Krytyka literacka. Poezja, proza, literatura współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

Oddech
Z Rafałem Różewiczem rozmawia Dagmara Pułaczewska

 

Była pół godziny przed czasem. Siadła na ławce.

Jesienny wieczór, „a gwar jak na wiosnę” – pomyślała. Znad kawiarnianych stolików dobiegały wybuchy śmiechu. Spojrzała na oświetloną wieżę kościoła.

 

Czas spowalniał…

 

Dagmara Pułaczewska: Po kilku latach przerwy wracasz z trzecim już tomikiem poetyckim. Wkrótce ma się ukazać Po mrok.

Rafał Różewicz: Tak, wracam po trzech latach milczenia, z książką trochę inną niż wcześniejsze – inna perspektywa, inny punkt widzenia, inne opisywactwo. Ten tomik jest zamknięciem takiej małej trylogii, pokazuje mnie z innej strony, widać w nim mój rozwój. Zamyka pewien cykl myślenia o poezji, o przedmiotach, o tworzeniu literatury.

Książka będzie za chwilę, cieszę się. A co się będzie z nią działo? To jest niezależne ode mnie, a od czytelnika i od odbioru.

Teraz sam jako autor jestem ciekawy, co ze mną będzie? Czekam na to, co przyniesie czas. Nie rzucam absolutnie pisania, tylko muszę sobie zrobić przerwę. Mam plan zaangażowania się w prozę, a ten tomik będzie ostatni na dłuższą chwilę…

Dobry PR, jeśli powiem, że to moja ostatnia książka, to wszyscy ją kupią.

 

D.P.: Dobrze wytłuścimy to.

Czyli odchodzisz od poezji, a masz już jakiś konkretny pomysł na prozę?

R.R.: Nie czuję teraz potrzeby wypowiadania się poetycko. Gdybym za rok wydał tomik, to sam byłbym trochę zły, bo pewnie bym się powtarzał. Nauczyłem się jednej rzeczy, w literaturze najważniejsza jest cierpliwość, ona jest kluczem do sukcesu. Nie spieszyć się. Myślę, że za parę lat będę bardziej dojrzały i będę mógł coś ciekawszego napisać, coś przemycić i będzie to lepsze warsztatowo. Wolę poczekać, nic na siłę.

Jeśli chodzi o prozę, to mam taką powieść, gotową od 4 lat, tylko cały czas ją poprawiam, o wysiedlaniu Niemców z rejonu Nowej Rudy po 45 roku. Chcę ją przerobić, bo to temat, który mnie męczy i który mam w głowie już od czasów szkolnych. Akcja powieści dzieje się w niemieckiej Nowej Rudzie. Kiedy front szedł, ominął to miasto, walki były w Lubaniu, w Legnicy, więc bohaterowie są tacy strasznie wkurzeni, że wojna ich ominęła. To pogłębiło ich frustrację. Wydało mi się to bardzo współczesne, dlatego jest w niej wiele nawiązań do dzisiejszego Wrocławia, bo jest i ten obecny kompleks małego miasteczka względem dużego i ten niemiecki Neurode względem Breslau.

Tak sobie myślę, że właściwie żałuję, że nie mam żadnego wiersza o Nowej Rudzie, bo ja stąd jestem.

 

D.P.: Dlaczego?

R.R.: Nie wiem, mam blokadę. Trochę tekstów o Wrocławiu powstało, we wrześniu mija 10 lat, kiedy tu przyjechałem, jak każdy, na studia. Siłą rzeczy wsiąkłem w to miasto, w jakieś takie życie kulturalne. Ale mam bardzo ambiwalentne odczucia względem niego – z jednej strony przytłacza, z drugiej zachwyca, jeszcze z trzeciej inspiruje, bo mogę poznać tu wielu wspaniałych artystów. To miasto dużo mi dało, jeśli chodzi o literaturę, tu w jakimś sensie nauczyłem się pisać i napisałem wszystkie moje książki, bo w Nowej Rudzie średnio mi szło. Ta kultura wielkiego miasta tworzyła mnie bardzo, ale z drugiej strony Wrocław – mnie, człowieka z Nowej Rudy, trochę przytłoczył, musiałem się z nim oswoić i to oswajanie nadal trwa. Czuję się bardziej autorem noworudzkim i bardziej mi odpowiada kultura pogranicza. Ja jestem bardzo dumny, że mieszkam w pobliżu Czech i bliżej mi do pierwszego miasta czeskiego – Broumova, niż polskiego.

Duże miasto na pewnym etapie życia trochę męczy, zresztą mieszkam nad linią tramwajową i tynk mi się obsypuje czasem. Mój drugi tomik Państwo przodem, był najbardziej dynamiczny, tam właśnie całą energię, którą dał mi Wrocław, wykorzystałem, a po nim przyszedł moment na zadyszkę, przemyślenie wszystkich kwestii od nowa. Może ten tomik, gdzie bohater po prostu leży, jest bierny, to moja odpowiedź na Wrocław?

 

D.P.: Zanim zapytam Cię o Po mrok chciałabym zahaczyć o esej, którego jesteś współautorem „Nieregularne środowisko”. Nowa literatura Dolnego Śląska, który ukazał się na stronie wydawnictwa j. Piszesz tam o inicjatywach związanych z literaturą podejmowanych na Dolnym Śląsku, mi.in. wspominasz Nową Rudę.

R.R.: No właśnie, byłem na Górach Literatury w tym roku, czyli festiwalu w Nowej Rudzie organizowanym przez Olgę Tokarczuk i Karola Maliszewskiego.  Uważam, że takie festiwale są potrzebne, żeby ludzie mogli przede wszystkim rozmawiać. Nawet nie chodzi o to, żeby rozmawiać o literaturze, ale żeby poczuć tę atmosferę. Tu chodzi o dialog, o bycie razem. Środowisko poetyckie, jak i prozatorskie, jest tak małe, że bez tych festiwali to by się wszystko rozpadło, na nich integruje się społeczność, poruszane są ważkie tematy, wymieniane poglądy, są nawet krótkie spięcia. To jest klucz do literatury. Takie życie artystyczne, po którym coś pozostaje. Nawet nie w słowach, ale wpływa na światopogląd, wpływa na tworzenie tożsamości, na emocje. Ja zawsze po tych festiwalach mam dużo energii i zapału do pracy. A pisanie? Pisanie przychodzi później, często to jest kwestia przypadku, te wszystkie emocje pozostają w świadomości, a później to samoistnie przelewa się na papier.

Fajnie, że tutaj na Dolnym Śląsku, te małe miasteczka są otwarte na literaturę. Dobrze, że coraz bardziej aktywizuje się ona na tych obrzeżach. To jest dobre, bo faktycznie ludzie jej potrzebują, są oddaleni od centrum, nie każdego stać, nie ma czasu by jeździć do Wrocławia, więc literatura wychodzi do niego. Moim zdaniem to bardzo prężnie działa i dobrze, że Akademia Szwedzka to zauważyła. Myślę, że nawet na społeczeństwo ten Nobel jakoś tak pozytywnie podziałał, bo ludzie nim żyją. Ostatnio lekarka sama mnie zagaiła: „Mamy noblistkę!” i to było fajne. Widać, że ludzie potrzebują takich impulsów i one nie powinny być skupione w jednym miejscu, tylko porozrzucane po różnych rejonach, czyli taka pluralizacja, jeśli chodzi o kulturę, jak najbardziej.

 

D.P.: Przeczytałam Twój najnowszy tomik poetycki Po mrok. To był dla mnie taki oddech, refleksja, podana w bardzo przyjemny sposób.  

R.R.: Gombrowicz twierdził, że literatura nie powinna być nudna. Ja odchodzę od wierszy, które są mocno zaangażowane. Z jednej strony je cenię, a z drugiej… Ja nie za bardzo się w tym odnajduję – w jakichś jednodniówkach, w apelach – stwierdziłem, że literatura będzie dla mnie takim azylem, gdzie będę mógł od tej całej polityczności odskoczyć i też dać taką minimalną przestrzeń oddechu dla czytelnika. Czytelnik powinien też poczuć jakąś przyjemność z lektury, po co go dołować tym, że świat jest zły. Świat jest zły i wszyscy o tym wiemy, tylko po co się w tym utwierdzać? Warto spojrzeć na literaturę jako na taką chwilę oddechu. Poezja to też taka walka o oddech.

Brakuje mi trochę we współczesnej poezji polskiej jakiejś metafory, porównania, które nie byłoby obciążone aktualną sytuacją polityczną. Moim zdaniem za dużo jest publicystyki. Wiersz powinien być atrakcyjny dla czytelnika, powinno się czuć robotę poety w słowie, bo to jest też praca. Ja szukam intersującej gry językowej, która pokaże to, co ja już wiem o świecie, chociaż w minimalnie atrakcyjny sposób. Wciąż przerabiamy te same tematy od wielu lat i byłoby fajnie, gdyby poeta robił to na swój sposób, a tego sposobu mi czasem właśnie u innych brakuje. Dlatego chciałem stworzyć taki tomik, który sam z chęcią przeczytam. Jeżeli się podoba, to się bardzo cieszę, to znaczy, że się udało.

 

D.P.: Ten rytm, zabawa słowem, słowotwórstwo, takie smaczki… Nie wiem, dlaczego, ale skojarzyło mi się to jakoś z dwudziestoleciem międzywojennym.

R.R.: Białoszewski bardziej.

 

D.P.: Właśnie do Białoszewskiego bardzo często się odwołujesz w innych swoich tekstach. Czy ma on dla Ciebie jakieś szczególne znaczenie?

R.R.: To jest mój taki mistrz, a mam ich kilku. Jednym z nich jest Białoszewski. Większość jego rzeczy przeczytałem z zachwytem towarzyszącym lekturze. Uderzyło mnie w nim to, że z najprostszych rzeczy potrafił zrobić świetne teksty literackie, które otwierały mój mózg na inny rodzaj rzeczywistości. Nigdy nie myślałem o lodówce jako o tworzywie poetyckim, rzeczy poetyckiej, że można zrobić z tego jakiś wiersz, a Białoszewski mi to pokazał. Fascynowało mnie to, że ktoś potrafił pochylić się nad łyżką durszlakową, co mnie bardzo zaskoczyło i stanowiło taką wyraźną opozycję do tych bardzo poważnych wierszy Miłosza, Różewicza, Herberta. Nagle okazało się, że wierszem można się bawić, że wiersz może być humorystyczny, może być z błędami językowymi, może być pełen chaosu, a z drugiej strony jest on odbiciem takiej namacalnej rzeczywistości, to mnie bardzo ujęło i stwierdziłem, że to jest właśnie to. Nie chciałam oczywiście kopiować Białoszewskiego, ale od pierwszej książki przyjąłem jego perspektywę, stwierdziłem, że można z niego jeszcze dużo wyciągnąć. Poza tym w pewien sposób pociąga mnie jego biografia, jego sposób bycia, życia, który mi też odpowiada. Ja też nie mam biurka, tylko łóżko, i też wszystko robię na tym łóżku – piszę, jem. Poczułem, że mam z nim jakieś powinowactwo.

Z drugiej strony on był polityczny, tylko robił to na swój sposób. Ja też staram się robić to na swój, bo piszę. Piszę, więc się wypowiadam, przemycam swoje prawdy, ale jestem trochę na uboczu, tworzę własną literaturę i odpowiada mi ta postawa na obecnym etapie życia.

 

D.P.: Jednak powrócę do dwudziestolecia międzywojennego. Powiedziałeś, że wierszem można się bawić, że wiersz może być humorystyczny – Ty to robisz.

R.R.: Może masz jednak trochę racji, że to wprowadzanie życia do literatury, może się w jakimś sensie na kartach mojej książki odbywa. Mam nadzieję, że mnie to nie cofa. Tuwim, a przede wszystkim futuryści, wprowadzali zamęt w te skostniałe struktury poetyckie, wpuszczali trochę powietrza. Tworzyli specjalnie skandale, żeby ożywić tę literaturę, wyciągnąć ją z grobu po przegranych powstaniach i tchnąć w nią życie, ale spotykało się to zawsze z jakimś sprzeciwem. Zostali napiętnowani, a byli często bardzo zabawnymi ludźmi. Czy to Jasieński, czy Anatol Stern, robili bardzo śmieszne performance, które nawet dzisiaj spotkałyby się pewnie z negatywnym odbiorem.

Gombrowicz na przykład to fajnie robił w swoich Dziennikach, gdzie śmiał się z tego wszystkiego. Śmiał się z tego elitaryzmu, napuszenia, z tego, że literatura, to powinny być tylko trupy, trupy i trupy, a tak wcale nie jest…

 

D.P.: Trupy są teraz w modzie.

R.R.: Dlaczego wszyscy zgadzamy się na to, żeby mówić o trupach i namawiamy innych, by mówili o trupach? Literatura ma być odzwierciedleniem rzeczywistości, odzwierciedleniem życia. Dlaczego nie pisać o życiu… No w życiu „piękne są tylko chwile”, ale też o tych chwilach warto mówić, a to spotyka się zaraz z odbiorem, że to nie jest ważne, bo jest zabawne. Dajmy trochę odpocząć tym naszym zmysłom.

Ja, jak pisałem moje wiersze, to się cieszyłem, że one powstają w ten sposób, bo się przy nich dobrze bawiłem. Stachura mówił: „Dla wszystkich się znajdzie miejsce pod wielkim dachem nieba”, nie powinniśmy wykluczać literatury zaangażowanej i tej trochę lżejszej, która porusza ważkie tematy.

 

D.P.: Zatrzymał mnie wiersz Wasze serca bez serca – o pociągu. Można traktować go jako obrazek, a także jako metaforę życia człowieka.

R.R.: Tak. Ten wiersz został napisany swoją drogą tuż po festiwalu. Jechałem busem do Katowic i zobaczyłem z okna ten pociąg. Od razu wyskoczył mi w głowie pomysł na wiersz, nosiłem się z tym długi czas i w końcu któregoś dnia siadłem i napisałem.

Tak, chodziło mi o metaforę człowieka. W przypadku tego wiersza dałem się ponieść, sytuacji i rzeczywistości, starałem się wyciągnąć z niej, co najlepsze. Poza tym w swojej kolekcji nie miałem jeszcze wiersza o pociągu, a ja bardzo lubię pociągi i brakowało mi w moich tekstach jakiegoś środka komunikacji.

 

D.P.: Środek komunikacji… Dwojako można to interpretować.

W Twoim tomiku jest jednak pewna ocena rzeczywistości, jak choćby: [Pranie na suszarce. Powieszeni…] czy Naj ntisy?

Naj ntisy, to jeden z ostatnich wierszy do książki, który napisałem tuż przed wysłaniem gotowego pliku do Jacka. Stwierdziłem, że będzie dobry na otwarcie, taki trochę tekst pokoleniowy.

Czytając tomik w całości, można znaleźć tam bardzo jaskrawe poglądy, ale ja lubię opowiadać historię, która się w jakimś sensie rozwija, nie zależy mi na głoszeniu jakieś tezy. Chcę cieszyć się z tego, że piszę. Od odbiorcy zależy, jak to odbierze, ale ja czytelnika mam zawsze z tyłu głowy, staram się myśleć o nim, to jest ważna część pracy twórczej – czytelnik. Trzeba tworzyć z nim nie tylko smutne, ale i przyjacielskie relacje, nie trzeba mu za wiele wyjaśniać, bo on już wystarczająco dużo wie.

 

D.P.: Patrząc całościowo, kompozycyjnie na tomik, wydaje mi się, że nawiązujesz do dramatu – jest i Chór, jest i Trzeci Akt, do którego zresztą wprowadzasz nas, cytując Kartotekę Różewicza.

R.R.: Na pewno wszystko zaczęło się od Różewicza i od Kartoteki, tu nawiązuję bardziej do Kartoteki rozrzuconej. Postanowiłem rozliczyć się z nim. Tworząc tych 15 wierszy o łóżku, nagle olśniło mnie: „przecież to już było. Różewicz wspominał o tym w Kartotece, po co ja właściwie to tworzę?”. Ale stwierdziłem, że czasy się zmieniły, a korzystamy nadal z tych samych przedmiotów, dlaczego nie nawiązać do Różewicza i postawić to w czasach, w których się znajdujemy? Jak to dzisiaj zagra?

Rzeczywiście, komponując ten tomik, chciałem nawiązywać do dramatu. Chór jest takim komentarzem do dalszych części – do Leżaków i do Trzeciego Aktu i jest wprowadzeniem w tę całą sytuację leżenia, bycia w jednym pokoju. Początkowo ten mój bohater może się wydać taki wsobny, bierny, odizolowany, ale mimo wszystko on myśli, zna różne osoby, kulturę, zna się na paru rzeczach.

 

D.P.: Leżaki to taki czas na refleksję, oddech?

R.R.: Głównie stoimy albo siedzimy. Leżenie odbieramy jako izolację, negację, a właśnie to jest jedyny moment, kiedy można się nad czymś głębiej zastanowić. To łóżko to taka podpucha, z jednej strony to symbol bierności, a z drugiej ostoja, przystanek, gdzie można pomyśleć. To miejsce, gdzie można się poczuć wolnym. Ta refleksja nie jest wtedy błyskawiczna, ale powolna, pogłębiona, senna…

 

D.P.: Mam wrażenie, że w Trzecim akcie, coś się zaczyna dziać, wyczuwa się szybsze tempo, ten bohater staje się bardziej aktywny, napisałeś: „Róż się, róż, Ruszewicz”.

R.R.: Ten podmiot, w trakcie tego tomiku otwiera się, wprowadza inne osoby, jego świat zaludnia bardzo wiele postaci, często autentycznych. Już nie on sam, ale oni również konfrontują się z przedmiotami.

To jest takie fajne wyjście, moim zdaniem, na świat. Trochę inne niż zazwyczaj, ale może przez to ciekawsze i żywsze.

 

D.P.: Bohater ewoluuje.

R.R.: Tak, to jest taka ewolucja bohatera nie samemu dla siebie, ale dla innych ludzi. Ja przy tym tomiku sam się rozwinąłem jako człowiek. To taki tomik opowiadający o starzeniu się bohatera i samego poety, bo w ciągu tych trzech lat zmieniałem się jako osoba, zaczęły się pojawiać tematy bliskie człowiekowi koło trzydziestki, czyli chęć założenia rodziny, posiadania potomstwa…, te myśli otworzyły moje pisanie, a przez to wiersze stały się bardziej rodzinne. To jest takie dwutorowe, z jednej strony sam bohater zmienia się w tym tomiku, a z drugiej strony autor też się zmienia – taki proces dojrzewania, starzenia, pozbywania się złudzeń.

 

D.P.: Wspomniałeś innych mistrzów, kto jeszcze?

R.R.: Na pewno wszystko zaczęło się od Różewicza i Kartoteki. Ja do 15 roku życia nie interesowałem się literaturą, w szkole miałem ciężko, zważywszy na nazwisko, w końcu gdzieś tam na półce u rodziców znalazłem Kartotekę i pomyślałem: „Dobra, przeczytam, zobaczę o co chodzi” i mi się to bardzo spodobało.

Myślę, że też Ryszard Krynicki, to zaangażowanie, które nie jest agitką, ale jest zabawą słowem, tworzeniem związków frazeologicznych, to mi się od zawsze w nim podobało i to jakoś u mnie zostało. Poza tym jest komunikatywny, a ja cenię literaturę, która jest komunikatywna, kiedy wiem, o co chodzi w tym wierszu. Zawsze inspirował mnie konkret i też chciałem pisać wiersze konkretne, które będą zrozumiałe, będą „przyjazne”.

Na pewno Wojaczek, może też przez to, że miał ciekawą biografię. Miał też świetne wiersze sytuacyjne, zaskakiwał czytelnika i moim zdaniem miał genialne metafory. Ja też chciałem zaskakiwać i starałem się wykorzystać słowo do maksa.

Zazwyczaj inspirują mnie starsi poeci, choć tak naprawdę wszystko zaczęło się, kiedy przeczytałem tomik Tomasza Pułki, który już nie żyje. Wpłynął na mnie generacyjnie. Wydał swój tomik w moim rodzinnym mieście i wtedy dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak współczesna poezja. Nagle okazało się, że nie będę jedynym poetą, który pisze współcześnie, bo wtedy miałem takie przeświadczenie.

 

D.P.: A ile miałeś wówczas lat?

R.R.: No, szesnaście, ale ja nie wiedziałem, że jest jakieś środowisko poetyckie, że są współcześni poeci. Nagle się okazało, że w Nowej Rudzie wydał tomik osiemnastoletni Tomek z Krakowa, którego chyba z trzy razy w życiu spotkałem. Nagle okazało się, że w Nowej Rudzie istnieje wydawnictwo, środowisko poetyckie, że tu wydaje się antologie, że tu przyjeżdżają literaci z całej Polski, jest Olga Tokarczuk, o której dowiedziałem się z gazetki szkolnej na korytarzu, Karol Maliszewski.

Widzisz, właściwie mogłem powiedzieć, że względu na nazwisko, moim przeznaczeniem było pisanie i tak się trochę stało, choć moje początki sięgają muzyki, ale to taki trochę śmieszny temat.

 

D.P.: Czemu śmieszny? Opowiadaj.

R.R.: Zacząłem pisać po to, żeby nie musieć zapamiętywać swoich tekstów. Kiedyś trochę rapowałem, byłem zbuntowanym nastolatkiem, nagrałem płytę demo i miałem jeden koncert, w jednym klubie. Wyskoczyłem przy pełnej sali i zacząłem rapować. W pewnym momencie zapomniałem własnego tekstu, tak się zestresowałem. Podkład szedł, wszyscy w śmiech, to mnie utwierdziło w przekonaniu, że ten rap i hip hop nie jest dla mnie i wtedy zacząłem pisać wiersze, bo nie musiałem tych tekstów zapamiętywać. One są na papierze, mogę je czytać. Gdyby nie ten koncert, to może nigdy nie zacząłbym pisać.

 

D.P.: A wracając do Po mroku, nawiązujesz tam do haseł, symboli charakterystycznych dla naszej kultury, jak choćby: „umył ręce”, „ostatni most za daleko”, „Simba”.

R.R.: Simba to duże przeżycie pokoleniowe.

 

D.P.: Dlaczego?

R.R.: Bo byłem pierwszy raz w kinie na Królu Lwie, myślę, że to było spore przeżycie kulturowe dla grupy dzisiejszych 30 latków. Pamiętam, że przegapiłem moment, kiedy Mufasa zmarł, bo za mną ktoś jadł cukierki, a ja byłem łasuch i ciągle oglądałem się za siebie. Przez dwa lata żyłem w przeświadczeniu, że Simba to Mufasa. Jeśli chodzi o te symbole, to myślę, że żyjemy w otoczeniu symboli, one same się narzucają. Jesteśmy przebodźcowani, bombardowani obrazami najróżniejszej maści.

 

D.P.: Mówi się, że obecne pokolenie nie potrafi żyć bez bodźców.

R.R.: Jesteś w jakimś miejscu, zaraz sobie zrobisz zdjęcie, wrzucasz na instagrama, liczysz lajki, wszystko dzieje się szybko, staje się chwilowe i przez to nietrwałe. Sama poezja staje się obrazkowa – instapoezja, tu też dążymy do szybkiego przekazywania informacji, brakuje refleksji, liczy się natychmiastowy efekt. Widzę, że to się dużej części młodych ludzi podoba, bo to jest tożsame z ich przeżywaniem świata, z tym jak oni przeżywają bodźce, jak rozumieją bodźce – dla nich liczy się natychmiastowy przekaz, szybka refleksja, szybkie hasła, są przyzwyczajeni do tego świata.

 

D.P.: Jak myślisz, do czego to prowadzi?

R.R.: Że nie będzie takiego oparcia, bo wszystko zostanie przewartościowane i podważone, teraz mówię jak jakiś konserwatysta, ale jak ma się konkretne postawy, to można się na tym oprzeć, a jeżeli tego nie ma, wskutek ciągłego podważania, człowiek czuje się zagubiony.

Porównałbym to do takiej kuli śniegowej, która w rezultacie wszystko zmłóci, bo coraz szybciej będą następowały próby uchwycenia tego świata, coraz bardziej będzie się to wymykać na skutek rozwoju technologicznego. Coraz mniej mamy czasu, coraz więcej bodźców, coraz szybciej się wszystko dzieje. Już dzisiaj pojawiła się kwestia fake newsów, prawdę można obalić w minutę, powstaje kontrprawda do tej prawdy, wszystko się miesza, brakuje stałości. Świat staje się coraz bardziej niestabilny, niegościnny i niebezpieczny, bo zwiększa się tempo zmian, za którymi mózg już nie nadąża, nie jest w stanie przetworzyć tylu informacji i zaczyna gdzieś to wszystko szwankować.

 

D.P.: Teraz przypomniał mi się Twój wiersz Smoki.

R.R.: Smoki, to taki bardziej publicystyczny wiersz. Zastanawiałem się, czy dać go do tomiku, ale on sam się wpasował. Zauważyłem wówczas, że pewne motywy pojawiały się w różnych tekstach, powstałych na różnych etapach pracy i że idealnie ze sobą korespondują. To było dla mnie zaskoczeniem i dodatkową wartością, że nie dłubałem tak, żeby to idealnie ze sobą współgrało, a wynikało to trochę z mojej podświadomości. Wychodzę z takiego założenia, że często wiersze są mądrzejsze od autora.

A Smoki? Tak, to jest właśnie komentarz do współczesności. Wiersz o prawdzie, którą można bardzo szybko podważyć, ale też o tym, jak nieprawda może stać się prawdą wskutek nowych technologii. Wszystko jest dzisiaj płynne, żyjemy w takim świecie postprawdy. Pamiętam czasy, gdy były stałe wartości, nie było internetu (poznałem go jak miałem 11 lat) – był dobry król lew, a zły Skaza przegrywał, a teraz wszystko się zmienia. Sam się łapię na tym, że zaczynam nie nadążać i jednak trochę tęsknię do tamtego świata, który był bardziej oczywisty.

 

 

Stukot obcasów. Winda. Automat.

Rzeczy wysypują się z torebki.

Szlaban. Światła. Klakson.

 

Czas przyspieszył.

 

 

Rafał Różewicz

 

 

Dagmara Pułaczewska
Dagmara Pułaczewska

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PODZIEL SIĘ

Do góry