Fabryka człowieków
.
Postawiono mnie przy maszynie, z której wychodziły lewe uszy: miałam za zadanie przyklejać je tam, gdzie być powinny, uważając, by znajdowały się na tej samej wysokości, co prawe uszy, tylko z drugiej strony. Była to podobno prosta fucha w sam raz dla początkujących, na samym dole fabrycznej hierarchii – prawdę mówiąc, byłam początkująca i, z braku doświadczenia oraz stażu pracy, na samym dole fabrycznej hierarchii.
Przyklejało się tak: przy moim lewym łokciu stał duży stół z głowami (na razie miały tylko nos, dobry punkt orientacyjny dla uszu). Kiedy z maszyny na taśmę zjeżdżała kolejna partia uszu – trzy sztuki: małe, większe i w rozmiarze nietoperz – brałam głowę, stawiałam ją na taśmie tuż za uszami, taśma na chwilę się zatrzymywała, a wtedy ja miałam jakieś dziesięć sekund, by wybrać ucho, które będzie pasować do wielkości czaszki i nosa. Oraz, ponieważ byłam początkująca i jeszcze nie miałam wyczucia, przede wszystkim do rozmiarów prawego ucha, bo, o czym zapomniałam wspomnieć, głowy dostawałam już ouszone z jednej strony. Wreszcie musiałam przykleić ucho, zabrać z taśmy głowę i postawić ją na stole obok mojego prawego łokcia. Tyle. „Gdybyś nie zdążyła wybrać i przykleić ucha” – powiedziała mi mentorka – „to musisz zabrać głowę i poczekać na następną partię”. Niezużyte uszy jechały do końca taśmy, gdzie najpierw trafiały na przemiał, a potem szły do ponownego ulepienia.
Pierwszego dnia jakoś mi szło, chociaż zmarnowałam wiele partii, bo się nie wyrobiłam z wyborem. Wolałam się jednak nie wyrobić, niż przykleić ucho w złym rozmiarze lub bardzo krzywo: tu już sprawa robiła się skomplikowana, bo trzeba było lepić głowę od nowa; uszy błyskawicznie zrastały się z ciałem, nabierając przy tym różowego koloru i odpowiedniej temperatury. Był to fascynujący proces, sekretne know-how fabryki i jak się zaczęłam temu przyglądać, kolejne partie poszły na zmarnowanie, bo nie zdążyłam już nie tylko z przyklejeniem, ale nawet z ustawieniem głowy na taśmie. „Nie przejmuj się” – powiedziała mi mentorka – „pierwszy dzień jest zawsze trudny. Zrobiłaś doktorat z filozofii w cztery lata, więc i to szybko opanujesz”.
To było w poniedziałek. Wtorek, środa, czwartek oraz piątek wcale nie okazały się łatwiejsze.
We wtorek przyjęłam przy taśmie taką samą taktykę jak w poniedziałek – czyli lepiej zmarnować kilka partii uszu niż głowę – ale mentorka nie była już taka wyrozumiała. „Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że uszy, które po raz kolejny trafiają na przemiał, nie są już tak jakościowe jak te z pierwszego przejazdu. Pamiętaj, tu chodzi o dobro człowieków”.
Następnego dnia postanowiłam, że zmienię priorytety. Przyklejałam niemal do upadłego, zmarnowały się tylko trzy partie – w końcu nie musi być aż tak równo, każdy wie, że ludzkie połówki nie są symetryczne. Pod koniec dnia mentorka przytargała do mojego stanowiska taki jakby wózek zakupowy wypełniony głowami, tymi, którym podczas zmiany krzywo przytwierdziłam uszy. „Sama już nie wiem” – westchnęła. – „Może niech więcej uszu idzie na przemiał, jeśli nie umiesz inaczej. Może to jednak za trudne dla ciebie”.
Wychodząc z fabryki, połykałam łzy. Ale ponieważ był maj, przecudowna pogoda, jakbyśmy mieli prawdziwe lato („latem jest jakoś łatwiej”), doszłam do wniosku, że przecież tak naprawdę nie muszę tu pracować. Jestem tam, bo chcę.
Spędziłam wspaniałe popołudnie.
We czwartek rano, w szatni, wręczyłam mentorce kryminał, którego, jak zdążyłam wywnioskować z rozmowy na stołówce, nie zdążyła jeszcze przeczytać; uwielbiała kryminały i wcześniej prosiła mnie o polecenie jakiejś nowości.
Była to konieczna inwestycja w ramach mojej nowej taktyki.
Do południa psułam, ale mentorka tylko wzdychała, nic nie mówiąc.
Po obiedzie stało się coś niespodziewanego: przy moim stanowisku stała Ola, dziewczyna, którą zastępowałam. Przestrzeń była tak zaaranżowana, że nie zmieściłybyśmy się tam we dwie. Zresztą, na przyklejanie lewych uszu przewidziano w fabryce tylko jeden etat. „Ola zdecydowała się skrócić urlop bezpłatny” – powiedziała mentorka. – „Dobrze, że podpisałyśmy umowę o pracę, a nie umowę o pracę na zastępstwo, bo musiałabyś iść do domu”. Mentorka nie była złym człowiekiem. Zabrała mnie do swojego biura i przez resztę dnia kazała patrzeć, jak się wykrawa oczy.
Nie patrzyłam zbyt uważnie. Przeczuwałam, że to już koniec.
Piątek zamierzałam po prostu przezimować. Ale mentorka zarzuciła mnie pracą – tego dnia byłam i gońcem, i sprzątaczką, i magazynierką, jakby mentorka chciała na ostatek wycisnąć mnie jak cytrynę. Za dziesięć szesnasta zaprosiła mnie do kadr. „Co planujesz na przyszły tydzień?” – zapytała. Uśmiechnęłam się ironicznie: to stary numer, nie zwalniać pracownika wprost; bo może by jeszcze coś od firmy chciał? „Nie zamierzam przedłużać umowy” – oświadczyłam. Mentorka odetchnęła z ulgą. „Jeśli planujesz pracę w tym zawodzie, to może zacznij nie od etatu, ale od bezpłatnych praktyk, żebyś mogła sobie na spokojnie różne rzeczy wyćwiczyć” – poradziła mi na odchodnym. Pokiwałam głową; „tak, tak, dziękuję”.
Wiedziałam jednak, że w moim przypadku żadne bezpłatne praktyki nie wchodzą w grę: w domu czekało na mnie troje wiecznie głodnych człowieków w wieku przedszkolnym. Najmłodszy miał lewe ucho większe, a prawe w rozmiarze nietoperz. Przypuszczam, że odpowiadała za to Ola, która zaczynała mniej więcej trzy lata temu.
.
.
.
Rozgrzewka
.
Mały wyglądał, jakby nie miał kości: ludzik Michelin w granatowym, ocieplanym ubranku. Co niepokojące, jego matka/opiekunka/niepotrzebne skreślić także przypominała trzęsącą się galaretę – przezroczysta niczym jakaś goplana i bił od niej rybi chłód. Pomimo ciągnącej spod drzwi zimnicy goplana wymachiwała spłachetkiem kartek, jakby się wachlując.
Niby ci, co chodzą z kalendarzami, mają ten talent do kwestowania, ale i utalentowani czasami przestrzelą.
Nie otworzyłam, jednak nie odeszłam od drzwi od razu (przeklęte kapcie z puszkiem, obcasy stukają; i dla kogo ta rewia). Taksowałam ich przez judasza.
Wtedy to się stało. Ludzik Michelin, zamiast przestępować z nóżki na nóżkę przez kolejne trzy sekundy i zadzwonić do sąsiadki, jak zrobiłby każdy porządny potrzebujący, przyłożył palec wskazujący oraz środkowy odpowiednio do prawego, lewego oka, a potem skierował czubki parówkowatych paluszków wprost na mnie.
Odskoczyłam od drzwi. Na szczęście, chwilę później upiornej parki już za drzwiami nie było, popełzli straszyć sąsiadów. Wezbrało na progu. „Vesna, ach to ty!”. Co za dzień. Ledwie pomyślałam o pracy, a już trzeba było opuścić tryb pełnoekranowy. „Dzień dobry, wuju. Już ci otwieram” – westchnęłam. Kapcie z puszkiem upakowałam w szafie, na pewno dowcipkowaliby o nich przy najbliższym świątecznym spotkaniu.
Nie.
„Wybacz, słońce, ale nie wejdę. Ty musisz zejść do mnie” – wysapał wuj przez domofon. Był gabarytów Zagłoby i wiele razy fantazjowałam o tym, że ja olbrzymieję, on się ciut kurczy, nie tracąc nic z masy, lecz zyskując w pasie. A olbrzymieję po to, by spodem dłoni spłaszczyć wujowi główkę, zaś wielkie brzuszysko dosunąć mu do kolan. Pełznij, pełznij, wuju, po schodach w górę niczym golemik z plasteliny (krok do przodu: wyciąga się, krok do przodu: kurczy). Niespecjalnie się lubiliśmy, jak to rodzina. Pokalkulowałam. Nie wchodzi, to znaczy, że ma krótką sprawę. Jakby wszedł, mógłby się rozgościć. Nie chcemy w sumie, żeby się rozgaszczał.
Zaczerpnęłam powietrza, wypłynęłam, nie zakładając butów, bo buty może i ciągną szybciej na dno, ale potem ciężej wrócić. Wuj stał po brzuch w dennym mule. Próbował schwycić krążące wokół niego gupiki, ale mu nie szło. Na jego czerwonej, nalanej paszczy ziała czarna dziura mini. Tak zdominował toń, że dopiero chwilę po wilgotnym uścisku typu plask plask dostrzegłam ogromnego konia morskiego, którego wuj utrzymywał w ryzach, co chwila ściągając linę okrętową, którą miał obwiązaną okolice miednicy. Za każdym ściągnięciem koń rzucał łbem (w zwolnionym tempie, bo woda), a wujowi mętne niebieskie oczka wychodziły z orbit (stopklatka).
Koń był piękny: ogólnie biały, szczegółowo – upstrzony złotymi piegami. Zakończone na różowo wypustki grzbietowe czyniły go podobnym do jednorożca. „Vesna, zapisuję ci go w testamencie, ale przyprowadzam już dzisiaj, niech się przyzwyczaja” – wybulgotał wuj. Objęłabym go mocno & z wdzięcznością, gdyby nie fakt, że moglibyśmy się skleić, co byłoby niezręczne. Wuj pańskim gestem rozsupłał się z konia, a potem zamknął mi w dłoni końcówkę sznura.
I zniknął. Podejrzanie szybko jak na swoją wagę.
Wklepałam kod do klatki, popłynęłam przodem. Weszłam. Sznur się naprężył. Nie mogłam zrobić ani kroku dalej. Obejrzałam się: koń utknął. Do kroćset. Wciągnęłam brzuch i przecisnęłam przez szczelinkę między zwierzęciem a futryną. Próbowałam popychać konia, ale nie był elastyczny. Zupełnie jakby go zrobiono z kamienia. Co było fizycznie niemożliwe. Po prostu zaparł się i stanął. Walczyliśmy jakiś czas, nawet zadzwoniłam po sąsiada, ale ugraliśmy tylko tyle, że konik zaklinował się na półpiętrze jak ta kanapa niemodułowa. „Trzeba go znieść z powrotem” – wysapałam wreszcie, zmęczona oporem i konia, i wody. Przepchnęliśmy przed blok. Przywiązałam konia do rosnącego nieopodal koralowca, a potem wróciłam do siebie. Zadzwoniłam do wuja, że jednak zrzekam się spadku. Nie odebrał. Jakoś mnie to nie zdziwiło.
Zaniosłam koniowi trochę krewetek, które zassał w przerażającym tempie. To mnie zastanowiło. Najpewniej nie miałam środków, by utrzymywać przy życiu tak kosztowny prezent. „Swobodnyś” – mruknęłam, odwiązując go ze sznura.
Powiem, że zdechł z tęsknoty za wujem. Po prostu nie pykło. Jak z glonojadem, płaszczką oraz hodowlą karpi.
Pogalopował ku zachodzącemu słońcu. Piękny był.
*
Z dziennika obserwacji:
…
Fasolce wyrosły małe stópki. Istnieją obawy, że zechce wyrwać się na wolność.
.
.
.

.
