierwsza pomoc. Potem jadą dalej, tam gdzie postanowią zostać lub przeczekać. Przyglądam się organizacji pracy. Punkt kompleksowych porad prawnych, punkt lekarski, catering, można dostać ciepłe naleśniki. Mam się nie dziwić, wolontariuszom też wolno się poczęstować. Potężne składy dokładnie posegregowanej odzieży, obuwia, kołder, pościeli, kosmetyków. Wózki dla dzieci, łóżeczka, pampersy, kaszki, mleko modyfikowane. Ogrom pracy i dobrej energii. Moją uwagę przykuwają lakiery do paznokci, szminki i cienie do powiek. Niesamowite. Chciałabym się przytulić do kogoś, kto pomyślał w ten sposób.

Irina ma ładne, zadbane paznokcie, mimo, że codziennie używa detergentów. Jest kosmetyczką, na pytanie o salon, wyjaśnia z pięknym, śpiewnym akcentem, że ma w domu maleńki gabinecik.

Moja babcia chciała dożyć stu lat, żeby ją z tej okazji pokazali w telewizji. Zabrakło jej kilku wiosen. Rozśmieszała nas, dzieci swojego syna, krzycząc po ukraińsku. Może wcale by nas to nie bawiło, gdybyśmy rozumieli, dlaczego tak robi. Ale nikt nie wiedział, a ona nie potrafiła sobie przypomnieć. Lekarze rozkładali ręce. Po polsku opowiadała nam, że była najpiękniejszą dziewczyną z całej wsi, a potem, że została wybrana przez Jezusa. Nasz ojciec zakazywał jej durnowatego gadania, a my, głupie, beztroskie dzieciaki, podpuszczaliśmy ją na każdym kroku, wypytując, kiedy doznawała objawień. Potem spotkała nas za to kara. Jako nastolatkowie błagaliśmy, żeby nie zaczynała tych historii przy naszych koleżankach i kolegach. Pod koniec życia dzwoniła o piątej rano, informując, że skończyły jej się tabletki od psychicznego. Uwielbiała się opalać. Najlepiej nago na balkonie. Trzymała perfekcyjny porządek w szafie z ubraniami i pościelą. Mimo, że czasem nas myliła, pamiętała wszystkie wzloty i upadki relacji Ridge’a i Brooke z „Mody na sukces”. Miała niezwykłą intuicję. Powiedziała mi, że jestem w ciąży, choć było za wcześnie, by wykazał to najbardziej czuły test. Paliła różę, odczyniała klątwy, zaklinała rośliny, rzucała uroki. W świecie, którego nie rozumieliśmy, my głupie, beztroskie dzieciaki, zmagała się z demonami; jakaś krzywda, której nie potrafiła nazwać, trawiła jej duszę. W świecie, w którym żyliśmy, wydawała się nieskończenie zabawna i miała najlepsze poczucie humoru. Nigdy się na nas nie złościła. Na nic nie narzekała. Dzielnie znosiła każdy ból fizyczny. I była najbardziej zadowoloną osobą, jaką kiedykolwiek znałam.

***

– Irina, jak ma na imię Twój syn?

– Jurij.

– Jurij to Jurek! Jak mój tato!

– No tak. To Jerzyk!

 

 

Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy.

 

 

Zuza, uczestniczka II edycji dwuletnich warsztatów prozatorskich prowadzonych przez Jacka Bieruta we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Nazywa je Uskrzydlarnią.

 

 

 

 

 

PODZIEL SIĘ

Do góry