<maszynopis wytarty ścierką>
Wergiliusz Wilusz
Balijczyk w NY
<maszynopisu część zachęta>
I tak się sprawdza. Że czasem się pudłuje. Jakiś australijski dzieciak pudłuje do pustej bramki. Na plaży. Na Bali. Jest na wakacjach. Przyjechał z rodzicami, by cieszyć się słońcem. Jakby w Australii brakowało im słońca. Ale przyjeżdżają. Ale wyjeżdżają. I dokują na tej rajskiej, wydawałoby się wyspie. Wyspie tanich masaży. Dobrze schłodzonego piwa Bintang. I ładnych kobiet. I w zasadzie o to chodzi Australijczykom. Niektóry robią tu też sobie zęby. Inni kupią jakiegoś buta. Jeszcze inni, zarobią coś na wynajmowaniu desek surfingowych. Australijczycy – Australijczykom. I tak to się kręci. I nie może tego zrozumieć Wayan. Młodzieniec. Choć już nie taki młody. Ma 23 lata. Przygląda się chłopcu pudłującemu do pustej bramki. Na plaży. I nie może się nadziwić. Temu że dzieciak nie trafił oraz temu że Australijczycy są, jacy są. No właśnie. Mówią Ci – bądź sobą. A jak „jesteś sobą”, to wychodzi jakoś pokracznie. Zbyt intensywnie i człowiek tonie. Nawet na Bali. Była kiedyś taka para z Australii, która wynajęła samochód, pojechała nad jezioro Batur, i popełniła samobójstwo. Utonęli. Podobno rodzice dziewczyny nie chcieli, aby związała się ze swoim wybrankiem. Wybrankiem serca. Ale to nie sposób. To kiepski wybór. Wayan słyszał tę historię. I widział już wiele. A teraz dziwi się, że dzieciak nie trafia do pustej bramki. I temu że Australijczycy są, jacy są. Przecież Bali to kultura. To sztuka. To religia. Wszystko kręci się wokół niej. Ale mało kogo obchodzi lokalne, tradydcyjne malarstwo. Takie jak z Kamasan, z którego pochodzi Wayan. Jego matka jest jedną z takich malarek. Prawdziwych artystek. Ale ciężko z tego dzisiaj wyżyć. Niby sztuka przekazywana z pokolenia na pokolenie. Naturalne farby. Motywy z religijnych legend. Ale dziś mało kogo to interesuje. Ludzie wolą kupić kolorowy obraz słonia na lokalnym targu. Cecha charakterystyczna – tyle kolorów, ile świat uniesie. I niesie. Takich twórców. A nie prawdziwych artystów, jak mama Wayana. Kolejny temat to teatr cieni- Wayang kulit. Wayan parał się nim do niedawna. Nauczył się od swego dziadka. Też Wayana. Ale pieniądze były z tego słabe. Co zrobić. Musiał zająć się czymś innym. Wayan nie miał tyle szczęścia co jego siostra – Kadek Ayu. Ni Kadek Ayu tańczy Kecak. Tradycyjny balijski taniec. I tu coś można jeszcze zarobić. Ktoś przyjdzie. Ktoś zobaczy. Nie zrozumie, ale zobaczy. Bo tak Wayang kulit, jak i Kecak, mają charakter oczyszczenia. Człowieka. Wnikają w duszę. Do serca. I pokazują to co ważne. I tak powinno zostać. Ale zarobić też trzeba. I Wayan dobrze o tym wie. I zarabia. Wstaje o piątej. O szóstej wstaje słońce. Gdy Wayan jest już w pracy. W hotelu. Sprząta. Robi zakupy na śniadanie. A później je przygotowuje. Strawę dla podróżnych. Następnie wraca do domu i robi z muszelek bransoletki. Taki pomysł na biznes. Mały, ale da się wyżyć. I po południu, tak jak teraz, sprzedaje bransoletki australijskim turystom. Tak jak teraz. Tak jak teraz, gdy przypatruje się chłopcu, który nie trafia do pustej bramki. Wayan, z bransoletkami w dłoniach. Oferuje swój czas. Swój pomysł. I wykonanie. Ale sprzedawanie bransoletek turystom ma jeszcze jeden plus. Można rozmawiać z ludźmi. Poznawać ich, choć trochę. I Wayan to rozumie. I docenia taką możliwość. Więc rozmawia. Z ludźmi. Ale po pięćdziesiątej osobie, widzi jak bardzo są oni do siebie podobni. Z wyjątkiem nastawienia. Bo nastawienia mają różne. Jedni otwierają się bardziej, inni chowają. W swoich słowach. Tak to jest, myśli Wayan i patrzy jak dzieciak nie trafia na pustą bramkę. No co zrobić, śmieje się Wayan. Piłka nożna. Na Bali też przywędrowała. Jest tu FC Bali United. Prawie jak Manchester. Tylko bez Manchesteru. Wayan też kiedyś grał w piłkę. Gdy chodził do szkoły. Ale nie teraz. Teraz nie ma czasu. Czasu ani weny. A do Bali United i tak się nie dostanie. To jeden z najlepszych klubów w Indonezji. Grają w nim w większości obcokrajowcy. Europejscy piłkarze u schyłku kariery. Tu się przenoszą. Na Bali. Aby jeszcze trochę pokopać i cieszyć się słońcem. Jakby nie mogli cieszyć się słońcem u siebie. Ale coś w tym jest. Że ludzie ściągają na Bali, myśli Wayan. Chociaż w głównej mierze to chyba reklama. Bo nie kultura. Kulturą zainteresowany jest mało kto. Ale kluby, alkohol, plaże i atrakcje wodne to co innego. Chociaż reklama zwraca uwagę na wyjątkowość tego miejsca. Wyjątkowość tę jednak wszyscy omijają i korzystają z takich uroków, jakie mogą znaleźć w większości „ciepłych” krajów. Ich wybór. Ich destynacja. Myśli Wayan, patrząc na chłopaczka, który nie trafia na pustą bramkę. I tak to już jest. Ludzie przyjeżdżają. Największym plusem jest to, że można na nich zarobić. Dziadek opowiadał Wayanowi, że kiedyś nie było tylu turystów. Że gdy on był mały, była bieda. I trzeba było się z tą biedą umieć obchodzić. Bo tak to jest z biedami. Jak podchodzi się do nich w zły sposób, potrafią skrzywdzić. W zasadzie podobnie jak ludzie. Myśli Wayan, patrząc, jak dzieciak nie trafia do pustej bramki. Tylko że właśnie, ci turyści też psują. Brat Wayana nie chce chodzić do świątyni. Nie interesują go tradycyjne rozrywki i składanie bogom ofiar. A na Bali składa się ofiary bogom codziennie. Canang sari. Żeby się wiodło. Żeby nie było wypadku, to wozi się je na podszybiu. W samochodzie. A niektórzy właśnie. Wolą australijski styl. Papieros w dłoni. I gazety z gołymi paniami. Australijkami. A Australijki jakoś nie ciągną do Balijczyków. Więc wszystko pozostaje w sferze marzeń. I niektórzy zamieniają właśnie tradycję na marzenia. Ale nie Wayan. Wayan jest spokojny. Prowadzi spokojne życie. Ma nawet dziewczynę. Sąsiadkę. Bardzo się ku sobie mają. Wayan chciałby mieć prawdziwy balijski ślub. Z poczęstunkiem. Z muzyką gamelan. I wszystkim co wokół tego. Z całą otoczką. Ale taki prawdziwy balijski ślub jest niesłychanie drogi. Mało kogo na niego stać. Zazwyczaj jest wszystko po cichu. Na biednie. Dlatego Wayan pracuje. Szuka zbytu dla zrobionych przez siebie bransoletek. Przypatrując się chłopakowi, który nie trafia na pustą bramkę. I właśnie. I ktoś właśnie się pojawia. I krytykuje jakość muszelek. Jakby Wayan sam je wysiadywał. Jak jakieś jajko. A przecież to znalezione. Ale jest, udało się. Kilka kolejnych bransoletek sprzedanych. Krytyka była tylko po to, aby obniżyć cenę. I tego Wayan nie potrafi zrozumieć. Australijscy turyści jedzą w przygotowanych dla nich restauracjach. Ze stekami oraz burgerami. Z frytkami. I płacą olbrzymie sumy. Po 40 czy 50 dolarów za obiad. A targują się o bransoletkę za 5 dolarów. Balijskie jedzenie chyba im nie smakuje. A mogliby oszczędzić, jedząc tam gdzie ja, myśli Wayan. Ale oni wolą burgery. A oszczędzić chcą na mnie. Ale nie ma co narzekać. Trzeba robić swoje. I „robić swoje” to dewiza Wayana. Nie oglądać się na innych. Jak wyśmiewają albo krytykują. Tak jak Wayan, który nie krytykuje chłopaka, który właśnie nie trafił na pustą bramkę. I tak to jest. Czasami się nie trafia. Czasami bramka wydaje się zbyt mała. Zbyt trudna do zdobycia. Uniemożliwiająca trafienie. Bo przecież my? Nasz błąd? To nigdy! Zawsze bramka jest winna. Albo i nie. Wayan nikogo nie wini. Cieszy się, że urodził się Balijczykiem. Że żyje na tym małym skrawku Indonezji. Inne wyspy mają gorzej, myśli Wayan, widząc, że dzieciak nie trafia do pustej bramki. Inne wyspy Indonezji nie mają turystów. A są równie piękne. Jak Sumba. Wayan był kiedyś na Sumbie. Wyjechał z klasą. Z drużyną. Mieli tam zawody. Matka Wayana odkładała przez kilka miesięcy, aby wystarczyło na podróż. I się udało. I Wayan zobaczył świat. Jego kawałek. I to piękny. Naturalny. Gdzie ludzie nie udają. Gdzie nie ma takiego zgiełku jak na Bali. Dla ludzi na Sumbie równie ważna jest tradycja. Choć inna niż na Bali. Ale nie gorsza, myśli Wayan, przypatrując się chłopaczkowi, który nie trafia do pustej bramki. No i właśnie. A Wayan trafił. Gdy był na Sumbie. Zdobył gola. Mógłby się tym chwalić. Pokazać chłopaczkowi, jak się strzela. Ale nie pokazuje. Tak jak nie krytykuje. Tylko patrzy. To wystarczy. I to patrzenie doprowadziło go do zachodu słońca. Na Bali słońce spada nagle. Chwilę po osiemnastej. A później go nie ma. Bo jest noc. I trzeba iść spać. To poszedł. Wayan wrócił do domu. Zjadł kolację, i położył się spać. Myśląc o chłopaku, który nie trafił do pustej bramki.
Rano obudziła Wayana smutna wiadomość. Porażająca. Okazało się, że na jego wybrankę, Luh Sari, rzucono urok. Klątwę. Powiedziała mu to jego matka. Opowiedziała, że dziewczyna podpadła leyakowi. Leyak to pewien rodzaj czarnoksiężnika. Inaczej mówiąc, zły człowiek. Zdarzają się tacy na Bali, ale są w mniejszości. Niewielu ich zostało. Sługusów Rangdy. Nienawidzących Baronga. I taki był też w Kamasan. Leyak, który wymyślił sobie, że wybranka Wayana będzie na jego każde zawołanie. Że będzie jedną z jego panien. Nie zgodziła się, więc leyak rzucił na nią klątwę. Klątwę braku potomstwa. A klątwy rzucone w złości przez leyaka mają moc. Zawsze się sprawdzają. Nikt w to nie wątpi. Toteż dziewczyna była zrozpaczona. Wayan spotkał się z nią, gdy robił zakupy na śniadanie dla hotelu. Dziewczyna była zrozpaczona. Nie wiedziała, co i jak. Jak można z tego wybrnąć. Jak zrzucić klątwę. Ściągnąć na dobre. Wayan postanowił zasięgnąć opinii miejscowego uzdrowiciela. Dobrego człowieka. Syna nieżyjącego już Ketuta Liyera. A ten powiedział mu coś, co przeraziło młodzieńca. Uzdrowiciel powiedział, że klątwę zatrzymującą dzietność można zdjąć tylko 21 perłami. Trzeba znaleźć 21 pereł. Ale w dalekim kraju. Nie tutaj. Nie na Bali. Na Bali byłoby to zbyt proste. Wayan był w kropce. Nie wiedział, co zrobić. Nie chciał wyjeżdżać. Ale zrozumiał, że musi. Że nie ma innego wyjścia. Dla dobra Luh Sari. Dla dobra tego co ich łączy. I ich wspólnego życia. Musiał to zrobić. Problem leżał jednak w tym, że było to niesłychanie kosztowne. Zagraniczny wyjazd. Bilet lotniczy. Miał już uzbierane trochę pieniędzy. Zbierał na ślub. Ale to za mało. Zdecydowanie za mało. Pomogła mu trochę matka, ale dalej dużo brakowało. Odpowiedzią był dziadek Wayana. Gdy usłyszał o zmartwieniu chłopaka, ofiarował mu wszystkie swoje oszczędności. Oszczędności, które przygotowywał na swój pogrzeb. Pogrzeb zaś jest niezwykle ważną chwilą dla każdego Balijczyka. Ważną i kosztowną. A być pochowanym jak wyższy rodu, z honorami, to wielka sprawa. Dziadek wiedział, ile ryzykuje. Jak się poświęca. Ale się nie zawahał. Oddał Wayanowi swoje oszczędności. A ten kupił bilet do Stanów Zjednoczonych. Do Nowego Yorku. Bo akurat była promocja. Bo ktoś zrezygnował albo inna rzecz. Zwolniło się jedno miejsce. W cenie, którą Wayan mógł zapłacić. I zapłacił. I pożegnał się z rodziną oraz z Luh Sari. I następnego dnia postawił nogę na amerykańskiej ziemi. W Nowym Jorku. Aby znaleźć 21 pereł. Pereł które uwolnią jego ukochaną od strasznej klątwy. Aby była wolna. Aby mogli wieść razem wspaniałe życie. Dając światu potomka.
.
Pierwszy dzień w Nowym Yorku
.
I postawił Wayan nogę na amerykańskiej ziemi. Choć nie było łatwo. Przy wjeździe pytali go o cel podróży. Nie chcieli uwierzyć, że przyjechał, aby znaleźć 21 pereł. Pereł? Ale jakich? Ale gdzie? W Nowym Yorku? Nie potrafili tego objąć rozumem. Takie to czasy. Nie docenia się zbieraczy pereł. Nie docenia się innego sposobu myślenia. Ważny jest ten oficjalny. I na nim każdy się skupia. Wayan przeżył szok. Gdy zobaczył to miasto. Co za szum. Co za zgiełk. Gorzej niż w Denpasar. Gorzej, bo brak tu porządku. Na Bali zgiełk jest uporządkowany. Rządzi się swoimi prawami. Jest przewidywalny. A tu? Wszystko bez ładu i składu. Tylko ptaszek, którego zauważył Wayan, jakiś naturalny. Znajomy. Choć amerykański. Ptaszki na całym świecie są do siebie podobne. A ludzie? Zastanawia się Wayan, patrząc na amerykańskiego ptaszka. A ludzie to nie wiem. Niektórzy za wiele chcą. I to ich różni od nas, od Balijczyków. Balijczyk niewiele chce. Niewiele musi. Niewiele pędzi. Ale nie stoi też w rozkroku. Wie, co jest przydatne. I to chyba największa różnica. Myśli Wayan, patrząc na amerykańskiego ptaszka. Ale tak to jest. Warto wiedzieć, co buduje. Co przynosi nam korzyść. I w sprawie korzyści obok Wayana przechodzi jakiś gość przebrany za naleśnik. Krzyczy coś o promocji. Że się opłaca. Że żal nie skosztować. No to trzeba, myśli Wayan, patrząc na amerykańskiego ptaszka. I idzie, i wchodzi. I zamawia. Dostaje jednak coś, na co szkoda patrzeć. Więc zamyka oczy i je. Wyobraża sobie, że to Babi guling. Prosiaczek. Taki jak od mamy. Z zamkniętymi oczami lepiej smakuje. Tak, ten smak. Ale wszystko co wymyślone, szybko się… Trzeba wrócić. Szukać pereł. Miasto, gwar i huk. Tylko amerykański ptaszek na swoim miejscu. Tylko on pozostał Wayanowi. Znajomy. Inni go nie znają. A z ptaszkiem łatwo było się poznać. Język i długie wywody są zbędne. Przy takich poznaniach. No właśnie. I teraz dzieje się coś, co przykuło uwagę Wayana. Jakiś facet przeprowadza staruszkę przez pasy. I to piękne, myśli Wayan, patrząc na amerykańskiego ptaszka. To wspaniałe. Wspaniały człowiek. To pierwsza z pereł, którą znalazłem. Tak. Nie może być inaczej. Pierwsza perła znaleziona. Ten człowiek. Wayan się uśmiechnął. Uśmiechnął się też do niego znajomy amerykański ptaszek. To coś, co odróżnia nas od złego. Pragnienie dobrego. I ono nie ma jednego paszportu. Ono pojawia się wszędzie. W sercach ludzi. I zostaje. Nagle, a psik, Wayan kichnął. Jakiś facet, który przechodził, powiedział do niego „psiakrew”. A myślałem, że mówi się „bless you”, pomyślał Wayan. Szybko odpowiedział „astungkara”. Bo tak wypada. Albo tak chciał. W każdym razie tak zostało. I tak się stało. Pierwszy dzień więcej niż udany. Pierwsza perła znaleziona, myśli Wayan, patrząc na amerykańskiego ptaszka. Można odpocząć. Można zakończyć dzień. Modlitwą. I słowem. Pisanym. Ptaszek udzielił schronienia Wayanowi. Jego gniazdko było więcej niż przytulne. Poznał się Wayan też z ptasią rodziną. To była wspaniała chwila milczenia. A teraz modlitwa i krótki list do matki.
Mamo
Żyję. Bo życie sprawia mi przyjemność. Chociaż z dala od domu. Zjadłem dziś Babi guling, który przygotowałaś. Był wspaniały. Nigdy nie jadłem lepszego. A perły? Same do mnie przychodzą.
.
Drugi dzień w Nowym Yorku
.
Śmieci. To nas łączy, pomyślał Wayan, patrząc na amerykańskiego psa. Pies wpatruje się w niego, jakby chciał coś powiedzieć. Ale nie mówi. Może nie rozumie po balijsku. A może ktoś właśnie przywiózł go z Bali i myśli, że jestem Amerykaninem, myśli Wayan. W każdym razie, śmieci. Tak. Pełno ich tu. A u nas wysprzątane. Ulice. I przed domem. A za domem wysypisko. To taka nasza lokalna tradycja, myśli Wayan. A tu podobnie, choć inaczej. Bo łatwo się o nie potknąć. W każdym razie są. I jest ich masa. Dlaczego produkujemy tyle śmieci? Odpadów? Opakowań wszelakiej maści. Ale produkujemy. Bez względu na przyczynę, kończy myśl, patrząc na amerykańskiego psa. Tak, i tu coś ciekawego. Wayan zorientował się, że stoi przed witryną, na której wystawione są damskie torebki. Ile? Nie może się nadziwić chłopak. Przecież to cena samochodu. Za torebkę. To co cenniejszego można w niej nosić? Zastanawia się chłopak. Przecież za taką kwotę balijska rodzina utrzymałaby się kilka lat. Nie do pojęcia. I cenowy zawrót głowy przerwał facet przebrany za frytkę. Wayan myśli, czy mu się to nie przewidziało. Ale nie. Facet-frytka. Pora więc coś zjeść, podsumował Wayan, patrząc na amerykańskiego psa. Nie spuszczając z niego oczu. Co dziś zjemy? Może to, co dają. Wayan zamknął oczy i skosztował, co mu nałożyli na talerz. Mmmmm… Ayam betutu. Wspaniały kurczak. Nie znam lepszego. I zjadł danie w szybkim tempie. Zachwycając się smakiem i zapachem Ayam betutu, z zamkniętymi oczami. Ale ile można jeść. Trzeba coś zobaczyć. Poszukać pereł, myśli chłopak, patrząc na amerykańskiego psa. Więc idzie. Więc szuka. I długo nie przyszło mu szukać. Perła spotkała jego. A nie on – ją. Strażak wyprowadzał kobietę z zadymionego budynku. Może się paliło. Może tylko dymiło. Ale dym bywa gorszy od ognia. Zadusi człowieka. Wayana jednak nie zadusił. Uratowanej kobiety również. Tak, zdecydowanie, myśli Wayan, ten jegomość jest drugą znalezioną perłą. Amerykański pies pokiwał tylko głową. Znacząco. Pora odpocząć. Wayan wybrał się tam, gdzie są drzewa. Bo w Nowym Jorku ich pełno. I nagle, a psik, kichnął. Jakiś facet odpowiedział, „psiakrew”. A nie „bless you”? – pomyślał Wayan, ale zareagował grzecznym „astungkara”. Tak to jest pomiędzy kichającymi. Różnica kultur albo kichnięć, uśmiechnął się Wayan sam do siebie, patrząc na amerykańskiego psa. Tak. To był dobry dzień. Zdecydowanie. Druga perła znaleziona. Frytka, trochę przerażająca, okazała Ayam betutu. Amerykański pies dalej się na mnie patrzy. Żyję. To powód do dumy. I zadowolenia. Wayan zawsze dziwił się ludziom, którzy szukali powodów do uśmiechu. Przecież samo życie jest takim powodem. Uśmiech słońca. Bryza na twarzy. Albo kopniak od sąsiada. To zależy. Ale ważne że jest. Bo gdyby nie było… Amerykański pies podzielił się z Wayanem tym, co miał. Schronieniem. Miejscem w swojej budzie. I to była piękna noc. Futerko grzeje. Buda mała, choć przytulna. I oby więcej takich dni. I oby więcej takich chwil. Z futerkiem lub bez. Podsumował Wayan, patrząc na amerykańskiego psa.
Mamo,
Żyję. I spadła mi dziś na głowę kropla. Tylko jedna. Jako zapowiedź początku. Albo zakończenia. I dziękuję za Ayam betutu, które dziś przyrządziłaś. Wiesz, że lubię to danie. Smakowało wybornie. Oby więcej takich smaków. I oby więcej takich dni.
.
<a gdzie reszta?>
<pytaj>
<szukaj>
<sprawdzaj>
.
.

.
Marcin S. Wilusz, 1986,
znany także jako Marcin z Frysztaka, Wergiliusz Wilusz, Kloszard ZK
Autor składającej się z 14 cykli serii „Odnaleźć siebie”, którą napisał pod pseudonimem Marcin z Frysztaka. Na uwagę zasługują szczególnie książki z drugiego cyklu: „Mleko o smaku chilli” i „Uczta dla ducha, czy Boga otucha”. Ciekawym jest też „Program ochrony wampirów” który znajdziemy w piątym cyklu. Marcin piszę prozą wierszowaną, lub wierszem. Ma swój rozpoznawalny styl, który wynika z duchowości, filozofii i czarnego humoru. To mieszanka wobec której nie można przejść obojętnie. Poza książkami, Marcin jest autorem kilkunastu sztuk teatralnych, dialogów kabaretowych i tomików poezji. Kilka jego książek przetłumaczono na język angielski. A papierowe wydania „Krok za krokiem”, „Pomagając innym, pomagasz sobie”, „Historia bez domu”, czy „Mistyczna podróż 365 kroków” – pozostają w ciągłej sprzedaży.
Wszystkie książki Marcina można przeczytać też za darmo w internecie. Są dostępne na stronie internetowej:
wilusz.org
Kontakt z Marcinem:
szulif@gmail.com
