Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy.

Duch niedokończonych historii
Z Wojciechem Kozielskim rozmawia Dagmara Pułaczewska

 

 

Prowadzi Pan w Krakowie ciekawą działalność – Świetlicę.

Z tą Świetlicą to jest taka troszkę dziwna historia, bo to taki rodzaj przestrzeni, gdzie próbuję być aktywny na płaszczyźnie mikrokulturalnej. Dzieją się tu różne rzeczy, począwszy od koncertów po spotkania autorskie. Staram się, żeby było to miejsce przyciągające dobrych ludzi i choć znajduje się przy głównej ulicy Krakowa, to jest schowane i znają je głównie zainteresowani.

Niestety na samej działalności kulturalnej zarobić się nie da, więc generalnie egzystujemy jako pub, który nazywa się Baza. Tak można zarobić na czynsz. Mam nadzieję, biorąc pod uwagę obecną sytuację, że będę miał do czego wrócić, że ten mój biznes i ta moja działalność nadal będą miały jakieś podstawy finansowe, bo lubię tę pracę.

Teraz najbardziej boleję, że nie mogę zrobić promocji mojej książki i imprezy z tym związanej, bo ja strasznie lubię robić rzeczy dla frajdy, bawić się pracą i życiem. Niestety los spłatał figla i trzeba będzie czekać na lepsze czasy.

 

Wkrótce ukaże się Pana książka – Weltschmerz Hardcore.  Już sam tytuł jest dość intrygujący, takie trochę połączenie bólu, buntu i siły. Skąd pomysł? 

Ten tytuł wpadł mi do głowy na samym początku. Jest dość chwytliwy, potrafi w jakiś sposób przyciągnąć uwagę, ale nie byłem do końca przekonany, czy ta książka powinna się tak nazywać.

Skąd się wziął tytuł? Opisywana historia, taka muzyczno-załogancka ma w sobie elementy pewnego bólu i buntu. Ma też to do siebie, że jest „obrazkowa”. Mam tu na myśli pewną symbolikę, jak choćby wspomniane w książce logo Black Flag.

W tamtych czasach, kiedy byłem młody, pisało się po zeszytach (rzadziej po ścianach, bo nie było farby) i jednym ze stałych elementów był krzyżyk, w którym wpisywało się HC – od Hardcore oraz pierwszą, i ostatnią literę miasta, w którym się mieszkało. To było takie logo, taki tag, którym opisywało się „załogę”.

Gdy zacząłem pisać tę książkę, bardzo często bazgrałem po kajecie, rysowałem właśnie takie krzyżyki i wpisywałem w nie litery WSHC. Męczył mnie wówczas weltschmerz – ból świata, stąd obok HC pojawiło się właśnie WS.

 

Weltschmerz Hardcore jest nietypowa, bo historie w niej opowiedziane opatrzone są podkładem muzycznym. Jak to było? Najpierw był utwór, do którego tworzył Pan historię, czy odwrotnie? 

Najpierw powstały pomysły na historie, a dopiero później dobierałem do nich właściwy kawałek. Kiedy skończyłem pisać, zaskoczyło mnie, że muzyka rozwijała się chronologicznie wraz z opisywaną w książce akcją.

 

Wokół subkultury punkowej działał pewien rodzaj symboliki – wspomniane przez Pana loga, ale również specyficzne słownictwo, jak: załoga, fanzin.

Tak się zastanawiam, w jaki sposób zostanie przyjęty ten slang młodzieżowy, który istniał w tamtym okresie?

„Załogę” nie ja wymyśliłem, tak o ekipach punkowych pisali dziennikarze i same punki tak się określały. W latach osiemdziesiątych byliśmy bardzo mocno naznaczeni piętnem filmów z czasów drugiej wojny światowej, takich jak: Stawka większa niż życie czy Czterej pancerni. Chcąc nie chcąc wszyscyśmy to oglądali i stamtąd wzięły się pewne kody. Dla nas „załoga” to była chłopacka fascynacja grupą dobrych przyjaciół, którzy wspólnie coś robią.

Termin fanzin poznałem przez bardziej kumatych kolegów. Na prowincji mówiliśmy na to gazetki. Sklejane przez fanów (nie lubiliśmy wtedy tego określenia, uważaliśmy się raczej za punkowych aktywistów) dla fanów pisemka, kserowane i dystrybuowane niezależnymi kanałami. Nieskładne, niegramatyczne, ale mówiące naszym językiem o naszych sprawach.  Weltschmerz Hardcore to też właściwie fanzin, tylko trochę grubszy.

 

A jak w ogóle zetknął się Pan z muzyką hardcorową?

Zarówno ja, jak i mój bohater pochodziliśmy z prowincji, z tzw. przyzwoitej rodziny. Przez całe swoje dzieciństwo czułem się totalnie wyobcowany, bo dzieci, z którymi chodziłem do szkoły podstawowej, pochodziły z innych środowisk, nie potrafiłem się z nimi dogadać. Nie mogąc odnaleźć się w rzeczywistości zacząłem szukać oparcia w muzyce. W średniej szkole doznałem wstrząsu, bo pierwsza „załoga”, z którą się zetknąłem, nie miała nic wspólnego z życiem punkowo-muzycznym, które sobie wymarzyłem. To były chłopaczki, które nikogo się nie bały i robiły brzydkie rzeczy. To zabawne, że przez pierwszy rok starałem się zaskarbić sobie uznanie ludzi, którzy w rezultacie często skończyli w kryminale. W końcu przestałem wierzyć, że moje ideały mają jakieś pokrycie w rzeczywistości. Dopiero po dwóch latach wreszcie odkryłem prawdziwy punk rock. Wtedy właśnie, około roku 87, spotkałem ludzi ze sceny fanzinowej i do tej pory wielu z nas się przyjaźni. Wiadomo, że różnie się nasze drogi potoczyły, ale ważne jest, że z takiej brudnej rzeczywistości, w której dorastałem, coś wyciągnęło mnie w lepszy świat, nauczyło mnie lepszego życia, a wszystko przez to, że słuchaliśmy podobnej muzyki.

 

Pana bohater wypowiada słowa „(…) marzyłem wtedy o wehikule czasu, który zabrałby mnie z powrotem w tamte lata, kiedy wszyscy byli młodzi, chudzi i zapryszczeni, ale muzyka miała taką moc, że po jej wysłuchaniu nic nie było już takie samo”.

Ja w tym moim tekście nie chciałem gloryfikować przeszłości. Raczej pisałem, że ona nie była taka fajna. Natomiast chodziło mi o oddanie hołdu pewnej pasji, która była impulsem do tego, żeby tą zastaną rzeczywistość po prostu zmieniać i próbować z nią coś robić, wyrwać się. Nie wiem, na ile to jest udane, a na ile nie? Sam bohater nie jest specjalnie jakimś tam przykładem, który można dawać za wzór innym ludziom. Natomiast chodzi o to, że te doświadczenia z przeszłości powinny być w jakiś sposób ciągle aktualne.

To tak jak u Škvoreckyego, którym trochę się inspirowałem – ta muzyka każe iść cały czas pod prąd. Chodzenie pod prąd, w moim rozumieniu, to nie jest wojna nastolatka wydana całemu światu. Chodzi o to, żeby mieć jakieś swoje zasady, które niekoniecznie muszą być tożsame z zasadami mainstreamu. Moim zdaniem całe zło świata bierze się z tego, że ludzie przestają zadawać pytania, nie szukają odpowiedzi, nie próbują się dogadać.

Ja teraz tak się śmieję, że prowadzę knajpę, stoję za barem i sprzedaję piwo, jest to chyba najlepsza praca, którą wykonywałem w życiu. Może ona nie jest zbyt prestiżowa, ale dla mnie – idealna, ponieważ mogę gadać, słyszeć historie, opowiadać swoje. To pozwala zadawać pytania, udzielać odpowiedzi i kwestionować pewne rzeczy.

 

W nawiązaniu do tego „chodzenia pod prąd”, pomyślałam sobie o Pana działalności w Antenie Krzyku. Czasopismo już od dłuższego czasu nie wychodzi?

Antena Krzyku nadal działa, ale obecnie jako wytwórnia płytowa. Natomiast ja faktycznie jestem z tego środowiska i byłem z nią związany od 88 roku.

To jest właśnie taka lekcja, którą wyniosłem z punk rocka, z undergroundu czy – obojętnie jak to nazywać – kontrkultury. A mianowicie, trzeba robić swoje, nie czekać na to, aż dostanie się to w pakiecie i nawet jeśli warunki są niesprzyjające trzeba po prostu brać się w garść.

 

Czyli hasło: „Zrób to sam”, jak najbardziej aktualne.

Tak, dokładnie.

 

I właśnie pomimo przeciwności postanowił Pan wziąć sprawy w swoje ręce i wydać książkę, korzystając z crowdfoundingu?

Ciekawa historia z wydaniem tej książki. Wydawnictwoj jest czwartym z kolei, z którym chciałem nawiązać współpracę. Wcześniej były to m. in.: Instytut Mikołowski czy WAB, które obiecywały mi wydanie, a potem kończyło się na tym, że książka się jednak nie ukaże. Trochę się zdenerwowałem i zacząłem zbierać fundusze na własną rękę. Trafiłem na Jacka. On zainteresował się tekstem. Pomógł mi go przepracować.

Na książkę złożyli się przyjaciele i ci, którzy zechcieli zaryzykować. Dla nich, do Weltschmerz Hardcore załączony będzie taki prezent – fanzin, w którym opisałem, m.in. jak próbowałem wydać książkę i ile było z tym problemów.

 

Wspomniał Pan, że inspirował Pana Josef Škvorecky.

Muszę przyznać, że na paru rzeczach się wzorowałem, nie uniknąłem innych wpływów, głównie czeskich czy angielskich. Można powiedzieć, że to taka polska historia opowiedziana za pomocą niepolskich narzędzi. Ja zawsze byłem wielkim wielbicielem Czechów, a sposób pisania Josefa Škvoreckyego o muzyce, o jazzie lat czterdziestych był mi bardzo bliski. Z kolei, jeśli chodzi o literaturę angielską, to zainspirowała mnie ta z lat sześćdziesiątych, gdzie bohaterowie to tacy młodzi gniewni. Mój bohater też jest taki: trochę niedojda, trochę nieprzyjemny, trochę przewrażliwiony i trochę kabotyn, to właśnie takie wyraźne nawiązanie do Billego kłamcy czy Z soboty na niedzielę.

 

Muzyka jest mocno obecna zarówno w książce, jak i w Pana życiu. Jak to się stało, że zaczął Pan pisać o niej książkę?

Napisałem książkę o muzyce, bo ja zawsze tą muzyką żyłem. Zawsze ją promowałem i przy niej działałem – czy to pisząc o niej, czy pracując w firmach płytowych. Kiedyś miałem nawet epizod jako wokalista zespołu.

Takim pierwszym bezpośrednim impulsem był film o skinheadach angielskich, który nazywał się This is Enlgand. Oczywiście ta subkultura i realia były troszkę inne niż te opisywane przeze mnie, mimo że dotyczy również lat osiemdziesiątych. Kiedy zobaczyłem ten film, zrozumiałem, że muszę napisać swoją historię, ponieważ jeżeli tego nie zrobię, to ona w jakiś sposób przepadnie. Pomyślałem, że jeśli zabierze się za to ktoś z zewnątrz, to ją wypaczy. Dlatego uparłem się. Mieszkałem wtedy w Londynie, siłą rzeczy miałem wielu znajomych z różnych kręgów kulturowych. Oni nie do końca rozumieli, jak wyglądało życie i sytuacja w Polsce lat osiemdziesiątych, w której wyrosłem, dlatego próbowałem im to jakoś nakreślić i tak zacząłem spisywać historie. Wsparła mnie w tym moja przyjaciółka, pierwsza recenzentka tekstu. Poradziła mi, żebym nie przejmował się sugestiami innych, nie starał się być zrozumiałym dla wszystkich, ale został taki „pozytywnie hermetyczny”. Ona jest scenarzystką telewizyjną, więc wiedziała, o czym mówi.

Początkowo pisałem bez jakiegokolwiek przekonania, że to się kiedykolwiek ukaże. Co ciekawe, większość tekstów, o czym wcześniej nie mówiłem, powstała w środkach komunikacji. Mieszkając w Londynie, spędzałem w nich codziennie po 2 godziny i aby nie zwariować, musiałem coś robić, więc czytałem i pisałem.

Poza tym w tamtym czasie, a było to ponad 10 lat temu, reaktywowało się bardzo dużo zespołów grających w latach osiemdziesiątych. Byłem trochę zniesmaczony tym, że ci już dojrzali mężczyźni zaczęli grać piosenki, które pisali jako nastolatkowie, którymi już dawno nie byli. Czułem, że muszę coś z tym zrobić. Opowiedzieć, jak to było naprawdę.

Jednak nie tylko chęć opowiedzenia pewnej historii była dla mnie najważniejsza. Jedną z przyczyn, choć nie bezpośrednich, był duch niedokończonych historii, pewien rodzaj świadectwa, które chciałem zostawić. Główny bohater w latach młodości ma wiele cech mojego serdecznego przyjaciela, który już nie żyje. To jest taki hołd dla tych, z którymi spędziłem tamte lata, z którym nadal się przyjaźnię, a także dla ważnych dla mnie osób, którym już nie zdążyłem podziękować. Chciałbym, aby one w jakiś sposób zaistniały. Dlatego planuję również w fanzinie, o którym wspomniałem, opisać kilka prawdziwych historii.

 

Akcja Weltschmerz Hardcore prowadzona jest dwutorowo. Z jednej strony czterdziestolatek, który próbuje rozliczyć się ze swoją przeszłością, a z drugiej młody chłopak, który dorasta.

Pierwszy pomysł na książkę był taki, że będą to monologi typa w barze opowiadającego narratorowi o swoim zmarnowanym życiu i będzie to opowieść tylko o latach osiemdziesiątych.  Zaniechałem tego, bo w sumie nie jestem entuzjastą literatury barowej i wymyśliłem bardziej ludzkiego bohatera, któremu jeszcze na czymś zależy. Londyn pojawił się naturalnie, bo tam wtedy mieszkałem i inspirowało mnie to miasto. Jeżeli miałbym wskazać współczesnych bliskich mi pisarzy, to wskazałbym właśnie na tworzących w tym mieście Hanifa Kureishi’ego i Nicka Hornby’ego. Wierność w stereo tego ostatniego była swego czasu popularną w Polsce powieścią i „londyńska” część mojej historii jakoś się do niej odwołuje.

Rozbicie tekstu na dwie płaszczyzny czasowe zasugerowała przyjaciółka, dobry duch i matka chrzestna tej powieści. Zgodziłem się, bo te historie z przeszłości potrzebują kontrapunktu, osadzenia w dzisiejszych czasach.

 

Trudno nie zapytać, na ile jest to książka autobiograficzna. Losy Pana, jak i bohatera, dość mocno się ze sobą splatają.

Generalnie jest to fikcja, ale jest to fikcja bardzo autobiograficzna. Wydarzenia i sytuacje, które opisuję, są w 75% zmyślone. Żadnego z moich bohaterów nie mogę przypisać konkretnej osobie, a najbardziej złożona jest chyba postać Kowalskiego. W jego losy wplecione są dzieje kilku moich przyjaciół. W książce są jednak zawarte historie, w których nie ma prawie w ogóle fikcji. Mówię o moim liceum, tam większość opisanych wydarzeń i osób jest prawdziwa, łącznie z dyrektorem szkoły.

Jeżeli mówię, że większość jest zmyślona, to prawda, ale jest to zmyślenie w 100% szczere.  Wiele moich własnych myśli, moich fascynacji muzycznych z tamtych czasów jest oddanych w tej książce w skali jeden do jednego.

 

Zarówno Pan, jak i bohater mieszkaliście w Londynie. Dlaczego akurat to miasto?

Ja tam mieszkałem przez wiele lat. W Londynie wylądowałem zupełnie przypadkiem i to dość późno, bo po trzydziestce. To było zanim Polska weszła do Unii. Londyn to trudne miasto do życia, ponieważ non stop trzeba się zmagać z rzeczywistością, by opłacić byle jaki kąt do mieszkania. Natomiast uważam, że jest fascynujące, ja je strasznie pokochałem. Miałem szczęście, że zaczepiłem się tam do pracy w wytwórni płytowej, wykonywałem generalnie magazynową robotę, ale poznałam dzięki temu bardzo fajnych ludzi, czułem się tam jak ryba w wodzie. Do tej pory uważam, że czas, który tam spędziłem, to lata, kiedy się najwięcej nauczyłem.

W ogóle bardzo lubię duże miasta, najlepiej czuję się w Berlinie, Barcelonie, Londynie. Każde miasto, które ma rozbudowaną sieć metra, już jest takie moje. Czasami nie podoba mi się to, że mieszkam w Krakowie, cały czas uważam go za taką wioskę w porównaniu do tych wielkich aglomeracji.

 

Bohater wrócił do Polski, żeby zagrać ostatni koncert, a Pan?

Tak, bohater wraca rozliczyć z przeszłością, ale stwarza sobie kolejny problem. A ja? Wyjechałem z myślą, żeby nigdy tu nie wracać. Nie wyszło. Decyzja o powrocie była nieprzemyślana i podjęta spontanicznie, wiązała się też z różnymi zawirowaniami życiowymi. A tak naprawdę chyba jednak jestem bardziej polski niż to sobie wyobrażałem i chciałem przed sobą przyznać.

 

Losy bohatera to nie tylko historia muzyki, ale również ukazanie, mówiąc tytułem jednego z utworów Dezertera, Szarej rzeczywistości lat osiemdziesiątych. Wspomina pan „Złego Generała w ciemnych okularach”, ZOMO, strajki… Patrzy Pan na to z perspektywy młodego chłopaka.

Rzeczywiście opis lat osiemdziesiątych stanowi jeden z głównych wątków książki. Kończy się, kiedy zmienia się rzeczywistość w Polsce, kiedy otwarto granice i można było planować swoją przyszłość na innych zasadach niż tylko ucieczki z kraju. W dalszym ciągu nie było różowo, ale można było dostać paszport i odpracować wojsko. Wiele to dla mnie znaczyło.

Jednak żyłem w ciągłym zawieszeniu, nie ustatkowałem się, miałem za sobą epizod emigracyjny. Już w XXI wieku postanowiłem wyjechać na stałe, ale wróciłem. Wydawało mi się, że jestem człowiekiem, który twardo stąpa po ziemi, a chyba żyję w „bańce”. Na szczęście dla mnie, ta „bańka” jest dosyć komfortowa, więc nie cierpię z tego powodu. Może jest to troszkę pięknoduchowski stan? Ja nie mam takich realnych problemów, jakie ma większość moich rówieśników. I to jest właśnie pewna cena, którą się płaci za, w pewnym sensie, bezkompromisowe życie.

Staram się nie narzekać. Uważam, że jestem człowiekiem szczęśliwym. Cały czas czegoś szukam, robię nowe rzeczy, jestem cały czas aktywny. Mam dużo szczęścia i najważniejsza rzecz, którą w życiu osiągnąłem, to grono dobrych przyjaciół.

Mam nadzieję, że jak pandemia się skończy, będę mógł wrócić do pracy, którą lubię. Ale jak to będzie dalej, zobaczymy. Może to będzie jakieś nowe wyzwanie…

 

 

https://allegro.pl/oferta/wojciech-kozielski-weltschmerz-hardcore-9241961400

 

Wojciech Kozielski
Andrzej Pilichowski-Ragno

 

Wojciech Kozielski, człowiek undergroundu, rocznik 1969. Na co dzień stoi za barem w prowadzonym przez siebie klubie Baza w Krakowie i próbuje animować niezależną kulturę w tym mieście. Wcześniej organizował koncerty, sprzedawał płyty, pracował w kilku wytwórniach fonograficznych i pisał o muzyce dla mniejszych i większych magazynów, od Anteny Krzyku po Przekrój.

Ślązak mieszkający w Krakowie, z długim epizodem emigracyjnym. Szczur miejski kochający prymitywnego rockandrolla i życie towarzyskie.

Weltschmerz Hardcore to jego debiut prozatorski.

 

Dagmara Pułaczewska
Dagmara Pułaczewska

 

 

PODZIEL SIĘ

Do góry