W wigilię Bożego Narodzenia nie było niczego więcej poza deszczem, który tłukł w szyby.
Stałem przy oknie i śledziłem ruch pojedynczych kropel. Ich zygzakowate trajektorie łączyły się na przemian, wypływały jedna z drugiej i ciurkały sobie gdzieś dalej. Wiatr nanosił je nieustannie, a ten dźwięk… jakby ktoś stukał paznokciami w szybę… działał nad wyraz odprężająco.
To musiało wystarczyć, więc tego się trzymałem. Tych kropel i dźwięków, tej organicznej pustki, która wisiała nad miastem, tuliła wieżowce i pękała dźwiękiem rozprężającego się powietrza, gdy wznosił się lub lądował akurat jakiś samolot.
Stolica warczała.
Dusiła.
Bilet lotniczy, który pacnąłem na stół, uwierał jak kamień w bucie.
Warszawa z szesnastego piętra wyglądała jak prostytutka z rozmazanym makijażem: przyklejona do chodnika, smutna i roztrzęsiona.
Nie śniło mi się nic. Znowu. Od czasu, gdy umarła Ania, sny są tylko lepkim stanem zawieszenia.
Jakbym dyndał uczepiony pajęczyny nad kałużą wrzącego oleju.
Budzę się zlany potem, czyli jak zawsze, i nie wiem, gdzie jestem.
Czy jestem w ogóle?
Wolałbym nie. Wolałbym się już nigdy nie obudzić, kurwa.
.
***
Palę papierosa przed wejściem na terminal.
Druga dwadzieścia trzy.
Do odprawy pięć godzin.
Nagich pięć godzin.
Zapłaciłem za hotel, żebym miał się gdzie napić. Taka prawda. Ale nie jestem w stanie tam zasnąć. Nie wiem, czy tutaj też uda mi się zmrużyć oko, choć po to przyszedłem.
Nie, bardziej – uciekłem.
Uciekłem.
Staram się nazywać rzeczy po imieniu.
.
Kręci mi się w głowie, czuję uderzenie alkoholu i naciek gęstej śliny do ust.
Nie jadłem trzy dni.
Nie dam rady niczego przełknąć.
Nie mam już gardła tylko materię zbitą w pięść.
I krążącą we krwi whisky.
.
Wypiłem za dużo.
Zdecydowanie za dużo.
.
Czepiam się sytuacji i zdarzeń. Notuję wszystko kompulsywnie. Jestem Monetem, który próbuje schwytać w palce światło. Różnica jest taka, że on robił z tego sztukę, ja próbuję przetrwać. I też dobrze. To też jest neutralne, prawda?
.
Obok stoi para.
Facet poprawia szalik swojej kobiecie i zapina jej kurtkę pod samą brodę. Byłoby śmiesznie, jakby ją przyciął, myślę, a za chwilę: przecież byłem taki sam w stosunku do Anety. Dokładnie taki sam.
Ściska mnie w żołądku, zaraz zwymiotuję.
Duszę papierosa w popielniczce i przełykam gorzką ślinę. Opieram się o ścianę, twarz chłoszcze wiatr i drobiny deszczu.
Jakby ktoś na mnie pluł. Zasłużyłem? Nie wydaje mi się.
Kobieta przytula się do faceta, Warszawa pulsuje neonami. Tli się w kałużach jakby ktoś rozsmarował światło zardzewiałym nożem. Opalizuje. Skrzy. Tańczy mi w głowie, rozpiera czaszkę od środka. Dudni krew, a oni się śmieją. Facet coś szepce jej do ucha, zupełnie jak ja Anecie, ona patrzy na niego oczami, w których jest muzyka.
W mojej jest pulsująca cisza.
I jakiś szmer.
Biały szum.
Kurwa, nie zniosę tego. Ta para coś ze mnie wyciska.
Zastygły czas, strzępy wspomnień.
.
Ledwo zdążyłem schować się za róg.
Moje ciało skurczone w paroksyzmach wyrzygało strugę ciemnej skrzepliny.
Whisky i cola.
Może przetrzeźwieję.
Ocieram usta przegubem dłoni.
Ale tego smaku nie zabije nic.
.
Biel jarzeniówek wyłupia mi oczy. Muszę je na chwilę zamknąć, bo rozsadzi mi głowę.
Nawet nie chcę patrzeć na swoje odbicie, dlatego prześlizguję po terminalu ze spuszczoną głową, szukam miejsca, gdzie mógłbym przysiąść.
Z dala od szyb.
I zdrzemnąć się choć na chwilę.
.
Nastawiłem budzik na czwartą trzydzieści.
Dwie godziny wystarczy?
Musi.
Potem poszukam bramki. Przejdę kontrolę. Ale wpierw muszę się zdrzemnąć, choć na chwilę.
Inaczej oszaleję.
.
Ktoś trąca moje nogi. Nie śpię.
To dziewczynka, na oko pięcioletnia.
Boże, jak moja Ania.
Nawet jest podobna, nie.
Nie wiem.
Boże, jak moja Ania.
.
– Mamusiu, czy z tym panem jest wszystko dobrze?
To ta dziewczynka.
Przecieram twarz, rozcieram ją w dłoniach, ugniatam jak ciasto, ale dziewczynka nadal stoi przede mną i patrzy na mnie swoimi niebieskimi oczyma.
Nie, nie jest dobrze. Uśmiecham się i nie wiem, nic nie wiem, czy siedzę na tym lotnisku, czy zbudziłem się właśnie w hotelowym pokoju i dożywam strzępek snu, ale szumi, szumi ten terminal, słyszę jak ludzie rozmawiają szeptem, słyszę jak spada puszka napoju w maszynie za moimi plecami, ktoś proponuje komuś papierosa, słyszę komunikat, że pasażerowie lotu numer jakiś tam proszeni do bramki numer osiem, więc jestem tu, siedzę i przeżuwam w ustach mdły posmak rzygowin i rosnącego kaca, czuję jak puchną mi oczy i zastyga w kącikach ust gorzka piana, a dziecko stoi i patrzy, wierci na przestrzał w mojej klatce piersiowej, wypala mi oczy, idź stąd, do cholery, myślę, ale nie powiem, bo jakże bym mógł!
– Natalko, nie przeszkadzaj panu. Chodź tu.
Zerkam przez ramię. Kobieta pod trzydziestkę. Uśmiecha się, gdy nasze spojrzenia się spotykają. Staram się zrobić to samo, ale moje wargi ważą trzy tony. Ktoś wstrzyknął w nie beton.
– Przepraszam pana, ona jest bardzo ruchliwa.
Próbuję odpowiedzieć, ale w moim przełyku wije się cielsko nażartego węża.
Chrząkam.
I nic.
Kobieta nie spuszcza ze mnie wzroku. Pewnie myśli, że jestem kompletnie naćpany, możliwe, że poprosi ochronę i tak skończy się ten lot. Ta cała historia.
– Chwila, chwila. – kobieta mruży oczu i wymierza we mnie palec wskazujący. – Pan nie jest czasem tym pisarzem?
Kurwa. Kurwa. Kurwa.
Zaczynam panikować. Będzie chciała rozmawiać, będzie pytać, drążyć, a to jest ostatnie, na co mam ochotę.
Odkleja się łuska w moim gardle. Chrząkam, ale w głowie mam tylko jedno: czy wziąłem ze sobą cholerny lorazepam? Wziąłem czy nie wziąłem? Jeśli nie wziąłem, to jestem w czarnej piździe.
– Reporter – mówię i słyszę jak dookoła mnie sypie się rdza.
Mówię, bo chcę też się uspokoić. Serce mi zaraz wyskoczy przez klatkę piersiową, trochę zaczyna mnie dusić.
Kurwa. Kurwa. Oddychaj. Oddychaj.
Wdech.
(Powinien być w wewnętrznej kieszeni walizki)
Przytrzymaj.
(Ale nie będę teraz wszystkiego wypierdalać na zewnątrz)
Wydech.
(Pójdę do łazienki i tam sprawdzę?)
Przytrzymaj.
(Kurwa, zostaw to)
Wdech.
– Aaaaa! No tak! – kobieta klaszcze w dłonie. – Tak, tak! Przepraszam pana, ale książka o Afganistanie czytała się jak rasowa powieść! Mam w domu! Jestem wielką fanką! Chodź tu, Natalko. Mówiłam ci coś.
Dziewczynka robi trzy zamaszyste kroki, nieco teatralne, i z impetem wiesza się na szyi kobiety. Całuje ją w policzek.
(W kurtce?)
– Dziękuję. – mówię ledwo słyszalnym głosem. Jakbym mówił spod wody. – To bardzo miłe.
Kobieta wciąż na mnie patrzy, jej twarz delikatnie zastyga. Wygląda jakby z góry ktoś polewał ją woskiem.
Już wiem, co chce powiedzieć.
Kurczę się w sobie, gdzie jest pierdolony lorazepam!
– Nie wiem czy to odpowiedni moment… – kobieta waży słowa. Przygląda mi się cały czas. Wreszcie się decyduje, gdy skulony obmacuję kurtkę i myślę tylko o tym, żeby uciec. – Czytałam o wypadku. Proszę przyjąć moje kondolencje. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić…
Jest! Jest, kurwa! Jest w kurtce pierdolony lorazepam!
Przewieszam ją przez ramię, wstaję.
– Pani wybaczy – mówię.
Mam ciemno przed oczami, ale wiem, gdzie idę.
Wrzucić w siebie dwie tabletki.
I pójść na szluga.
.
.

.
Łukasz Łuszczki – prozaik, absolwent Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach oraz Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie. Publikowany fragment powieści Pośrodku to część większej całości – intymnej opowieści o winie, żałobie i rozpadającej się tożsamości. Inspiruje się twórczością Sebalda, Barry’ego i Faulknera. Pisze prozę gęstą i bezkompromisową.
