Jacek Bierut: Piotrze, Gdzie jest burza to już czwarta Twoja książka poetycka po polsku. Sprawa jest zatem poważna. Skąd u Ciebie potrzeba, najwyraźniej silna i wewnętrzna, pisania wierszy po polsku?
Piotr Florczyk: Przede wszystkim pozwól, że zacznę od podziękowań za wydanie Burzy. To jest nasza druga książka, po Listach z Los Angeles, ale nigdy nic nie wiadomo, jeśli chodzi o nadsyłanie propozycji wydawniczych. W każdym razie, książki, które wydajesz są pięknie zrobione, a co więcej redagujesz je, czyli podpowiadasz, jak uczynić, by wiersz już napisany stał się jeszcze lepszy. To jest rzadkość. I ja to sobie ogromnie cenię!
A wracając do Twojego pytania, to muszę przyznać, że moje pisanie w języku polskim wiążę się z wychowywaniem moich dzieci. Iza (lat prawie 9) i Ed (lat 3,5) nie mówią płynnie po polsku, ale od ich urodzenia czytałem im polskie bajki itp., co wpłynęło nie tylko na ich dwujęzyczność, ale także moją. Kiedy wyjeżdżałem z Polski jako młody chłopak w roku 1994 – czuję, że muszę o tym wspomnieć – nie było Internetu itd. Pisałem i wysyłałem listy do Polski, jednocześnie czekając z wypiekami na twarzy na list z Polski. Po kilku latach zauważyłem, że moja polszczyzna nadawała się tylko do przekazywania informacji, a więc na pewno nie do pracy w literaturze.
Narodziny moich dzieci gruntownie to zmieniły. Nagle, poprzez obcowanie z polszczyzną na porządku dziennym, język polski zaczął do mnie powracać. Czy wyparł on język angielski, czyli język mojej codzienności? Absolutnie nie – i pewnie nigdy już nie wyprze. Ale ja nie mam problemów z byciem poetą czy pisarzem dwujęzycznym. Wręcz uważam to za normalność, którą przez wieki zakłamywano, bo przecież co najmniej połowa ludności na globie włada dwoma językami. Więc dlaczego wciąż nie zgadzamy się na pisanie i tłumaczenie w nabytym języku?
Niemniej zdradzę Ci, że ja wcale nie piszę dużo po polsku. Ba, piszę po polsku bardzo rzadko, a wręcz nie lubię pisać w tym języku. Jest on dla mnie z roku na roku coraz trudniejszy, odwrotnie jak angielszczyzna, która jest językiem mojego domu oraz pracy zawodowej. Ja kocham język angielski czy amerykański, a do polszczyzny podchodzę nieufnie, ponieważ czuję, że to nie jest już mój język literacki, mimo że władam nim całkiem nieźle. Więc kiedy pojawia się we mnie chęć napisania czegoś po polsku, ruszam do dzieła i specjalnie nie zastanawiam nad sensem całego przedsięwzięcia.
JB: Mówisz bardzo ciekawe rzeczy. Rozczula mnie też sposób, w jaki to robisz. Nie da się ukryć, że masz lekki akcent krakowski (małopolski) i nieco silniejszy kalifornijski. Pięknie to brzmi. Zazdrościłbym, gdybym umiał. Ale jeszcze ciekawsza jest sama książka, Gdzie jest burza. Ma kilka podglebi, dla polskiego czytelnika mogą być ważne styki języków, kultur i wrażliwości. U Ciebie tego jest mnóstwo, ale najbardziej podobają mi się te codzienne, na przykład postawienie niemal obok siebie światów akademii i pracowników oczyszczania miasta. Jak Ty to piszesz? Bo to nie jest proste: widzę i zapisuję.
PF: Dlaczego i skąd biorą się wiersze powinno zostać tajemnicą w ogóle, inaczej ryzykujemy, że stoczymy się w gloryfikację opowieści samej w sobie. A ja uważam, że pisać można na dowolny temat, pod warunkiem, że robi się to ciekawie. Np. na uczelni, podczas zajęć z kreatywnego pisania mówię studentom, że wszystko zostało już napisane – co zresztą wydaje mi się bezapelacyjne – ale nie przez was, czyli moich studentów, którzy mają naście lud dwadzieścia parę lat. Każdy z nas jest indywiduum i czy nie warto o tym pamiętać, zwłaszcza w dobie wdrażania i doskonalenia AI?
Poezja może, owszem, być intelektualna lub abstrakcyjna, czyli w pewien sposób oderwana od codzienności, czyli walcząca z wieloma tematami, ale na pewno nie może być oderwana od języka. To, co słyszę na ulicy, w pracy, w samolocie, z prostych powodów, jak sądzę, ląduje w moich wierszach. Gdyby tak się nie działo, to można by nazwać mnie poetą konceptualnym czy poetą, którego książki to projekty. A ja, człowiek wychowany w PRL-u, wciąż wierzę w składanki, czyli książki poetyckie, które grają w wielu rejestrach naraz.
JB: I taką napisałeś. Mnogość rytmów, barw, miar wręcz zadziwia. Ale przecież nie liczysz sylab, nie zaznaczasz sobie stóp rytmicznych, akcentów. To płynie skądinąd. I może ma cokolwiek wspólnego z pływaniem? Trochę Cię podpuszczam, ale poważnie myślę, że coś w tym jest. Równa miara oddechu, zależna od dystansu, wynurzenia, zanurzenia, nawroty.
PF: Dziękuję Ci za te spostrzeżenia. Jak wiesz, w poprzednim życiu byłem wyczynowym pływakiem zapatrzonym w zdobywanie medali i śrubowanie życiówek. Piękne czasy, owszem, ale także tysiące przepłyniętych kilometrów. To odbijanie się od ściany i pokonywanie kolejnej długości basenu mam we krwi – zresztą wciąż sporo pływam, ba, trenuję z grupą mastersów – i rzeczywiście coś jest na rzeczy w Twojej uwadze. Stawiając litery, które stają się słówkami, a te zdaniami lub wersami, dochodzimy do marginesu, jakiegoś krańca – nie tylko na kartce czy ekranie, ale także i może przede wszystkimi w sobie – i jeśli mamy dobry dzień, to robimy zwrot (pływacki nawrót koziołkowy!) i pokonujemy ten sam dystans ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze raz.
JB: Z doświadczenia sportowego wynika chyba coś jeszcze poza rytmem. Bardzo rzadki w polskiej poezji współczesnej ruch na aż taką skalę. W Gdzie jest burza wszystko się porusza, nie tylko osoba (osoby?) mówiąca (/e?) w tych wierszach, ale i otoczenie, nawet dalekie tło, które nagle wyskakuje na pierwszy plan. Nie chodzi tylko o samo przemieszczanie się peela (rowerem, autobusem, samolotem, pieszo itd.), ale ruch wszystkich elementów względem pozostałych. To strategia poetycka (zaczerpnięta choćby z filmowego one shota?), wynik czegoś, w czym współczesna poezja amerykańska wyprzedziła polską, czy po prostu Twój intensywny sposób „przebywania w rzeczywistości”?
PF: Kolejna dająca mi wiele do myślenia obserwacja – dzięki! A skąd ta ruchomość bierze się w moich wierszach? Na pewno z tego, co po angielsku nazywa się filmowością wiersza, czyli z jednej strony wyciskam z każdego ujęcia, ile się da, pozwalając swoim obrazom przemawiać do bólu, a z drugiej strony ciekawi mnie, jako twórcę, co się stanie, kiedy te wszystkie kadry zaczną na siebie wpadać lub się o siebie potykać. Nie bez powodu przyszło mi myśleć o wierszach jako obiektach przypominających flipery do grania. To język puszczony ze smyczy, choć jednocześnie trzymany w ryzach przez konstrukcję wiersza, ową ramkę formy, odpowiedzialny jest za te wszystkie dźwięki i błyski wynikające z potrzeby nazwania tego co cieszy, martwi czy niepokoi, smuci, zastanawia itd.
JB: Może zapytam w takim razie o te ramki. Używasz przeróżnych, od krótkich wierszy niemal konfesyjnych po rozbudowane poematy, od zapisów prozatorskich w formie po cykle miniatur. To Twój niespokojny duch tak szuka i węszy?
PF: W Stanach, kiedy osoba pisząca określa się mianem formalisty, to tradycyjnie odczytujemy to jako gest literackiego konserwatyzmu, a więc propagowania np. wierszy rymowanych czy z silnym metrum. A ja uważam, że to od formy zależy, czy dana treść do nas trafi czy nie. I to stąd biorą się moje formalne peregrynacje – po prostu szukam odpowiednich struktur, w których mój język byłby w stanie wybrzmieć najlepiej z możliwych sposobów. Nawiasem mówiąc, warsztatowe eksperymenty z formą są bodajże najlepszym sposobem na pozbywanie się językowego balastu, tzn. zbędnych słów czy nawet zdań lub wersów. Rozpisując dany tekst na kilka sposobów, nie tylko widzę, ale przede wszystkim słyszę, gdy (gdzie!) coś nie gra.
JB: Czytasz głośno podczas pisania? Kołyszesz się? Chodzisz?
PF: Czytam na głos. Spacerować, owszem, lubię, ale chodzenie przydaje się głównie do zbierania myśli i materiałów na tekst. Tak, kiedy jestem w ruchu, moja głowa intensywnie pracuje.
JB: Też tak mam. Ale zapytam o Stany, sam zacząłeś. Najnowsza poezja amerykańska idzie w trochę inne strony niż te, w które prowadzi Gdzie jest burza. I właściwe teraz dwa pytania. Które nurty w nowej poezji amerykańskiej są najsilniejsze? I dlaczego Twoje nurty nie dały się im porwać?
PF: Staram się być na bieżąco z tym, co tutaj wychodzi, i bez wątpienia tutejsza poezja stoi szczerością. Owszem, eksperymentów itp. nie brakuje, wszak mówimy o olbrzymim kraju i naprawdę bardzo głębokiej kulturze czy subkulturze literackiej i wydawniczej, ale to nie one są na topie. Innymi słowy wiersze, w których ktoś bardzo otwarcie opowiada o swoich doświadczeniach i towarzyszącym im uczuciach, są tym, czego oczekują czytelnicy oraz wydawcy. Jak inaczej wytłumaczyć popularność – i to nie tylko wśród młodzieży – tak zwanej poezji instagramowej? Widać to także podczas zajęć na uczelni, gdzie ludziom nie chce się myśleć, a co dopiero rozkładać na części wiersza jak jakiegoś przedmiotu (analogowego zegarka!).
Co więcej, cały czas trwa moda na pisanie narracyjne, gdzie bardzo często nie widać ani, przede wszystkim, nie słychać różnicy między wersem a zdaniem. Ta arbitralność w formie często ma się przeciwnie do tematyki, która jest dosłowna, więc mamy zalew tomów wierszy o rodzicielstwie, o służbie w wojsku, złu wyrządzonemu Afroamerykanom itd. Ba, tom wierszy jako koncept lub projekt oscylujący wokół danego tematu jest wielce chodliwym towarem. Zresztą jestem przekonany, jako osoba śledząca to od wielu lat, że tomy wierszy w Stanach są coraz dłuższe i dochodzą nawet do 150 lub 200 stron. Dlaczego? Według mnie stoi za tym chęć wpisania się – dosłownie! – w bieżące tematy. Nie widzę w tym nic złego per se, aczkolwiek czytając takie kolosy, gołym okiem można zauważyć, że jest w nich sporo kiepskich rzeczy.
To co innego niż w Polsce, prawda? Nie o jakość książki mi chodzi, a o średnią ilość stron. W Stanach publikacje zawierające mniej niż 50 stron nie są uważane za książki. Wyobrażasz sobie, ile tomików w Polsce nigdy by się nie ukazało, gdyby obowiązywał podobny limit co do ilości stron? Nawiasem mówiąc, wyszłoby to wszystkim na dobre, a zwłaszcza samym piszącym, którzy być może nie spieszyliby się z wydawaniem nowej książki co roku.
Wracając do Twojego pytania o Burzę i nurty poetyckie w Stanach… Nie jestem wielbicielem łatwych i ładnych wierszy z jednego powodu. Idąc pod prąd głównemu frazesowi przemysłu kreatywnego pisania, czyli write what you know, piszę, bo nie wiem, czyli szukam, podglądam, analizuję i składam reklamacje swoim własnym sądom, ideom, myślom i uczuciom. Pisanie zaczyna i kończy się u mnie na JA (dzięki Witoldo!), ale moje JA pozostaje dla mnie wielką tajemnicą.
JB: O, to, to. Problematyzujesz opozycje, wydawałoby się jasne dla wszystkich i określone, także te społeczne i polityczne. Zauważasz ich mgławicowość i wątpliwą określoność. To jest bardzo ciekawe. Jakbyś poruszał tymi samymi trybami co większość tak zwanej inteligencji, ale robisz to w innych płaszczyznach, używając innych sił napędowych. I wyskakujesz jednak z JA do świata (nie przeciw niemu), jakbyś i w nim odkrywał podobne nieznane albo raczej przeoczone pola. JA u Ciebie nie polega na wsobności. Czyż nie?
PF: Dokładnie. Jednym z najważniejszych elementów wsobności, jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało, jest inność, bo to według niej możemy ustalić swoją własną tożsamość, a następnie jej granice. Moje JA vis-a-vis świat nie działa więc na zasadzie odgradzania się i wyrażania sprzeciwu, powrotu do korzeni itp., lecz na poszukiwaniu różnic, które dają kopa i nakłaniają do pracy nad sobą, czyli także zadawaniu pytań o własne JA i jego miejsce w świecie. Mam nadzieję, że nie zostanie to odebrane jako infantylne czy naiwne. Zresztą Zygmunt Bauman nazwał to coś płynną nowoczesnością dawno temu. Wbrew temu, co uważają niektórzy politycy, ale także artyści czy ludzie piszący, życie w metaforycznym rozkroku, choć nie zawsze wygodne, ma swoje plusy.
JB: Poruszył mnie bardzo wiersz, który właściwie trafił na okładkę Gdzie jest burza. Chłopiec buduje, tworzy, wycina z kartonu świat, w tym świecie dzieją się różne rzeczy, ale mama każe posprzątać w pokoju i elementy tego świata giną, zagubiają się, giną ludzie, tak dotąd ważni, giną miejsca i giną też ci, którzy byli w tamtym świecie ukryci, Żydzi. Są po części metaforyczni w tej historii czy w tym obrazie, ale są też prawdziwi, rzeczywiści. Te Twoje rozkroki powodują u czytelnika różne otwarcia, błyski myśli. I nie chodzi o to, że dorosły Piotr przypomina sobie zabawy Piotrka. Tu jest coś znacznie więcej. I tak nie zadałem pytania, na które mam nadzieję, odpowiesz.
PF: Wielka brawa należą się Arturowi Skowrońskiemu za opracowanie graficzne Burzy – a grafika na okładce jest naprawdę wspaniała. Zresztą po wystawieniu jej na FB to samo powiedziało mi parę osób.
Dziękuję Ci za podzielenie się swoimi wrażeniami po lekturze wiersza pt. Prequel, wiersza, który, w różnych wersjach, ma już swoje lata. Rzeczywiście, na powierzchni ów wiersz nawiązuje do realnego wspomnienia z mojego dzieciństwa, kiedy to wraz z rodzicami i starszą siostrą (mam też młodszą siostrę, ale jej wtedy nie było jeszcze na świecie) mieszkaliśmy w M1. Rodzice spali na wersalce w kuchni, a ja z siostrą w tym jedynym pokoju, który, jak to bywa w małych mieszkaniach, był wielofunkcyjny. Do dziś pamiętam zabawy na podłodze – żołnierzykami czy resorkami… Utraciłem ten świat, niestety, wyjeżdżając do USA, gdzie przeszedłem różne stany, by stać się tym, kim jestem dzisiaj. Inaczej mówiąc, w mojej biografii ciągłość zastąpiły dwie części – przed i po wyjeździe. W jakimś sensie staram się je scalić, ale nie jest to łatwe.
Podobnie jest z historią – nie tą z podręczników, ale z realnymi ludźmi, przedmiotami itd. Niemalże 10 lat temu odbyłem stypendium w Fundacji Shoah – tej założonej przez Stevena Spielberga po sukcesie filmu Lista Szindlera – gdzie mieści się archiwum nagrań świadectw ludzi ocalałych z Zagłady. Po dwóch tygodniach słuchania i oglądania, koncentrując się na świadectwach odnoszących się do Krakowa i okolic, napisałem cykl wierszy, coś na model podobnych dzieł doku-poetyckich Charlesa Reznikoffa i współczesnych amerykańskich poetów, bo ten nurt, opierający się na pracy w archiwach i wykorzystywaniu, czasami słowo w słowo materiałów archiwalnych, jest bardzo obecny w tutejszej poezji.
Cóż, wierzę, za Faulknerem, że “Przeszłość nigdy nie umiera. Nie jest nawet przeszłością”. Nie dotyczy to tylko, rzecz jasna, Żydów i ich losu w Polsce XX wieku, ale ludzkości czy globu w ogóle. Każdy z nas składa się z fragmentów przeszłości, które odzywają się w nas w przeróżnych momentach, często bez jakiejkolwiek zapowiedzi. Sęk w tym, by nie przyjmować statusu quo. Pamiętasz patrzenie w świat przez kalejdoskop? Każdy, nawet najdrobniejszy ruch ręką powodował zmianę obrazu. Przez parę dobrych lat po wyjeździe do Stanów, kiedy odwiedzałem Kraków, chodziłem po mieście i sprawdzałem, czy miejsca mi bliskie są tam, gdzie mają być. Obwąchiwałem je jak pies. Potem przestałem to robić, ale chyba tylko dlatego, że postanowiłem zaufać przeszłości jako czemuś, z czego składa się teraźniejszość. Czyli przestałem się bać, że mi wyleci z rąk i zniknie. Ten chłopiec z przywołanego przez Ciebie wiersza wciąż we mnie siedzi, ale żyje swoim życiem, którego korzenie sięgają głęboko dalej niż jego data urodzenia.
JB: W książce Stany w jakiś sposób wygrywają z Polską, jest ich po prostu dużo więcej. To naturalne. Ale jeździsz w niej także rowerem po Europie, choćby po Holandii. Ukorzeniasz nie tylko siebie, ale też swoje wiersze. One w dużej części dzieją się w konkretnych miejscach. Znów zapytam o strategię poetycką (ale to bardziej pytanie o patent na pojedynczy wiersz). Mógłbyś to zacierać, ale jednak tego nie robisz, nawet czasami podbijasz bębenek. Czemu? Nie ma w tym pytaniu sugestii, że warto zacierać, wręcz przeciwnie, jest tylko ciekawość, bo wiele z nich moglibyśmy odnaleźć na google maps.
PF: Wiersz, do którego nawiązujesz, ma swoje korzenie w konkretnym czasie i miejscu, ale jak sam wiesz, takie detale nie zawsze prowadzą do czegoś większego – zresztą cały proces twórczy, chyba nie tylko mój, polega na tym, by dać się pociągnąć jakiejś myśli, obrazowi lub dźwiękowi, i zobaczyć co dalej, za rogiem lub na innym kontynencie, dzisiaj lub tysiąc lat temu. Niemniej, często odwracam standardową praktykę, czyli odchodzę, a raczej próbuję odejść od detalu i zamieszkać w abstrakcji, idei, itp. Nie wiem, czy mi się to udało w tym konkretnym wierszu, bo roi się w nim od detali, z których bez problemu można by rozpocząć kilka nowych wierszy, ale w mojej prywatnej bibliografii ten wiersz stanowi medytację nad procesem twórczym i samą sztuką. Ba, fakt, że wiersz jest rozpisany na kilka części podpowiada, że nie udało mi się dojść do sedna sprawy.
JB: A co Ci się udało tą książką? Poza tym że to spektakularny powrót do polszczyzny na kapitalnym poziomie.
PF: Oj, bardzo chciałbym po prostu podziękować Ci za ten wspaniały doping, które wiele dla mnie znaczy – i zakończyć naszą rozmowę, ale czuję, że Twoje pytanie chodziłoby mi po głowie, nie dając o sobie zapomnieć, wszak jest jednym z tych, na które od czasu każdy, kto pisze, musi sobie odpowiedzieć.
Czy książka jest udana – nie wiem, niech inni zadecydują. A co mi się udało? Na pewno zagrać na wielu bębenkach naraz, co, jak wspominałem, jest dla mnie ważne w ogóle. Idąc tym tropem, mam także nadzieję, że książkę da się czytać bez klucza, a dokładnie bez czytania mojej biografii. To nie jest łatwy sposób czytania, ale dla mnie osobiście – także jako czytelnika książek napisanych przez innych – bardzo cenny. Zabijamy autora od dekad, ale większość czytelników się z tym nie zgadza. I on wciąż wychodzi przed szyk. Szkoda.
I jeszcze jedna rzecz jest dla mnie w tej książce bardzo ważna, a pod względem formalnym najważniejsza. Mianowicie po raz pierwszy wprowadzam do książki wydanej w Polsce autoprzekłady. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, a na pewno nie świadomie, uważając, że muszę odgradzać grubą krechą moje pisarstwo amerykańskie od polskiego, lub odwrotnie (wyjątkiem były przypadki, kiedy wiersz rozpoczęty w jednym języku kończyłem w drugim, co, swoją drogą, praktykuję od lat). Wydaje mi się – także jako badaczowi literatury translingwistycznej – że wiem, dlaczego tak się działo, ale to był błąd. Języki się we mnie kotłują. Rozdzielanie ich na siłę to forma samookaleczenia.
JB: Dziękuję Ci za tę rozmowę.
.
.
Książka jest dostępna tu: https://business.allegro.pl/oferta/piotr-florczyk-gdzie-jest-burza-17920004616
.
.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

.

.
.

.
Piotr Florczyk (ur. w 1978 r.) – poeta, eseista, tłumacz. Nominowany do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius (2020). Laureat Harold Norton Landon Translation Award (2017) oraz Found in Translation Award (2017). Mieszka w Stanach Zjednoczonych.
Strona autorska: www.piotrflorczyk.com
