CO ZA NIESPODZIANKA
.
wstać i sięgnąć nie po kawę, po kranówę,
a potem w oknie znaleźć się w słońcu zjadającym Greka.
Słuchać wróbli witających się ponad głowami
zaspanych sąsiadów i jednak wyjść na czas –
co za niespodzianka! Trzymać się wybrzeża
jak ściany na szkolnej dyskotece i tylko zerkać
na bezludną wyspę. Czy mógłbyś zostać
kolonizatorem? Albo kopać się z koniem, później
na nim galopować? Na widok kloszarda po pas w falach
sondującego kijem uskok lub początek kontynentu
moje ja pochyla się ku horyzontowi. Żadne tam
spluwy, zarazki czy stal, lecz piersi prosto z Rubensa –
i tęcza tęcza tęcza parasoli wbitych w piach.
Tak, być wzrokiem i dotykiem zakopanych –
co za niespodzianka. Ależ niespodzianka,
że jednak trzeba iść dalej, kolekcjonować szybolety.
Tymczasem mewy krążą nad pustym śmietnikiem,
kserokopiarki w biurowcach żrą targety.
Więc wcale nie trzeba otwierać ust, by mówić,
by być zrozumianym? Turyści patrzą za siebie,
szachiści podwijają rękawy. A na kurs ratownika
przychodzą nieumiejący pływać i nikt się nie dziwi,
że lecą na dno: skarby na wyciągnięcie ręki.
Dla nieporozumień – płaskich gór i mordów z miłości –
warto wyjść, nawet poza siebie. Czujesz,
jak bryza dzienna zmienia się w nocną?
.
.
.
JUŻ, JUŻ
.
z Floorchicka
Och, co za obraz –
szkoda, że kłamliwy, jak słowa
splecione przez tych, którzy trzymają się
przeszłości, prawie nic nie pamiętając.
Weźmy na przykład francuski hymn, jest piękny –
dopóki nie poznasz języka.
Krew. Flaki.
Więcej krwi. W kółko. To samo
tyczy się kolorów dowolnej flagi, także biało-czerwonej,
którą nosiłeś na początku i na końcu roku szkolnego
nieświadomy, co znaczy. Lewą marsz,
prawą marsz.
…………………………..Niestety za kilka godzin
światło dzienne przeszyje twoją ulicę.
Wyjdziesz z domu, podobnie jak czarne koty
czekające, żeby zajść ci drogę.
A co widzą zraszacze,
kiedy obracają plastikowe głowy?
Gilgamesz, Roland, Hektor – nie jesteś żadnym z nich.
Pięćdziesiąt lat zabawy jednym wierszem, wierszami –
jak Marianne Moore –
a wciąż jej nie lubisz.
Ach, gdybyśmy mogli
wrócić do początku, rozmawialibyśmy
jak mężczyzna z mężczyzną,
ale oczywiste jest, że drogę między nami zastawiają
podmioty, czasowniki i orzeczenia
(podczas gdy ścieżka do piekła stoi otwarta).
Popatrz – chłopczyk,
którym kiedyś byłeś, powrócił, żeby cię zobaczyć.
Mruży oczy. Wskazuje palcem. Nie podoba mu się,
że odwracasz się do ściany.
.
.
.
PREQUEL
.
z Floorchicka
.
Byłem głównym projektantem autostrad ze sklejki.
Wykonawcą skarpetkowego mostu między podnóżkiem a doniczką.
Spychaczem oczyszczałem wersalkę ze zrzutów PCK.
Rok 1988. Całe życie przede mną.
Rodzice przeklinali, stąpając po klockach
…………………….lub raniąc sobie palce o wyciętą z kartonu armatę.
Lecz miasto wciąż rosło w naszym pokoju – iglice i kopuły, bazary i knajpy.
Od ręki wiedziałem, gdzie okulista, a gdzie szewc.
Jednak co wieczór, przed spaniem, musiałem burzyć te ulice.
W końcu szczegóły szlag trafił.
Widział kto katedrę bez iglicy? Koty i świnie – puf!
Ludzie też ginęli – znajdowałem ich groty pod ławą.
Wszyscy, w tym Żydzi, żyli i umierali razem – niewyjaśnione zniknięcie.
Dlaczego ci o tym mówię? Bo wyszedłem ich szukać.
Tam, gdzie kiedyś stał młyn pełen taśm niosących ziarno do zmielenia na chleb,
………………dziś szkoły chwastów osiągają najgłębszą biel.
Ile czasu zajęło rozmurowanie ścian i doków?
Przez szesnaście lat jeździłem codziennie tym samym tramwajem
………………..i wciąż nie wiem, gdzie ma pętlę.
Gdy Żydzi próbowali wrócić do swoich domów, zostali przepędzeni.
Szukając ich, wspinałem się po podjazdach.
……………………………Po żwirze z bezdennego wykopaliska na obrzeżach miasta.
Pukałem do drzwi.
Nurkowałem w bajorach.
Oddychanie pod wodą to sztuka, ale ludzie byli rozmowni.
Słyszeli o słojach pełnych złota i o płytkim grobie wykopanym widłami.
Bałem się tylko raz, kiedy pięciu miejscowych w wyblakłych drelichach
………………….z porąbanym jesionem pod pachą spytało: „Potrzebujesz opału?”.
Półuśmiechy. Zachodzące słońce pochłaniało ich żuka.
Przyznam, imponowało mi to, jak mocno się zaciągali,
……………..a dym tworzył otoczki wokół ich głów.
Z pochyloną głową pomachałem, na wszelki wypadek,
…………………do chłopca na trycyklu bez jednego kółka.
Potknięcie i upadek byłoby ulgą, lecz strach trzymał mnie w pionie.
„Nasza przeszłość przeszła recykling – powtarzałem po powrocie do domu –
…………………i tryska miłością”.
Mój głos tygodniami nie wzniósł się ponad szept.
Tymczasem świat znów stał się kleksem pochłaniającym karteczkę.
Nie powinienem był rozluźnić uścisku.
.
.
.
SEQUEL
.
Nagle, z metrem w ręku przyszli cię zmierzyć,
obliczyć, wyliczyć. Głowa taka duża. Gęba
zblazowana. Brzuch? Okrągły, choć tego
akurat nie widać, bo siedzisz w fotelu i masz
ochotę zapalić camela. Do wakacji daleko.
Dzieci kopią gałę o garaż – raz lewą, raz prawą –
ale goli brak. Więc zaczyna się tasowanie
scenariuszami: ktoś musi przegrać, ktoś wygrać.
Gdyby zależało to od ciebie, cacankom
nie byłoby końca, a urywki z dzieciństwa,
które przecież nie należy do ciebie, łączyłyby się
w kolorowy film. W policyjnym szeregu
podejrzanych wszyscy są do siebie podobni.
Niemniej trzeba się skupić. Kogut na płocie
pieje w otchłań. Coś ma tu powstać nowego,
mimo że to coś już tu jest. Od kuchni dzieli cię
dwadzieścia kroków, od sypialni piętro.
A dalej dach. Komin. Po lewej góry: giganci
prężący muskuły. Nie bój się zejść do piwnicy.
.
.
WIELKA WODA
.
Las Vegas.
Wszystko jasne.
Dalej. Tama
i jezioro Mead.
Wody tak mało
że brodząc
można trafić
na trupa. (Ponoć
od dawna
brakuje masek
i płetw w każdym
rozmiarze).
Piasku za to
nie brakuje. Można
się budować –
pięć sypialni
kibli sześć. Coś
dla teściowej.
I już
godzinami
z tarasu podglądać
Tommy’ego
z Pamelą na
skrzypiącej łodzi.
Widzisz, pornografia
w wersji domowej
to sztuka
która coś czyni
bo nie jest pisana
a uprawiana.
Po zachodzie słońca
zgasić światło
proszę.
.
.
.
3,5 KM DO SPOKOJNEGO
.
Wychodzę na prostą, nareszcie,
choć lipy się krzywią i czapla
śnieżna rzuca cień pod nogi,
ciągnie myślami za sobą.
Przejść na drugą stronę,
by nie dostać w mordę?
Tam barierki i dziury
mijane przez kolarzy
z szumem w uszach.
Tempo maleje.
Już niedaleko,
by nie mieć
po co
wracać.
.
.
.
Książka jest dostępna tu: https://business.allegro.pl/oferta/piotr-florczyk-gdzie-jest-burza-17920004616
.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.
.

.
.

.
.

.
Piotr Florczyk (ur. w 1978 r.) – poeta, eseista, tłumacz. Nominowany do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius (2020). Laureat Harold Norton Landon Translation Award (2017) oraz Found in Translation Award (2017). Mieszka w Stanach Zjednoczonych.
Strona autorska: www.piotrflorczyk.com
