Gdybym mógł opisać ostatnie godziny mojego życia, uczyniłbym to jak poniżej:
Tańczyłem z Królową Dyskoteki. Nikt w Klubie nie zdobył się dotąd na taką zuchwałość. Wszyscy wiedzieli że ten przywilej należał do Mistrza Pokera. Tego wieczoru wszakże szeptano, że Mistrz jest skończony po spektakularnej przegranej z Radziem Wiłłem, co dodało mi animuszu, mimo że takie plotki krążyły co najmniej kilka razy w roku, a Mistrz zawsze wracał do gry, z kolejnymi plikami banknotów zdobytymi nie wiadomo gdzie i od kogo.
Zresztą wkrótce dowiedziałem się, skąd Mistrz brał zawsze pieniądze po kolejnych przegranych, bo Królowa Dyskoteki wyznała, że tym razem ona nie będzie już sponsorować jego hazardu i hulaszczego trybu życia. Co to, to nie! Finito! Basta!
Dobry zwyczaj Klubu każe w takiej sytuacji wysłać konkurentowi, któremu odbiło się dziewczynę, jakiś drobny prezent: butelkę wytwornego koniaku czy whisky, słoiczek kawioru, kosz owoców, pudełko wykwintnych makaroników… Cokolwiek zwycięzca uzna za stosowne w danej sytuacji. Postanowiłem że ode mnie Mistrz Pokera dostanie wielki słój smalcu z cebulką i czerwonym pieprzem.
Żeby sobie solidnie natarł w samotności dowolnie wybraną część ciała.
Królowa uznała, że to znakomity pomysł i nie mogła przestać się śmiać, odsłaniając swoje zęby równe i białe jak klawisze fortepianu.
Przyleciały matka z babką, dwie emisariuszki ciemności. Co? Nie, no, skąd? Wcale nie życzyły mi źle! Przeciwnie! Uznałem tylko, że słowo „ciemnota” byłoby zbyt dosadne i burzyłoby wysoki rejestr mojej wypowiedzi. Matka zaczęła:
– Ach, Zbigniewie, nie rób tego! On gotów jeszcze się zabić!
Na co babka dodała:
– Ciebie zabić! Ciebie! Mówią, że on ma rewolwer!!!
Pomyślałem sobie, że jako zaciekła prawaczka dla większego efektu dramatycznego winna była użyć nieistniejącego słowa: „leworwer” i myśl ta rozśmieszyła mnie do tego stopnia, że odstąpiłem od pomysłu.
A potem pomyślałem, że po rusku pistolet to „puszka”, a puszka to konserwa – jak znalazł dla konserwatystek.
One oczywiście jeszcze nie wiedziały nic o moich myślach i sprowadziły starą nianię, która piastowała mnie w mych latach dziecięcych, a ta tylko załamała ręce i jęknęła:
– Ach, paniczu Zbigniewie! – czym najbezwstydniej przyznała, że dla niej i pozostałych dwóch czarownic nigdy nie wyrosłem z gryzaczków i grzechotek.
Zupełnie jakbym nigdy nie osiągnął wieku ani postury dziedzica! Wreszcie: zupełnie jakby mój ojciec nigdy nie palnął sobie w łeb po tym, jak palnął sobie w łeb, pozostawiając mi wielki tytuł i mizerny majątek. Zresztą to akurat miało najmniejsze znaczenie, bo nie zdążyłem roztrwonić nawet tego, czego ojciec nie stracił, inwestując nieomal wszystkie aktywa w zakup perskich dywanów w internecie po okazyjnych cenach. Ojciec nie spodziewał się, że w cenie ściereczek do okularów otrzyma pełnowymiarowe dywany, a nie chusteczki z fantazyjnym nadrukiem. Ładunek zamiast ośmiu zajmował osiemdziesiąt dwa wagony. Ojciec nie był w stanie sprzedać nadwyżki na pniu, nawet po cenie zakupu. Dywany wyszły z mody jako pretensjonalne i wsiowe.
Musiałby wynająć dodatkowe magazyny do przechowywania towaru, a na to nie miał już środków. Przekazał więc wszystko kilku schroniskom dla zwierząt.
Odtąd porzucone psy miały w boksach wyścielone oryginalnymi perskimi dywanami, a mój ojciec zyskał sławę i status wielkiego dobroczyńcy. Pośmiertnie, bo na drugi dzień, jak wspomniałem, palnął sobie w łeb.
Mistrz Pokera oczywiście nazajutrz się zastrzelił.
Czy miałem wyrzuty sumienia? Ależ skąd? Nie dlatego, że jestem złym człowiekiem, choć prawdopodobnie jestem. I prawdopodobnie nie miałbym żadnych wyrzutów sumienia, gdybym tylko miał sposobność ich nie mieć. Nie zdążyłem się jednak o tym dowiedzieć, gdyż zgodnie z przewidywaniami najpierw zastrzelił mnie. Zaskoczył mnie, gdy wychodziłem na raut, gdzie miałem się spotkać z Królową Dyskoteki.
Jedyne, czego żałuję, to że ją zawiodłem. Boję się, że myśli teraz o mnie jako o niepoważnym gówniarzu, który rzuca słowa na wiatr. Paniczu, a nie – dziedzicu.
Biedna, pewnie czekała tam smutna tak długo, aż nie otoczył jej ramieniem ktoś inny.
.
.

.
Agnieszka Żuchowska-Arendt – tłumaczka literatury z j. serbsko-chorwackiego i słoweńskiego, czasem sama coś pisze, ale niewiele z tego wynika.
Zanim doznała porażenia nerwu twarzowego śpiewała w Krakowskim Chórze Rewolucyjnym. Marzy, by rehabilitacja przyniosła wreszcie skutek, żeby mogła wrócić do śpiewania i życia sprzed leczenia.
Powyższe opowiadanie być może jest pierwszym z planowanego cyklu opisującego ostatnie dni życia. Jeśli żaden cykl nie powstanie, to przynajmniej zostanie opowieść o śmierci dziedzica na poprawę humoru.
