Usłyszałem kilka szybkich recenzji, wypowiedzianych półgłosem przez facetów, kiedy pojawiły się napisy końcowe Domu dobrego Wojtka Smarzowskiego. Na przykład „Mówili, że za mocny, ale to tak jest”. Kobiet wówczas nie słyszałem. Nie wiem, jak to jest, ale nie zmienia to jednak tego, że ludzie po prostu wstali i wyszli. Raczej w milczeniu. Wyszedłem i ja. Z ciemnej sali w ciemny wieczór. Pomyślałem, że to dobrze napisany film. W filmie rzadko chodzi o to, żeby był dobrze napisany. W tym na pewno nie o to chodzi, a jednak to się rzuca w oczy. Obejrzałem go tylko raz, nie pójdę więcej na ten film do kina, zapamiętam go z innych powodów niż ten, o którym teraz myślę i myślę.
To scenariusz jednowątkowy. Absolutnie jednowątkowy. Czyli raczej tekst, którym bardzo rzadko osiąga się tak mocny efekt. Wszelkie wątki poboczne zostały w nim zredukowane wręcz poniżej wydawałoby się koniecznego minimum. Jeśli w którejś z faz prac nad scenariuszem były bardziej rozbudowane (w co nie wątpię), poświęcono je niemal w całości, pozostawiono nam strzępy, które o dziwo robią swoją robotę. Wątek ojca głównej bohaterki, wątek jej chłopaka-motocyklisty, wątek męża jej siostry, wątek Janka, wątek „afery gruntowej” i udział w niej kurii, wreszcie wątek rodziny głównego bohatera załatwiony dosłownie jednym zdaniem w mignięciu sceny. Ostał się jeno szkielet historii, nawet nie w całości, strzępy szkieletu głównej i właściwie jedynej historii. Nie wiem, ile było wersji scenariusza, ale ostateczna jest dokrojona do czysta i nie wyskakuje z niej żaden brak. A to czysty kunszt. I od razu pomyślałem, czy to by się obroniło w powieści?
Można spróbować. Ale czy można z próbować z biegu? Smarzol zrobił to, korzystając ze swojego świetnie nabudowywanego w kolejnych filmach warsztatu i możliwości, jakie mu już daje cała gama zagrywek na prawach autocytatu. Jestem pod wrażeniem. Nie chodzi o to, że bohaterowie zerkają w pewnym (trudnym, a jakże) momencie na Dom zły na ekranie telewizora, na jedną ze scen poprzedzających w nim kulminację. Nie chodzi nawet o noc, deszcz i siekierę rozgrane na nowo w strzępie strzępu. Albo przebitki z Drogówki. Przebitki z Kleru. Chodzi o to, że może sobie tak czerpać, wyjąć klocek (reklamówka banknotów) ze starego filmu i idealnie wpasować go do najnowszego. I wchodzi to jak w masełko. Tą jedną reklamówką wyjętą z Kleru mógł wykreślić z filmu kilka tłustych scen i właściwie cały wątek (który poznajemy ze strzępów programu informacyjnego we włączonym w tle telewizorze, kiedy właściwa akcja toczy się na naszych oczach na pierwszym planie, co jest zresztą wprost cytatem z Drogówki). Nie korzystał na przykład z obu Wesel, choć miałby pewnie z tym sporo zabawy. Widzowie też, ale przecież nie dla zabawy widzowie mieli przyjść na ten film (i przyszli, kino dosłownie pełne). Wesele w Domu dobrym machnął kilkusekundowym ujęciem, na którym żadnego wesela nie ma, będącym autocytatem z jednej z początkowych scen z Domu złego. Nie jestem pewien, ale chyba nawet dźwięk upadającego ciała matki był identyczny (pomyślałem, że chyba jednak pójdę jeszcze raz do kina, żeby to sprawdzić) z głuchym puknięciem o podłogę żony głównego bohatera na początku Domu złego. Postać matki (tej matki, takiej matki) użyta w tej funkcji to po prostu mistrzostwo. Może nie będę tego rozwijał, bo pojawia się pytanie. Czy żeby napisać z powodzeniem tekst absolutnie jednowątkowy, trzeba mieć dorobek? Aż taki dorobek? Nie sądzę. To nie o to chodzi. To tylko ułatwia, ale niczego nie gwarantuje.
Może zatem chodzi o temat? Tutaj temat to bardzo duży kaliber. Ale czy ludzie przyszliby tak tłumnie do kina w jesienny niedzielny wieczór dziewięć dni po premierze z powodu podjęcia tematu przemocy w rodzinie? Wątpimy, prawda? Temat niczego nie gwarantuje. Niczego też nie zagwarantuje dobrze napisany scenariusz. Nawet bardzo dobrze napisany. Tu musi się wydarzyć znaczenie więcej i gwarancji nadal nie będzie żadnej. Może napiszę teraz to wszystko, co pewnie i tak już zostało napisane (nie czytałem recenzji). Bardzo dobra obsada, nawet ci goście na imprezie sylwestrowej i przy stole z widokiem na szambo świetnie siedzą w swoich postaciach (piszę tak, choć aktora, który zagrał prezydenta nie cenię za całokształt, a tu idealnie zaparadował znienacka w zasranej koszuli). Podejrzewam, że niewielka część obsady – niektóre kobiety w grupie wsparcia – to naturszczycy osadzeni z swoim środowisku. Można uznać, że to autocytat z Pod mocnym aniołem. Wyreżyserowane świetnie, w żadnej ze scen nie widać fałszu, aktorskiego smrodku. Światło. Tak, wszyscy znamy te rodzaje światła, wszystko tu zostało oszukane tak, żeby wydawało się, że to wszystko było naprawdę. Montaż, o tym nie ma co gadać, bo wszyscy wiemy, Smarzol to mistrz tej roboty. Muzyka? Muzyki nie zapamiętałem, poza tą z imprezy sylwestrowej i powracającej potem wprost z ust głównego bohatera. To drugi powód, pomyślałem w tej chwili, żeby pójść jednak na ten film jeszcze raz. Nie pamiętam brzmienia Trzaski. Nie było go? Musiał być. Ostatnią scenę pamiętam w ciszy. Aż mam ochotę to natychmiast sprawdzić. Ostatnia scena zresztą to też autocytat, zamknięcie Kleru, masoński trójkąt. Ale odbiegamy od tematu.
Co zatem trzeba zrobić, żeby napisać historię absolutnie jednowątkową, rozpisaną co najmniej na kilkadziesiąt scen (nie liczyłem, ale pewnie blisko stu), żeby zrobić aż takie wrażenie? Nic nie napisałem o swoim wrażeniu po wyjściu z kina, prawda? Było takie, że teraz to piszę. I nadal takie jest. Czyli to wszystko zadziałało tak, jak pewnie w zamierzeniu twórcy (twórców) zadziałać miało. Poruszenie aż do ścisku czegoś w okolicach śledziony. Wracajmy do pytania. Smarzol idealnie wygrał szczegóły. Karton mleka, szambo, kubki w szafce, domowa biblioteczka (właściwie dwie), filmiki z różnych źródeł, zdjęcie chłopaka-motocyklisty. Nie zauważyłem, skąd się wziął łom we właściwym miejscu i czasie, może tego w filmie w ogóle nie było. Ale idealnym poprowadzeniem uwagi widza po szczegółach i rekwizytach też się nie osiągnie zakładanego tu efektu. Efekciarstwo się nie przysłuży. Smarzol nie nadużył. Może zatem trzeba szukać tak zwanej prawdy? Niewiele wiem o przemocy domowej, żeby jakkolwiek się tu teraz do tego odnieść. Wyobrażam sobie, że twórca poznał po prostu historie wielu kobiet (i co najmniej jednego mężczyzny). Rozpisywał to, mielił, być może opowiadał i czekał na moment, kiedy szkielet tej historii po prostu się pojawi. Nie, żebym nie wierzył, że goście, z których został ulepiony główny bohater, są aż tacy, ale w pracy pisarskiej tak jest, trzeba to czasami umiędlić, ulepić, dojść do postaci. One rzadko od początku są takie, jakie są. A drugi wątek prac to na pewno grzebanie w psychiatrii, nie tylko w tak zwanych konkretnych przypadkach. Tu się musiało skumulować dużo pracy „do siebie” i jeszcze więcej obróbki, żeby te dwie główne postacie plus matka (okrojona w filmie niemal do zera, ale jednak potężna jako postać-figura) udźwignęły całość. Sądzę, że potrzebne było też szczęście. Pomysł, żeby z głównej postaci zrobić radnego, przydupasa prezydenta miasta, wcale nie jest oczywisty. Można było wrzucić go w inne środowiska. Mam nadzieję, że tak to właśnie zostało zrobione, sprawdzone. Kim byłby, gdyby był lekarzem w miejscowym szpitalu, chirurgiem, może psychiatrą, zastępcą ordynatora? A może mógłby być taksówkarzem, który rozwozi nie tylko ludzi? Rozwozi im to, czym ludzie się raczej nie chwalą, to całe gówno. Myślę, że sporo z nas, gdyby miało tworzyć tę historię, zrobiłoby z niego komendanta miejskiego policji, adwokata miejscowej biznesowej śmietanki lub szefa miejskich wodociągów. Kogoś wyraźniejszego. Możliwości jest mnóstwo. To, że główny bohater za sprawą swojego twórcy trafił akurat w to środowisko, jako przydupas miejscowej śmietanki politycznej kręcącej wałki na działkach (a jakże), to była najlepsza decyzja, przynajmniej na ten czas i miejsce, w jakim właśnie żyjemy. Postać głównej bohaterki też nie została zrobiona z niczego. To nie jest przypadkowa kobieta, która miała pecha. Nie mamy wszystkich klocków, ale napisane to zostało tak, że wystarczają te, które dostaliśmy. Dziewczyna na pierwsze spotkanie w realu umawia się w kościele, ale podczas pasterki. Tu musiało się dużo wydarzyć, żeby ostał się właśnie ten pomysł. Ale najpierw trzeba na niego wpaść. To mogła być zasłyszana, poznana, przeczytana historia. Jeśli tak, to twórca miał szczęście, że na nią trafił. Sądzę jednak, że ta scena jest efektem szukania do skutku najlepszego rozwiązania. A reszta? Te najmocniejsze sceny, pokazane wręcz jako skrawki, mignięcia, to jak sądzę efekt niekończących się rozpisek i eliminacji zbędnego materiału. Scena z przypięciem kajdankami do metalowych okrągłych schodów widziana z góry to może efekt przypadku, szczęścia, bo w domu wynajętym do kręcenia akurat takie były (szukano pewnie czegoś pod kątem szamba), ale same kajdanki i tak ułożona postać musiały jednak znaleźć się w tekście znacznie, znacznie wcześniej, sporo przed rozpoczęciem zdjęć. Nie wiem oczywiście, czy tak było, ale ta scena, którą można policzyć w sekundach, używając do tego palców jednej dłoni, może być efektem szczęścia, czyli wpadnięcia na to w trakcie kręcenia, ale nie wierzcie w to. Jeśli chcecie napisać jednowątkową historię, żeby zrobić aż takie wrażenie, dopilnujcie każdego szczególiku. Wtedy w ostatniej scenie obok waszego (posłużę się tu elementami tego filmu) otwartego szamba, trupa gnoja-głównego bohatera i zwłok zaginionej suki Chorwata zamkniętych w masońskim trójkącie wasz czytelnik poczuje to coś w okolicach śledziony.
O rozjeżdżającym się pomyśle poprowadzenia jedynego wątku w tym filmie, czyli co jest rzeczywistością, a co nie, nie będę pisał. To świetnie wykonana i spisana praca wynikająca ze zwykłego kunsztu pisarskiego, czyli czegoś, co trzeba po prostu już mieć, kiedy chce się sprostać zadaniu.
Coś o filmie? Koniecznie idźcie na ten film. Jest świetnie napisany. I bardzo po nim boli. W trakcie też.
