Proza współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

Wieczorna (fragment)
Wojciech Czusz

Budzę się w nocy w zimnym pokoju. Przede mną – ja, odbity w szybie, obrysowany światłem lampy. Na stoliku otwarta teczka, niedopita butelka. Wino ze Srebrnej Góry. Przecież to radość być Polakiem w Polsce i pić polskie wino.

Napełniam kieliszek i sięgam po jeden ze szkiców. Wodzę palcami po liniach rysunku. Zaczynam u źródła, którego domyślam się w bieli przy krawędzi kartki. Odtwarzam ruch jego dłoni, która kreśliła dwie linie, z początku niemal styczne, potem bardziej odległe, kręte – dłoni, która płynęła wraz z rzeką, chybotała się na spokojnej fali, meandrowała przez równinę – aż trafiła w miasto, zakreśliła koło, otoczyła je opieką. Potem wspięła się szybko po stromych murach, spadła po drugiej stronie, w wąwóz ulicy, i znów wspięła, tym razem po ścianie domu, by skakać po dachach, potykać się o kominy, a potem znów spadać na bruk. I tak długo, raz za razem, aż całe miasto wypełniło się domami. Tu i ówdzie wspięła się jeszcze wyżej, nad dachy, na wieże kościołów, zawisła na dzwonach, zatańczyła na strzelistych hełmach, by wreszcie odpocząć na płaszczyźnie rynku. Stamtąd, główną drogą, zostawiając za sobą stragany, dotarła do bramy – i przez jej otwarte wrota wyszła na most, zsunęła się w toń i odpłynęła w biel, zmywając z siebie czarny tusz.

Noce są coraz dłuższe i coraz chłodniejsze. Dobrze, trzeba się zebrać i wyjść. Teraz, póki ulice są puste. To miasto należy do bogatych i do młodych, którzy jeszcze się łudzą. W ciemności i w zimnie, tylko tak może być jeszcze moje. Tylko tak mogę jeszcze przywołać tamte rojenia – o posiadaniu, o więzi. Byle zdążyć przed świtem.

W szafie mam pudło, w pudle stos papierów ze studiów. Tam gdzieś jest schowany w folię, dawno nie oglądany, lepszy i prawdziwszy we wspomnieniu, mój wczesny projekt: dom własny. Opowiadanie, którego nie pokazuje się nikomu, a już zwłaszcza jego prawdziwym bohaterom. Drogocenna pamiątka świata, który nigdy nie miał prawa zaistnieć.

Wzdłuż głównej osi osiedla do pustego cokołu po marszałku Koniewie i dalej, pomiędzy biurowcami do Piastowskiej, Piastowską do Błoń, wśród akademików dogorywają ostatnie imprezy, na Cichym Kąciku jedna willa dyskretnie oświetlona, przed nią SUV-y, ale tam, na Błoniach, tam już tylko ciemność i wilgoć, i czarna mgła pełga nad trawą. Wychodzę na środek, ta mgła się zaraz podniesie i zgęstnieje, i skryje wszystko wokół, będzie się szło w nicości, ale teraz jeszcze widać zza niej miasto i mój cel – tam, po przeciwległej stronie, nad ostrym kątem zielonego klina, który się wbija w Kraków, tam jest, góruje nad okoliczną zabudową, jasno oświetlony lewituje nad miastem – ale im bliżej jestem, a przedzieram się wytrwale, na przełaj, przez rozmiękłą glebę, tym jest go mniej, zapada się na powrót w miasto, w ciemność, znika.

Mijam hotel Cracovia, cudem ocalony od dekomunizacji, i wchodzę między kamienice. Tu jest dobrze, tu jest dziwnie – Piłsudskiego, Retoryka, gdzie budował Talowski, Odrzywolski, Knaus, gdzie niegdyś płynęła Rudawa – i zaraz w bok, gdzie węziej, cieplej, w Smoleńsk, w Felicjanek, w Małą. Nie spotykam nikogo, słyszę czasem kroki w oddali, stłumione głosy. Mała wchodzi w Zwierzyniecką i zmienia się w Tarłowską, asfalt i beton zmieniają się w bruk – stąd znów go widać, przebłyskuje zza drzew, już się zaraz ukaże w całej okazałości, a ja się boję nieomal, opuszczam wzrok, wchodzę na Plac na Groblach, idę wzdłuż wschodniej pierzei, on już tu jest, jego łuna unosi się nad domami, wychodzę za róg – Wawel – wieże, hełmy, mury, kominy.

Jeszcze kilkaset kroków, Powiśle, Podzamcze, wsuwam się pod ten rozświetlony masyw, kryję się w jego obecności, zbliżam do ceglanej kaponiery, nad nią bastion Władysława IV, nad nim pomnik Tadeusza Kościuszki, nad nim Wieża Zegarowa, na niej barokowy hełm, a pod hełmem po tarczy pokrytej patyną przesuwa się złota wskazówka. Tu właśnie, pod tym wszystkim, na samym dole, po przeciwnej stronie ulicy, tak samo teraz jak te kilkanaście lat temu – tu jest pusta parcela i tu miał stanąć mój dom.

Taki byłem pewny siebie, taki durny. Gdzie tam jakieś boczne uliczki, zaciszne zakątki, jakieś marzenia o willi z ogrodem – gdzie tam, ja sobie dom wystawię tutaj, pod spiętrzeniami Wawelu, pod zwałami katedry, nieopodal Bramy Herbowej, by widzieli go wszyscy wchodzący.

Kamienica narożna, dwie fasady, trzy kondygnacje. Do połowy pierwszego piętra ciosy wapienne, wyżej czerwona cegła, jakby stał tam niegdyś mur, z którego wyrósł dom. Na każdej fasadzie kamienny portal zwieńczony półkoliście z nadświetlem, okna na parterze małe, wąskie i głęboko osadzone, wyżej – podwójne i potrójne okna renesansowe w kamiennych obramieniach. Od strony zamku – trójkątny szczyt z pinaklami, od strony Plant – spadzisty dach i rząd lukarn.

Dwie fasady, dwa portale i dwa witraże w nadświetlach, a na witrażach – znajome twarze mężczyzny i kobiety.

.

.

Proza współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

.

Wojciech Czusz (ur. w 1990 r. w Nowej Dębie) – kulturoznawca, absolwent porównawczych studiów cywilizacji na Uniwersytecie Jagiellońskim. Autor powieści Pomniejszy przypadek manii wielkości (2016) oraz opowiadań publikowanych m.in. w Wizjach, Zakładzie, Stronie Czynnej. Mieszka w Krakowie.

PODZIEL SIĘ