Aniela położyła dzieci spać, założyła odświętne ubranie, poprawiła włosy, na ramiona zarzuciła chustę i poszła w kierunku chałupy, gdzie jeszcze niedawno mieszkała z Balcerem i córkami. Dostrzegła światło w oknie. Weszła do sieni i śmiało nacisnęła klamkę. Znalazła się w progu ich dawnej izby. Zobaczyła szwagierkę krzątającą się przy kominie1, a jej męża Jędrzeja siedzącego na ławie. Spojrzeli na nią zdziwieni i lekko zmieszani.
– Do męża przyszłam.
Teraz dopiero zauważyła Balcera siedzącego w głębi. Wstał, nie wiedząc za bardzo, jak zareagować.
– Chce się rozmówić – powiedziała śmiało. – Chodź przed chałupe.
Wyszła, nie czekając na niego. Poszedł za nią. Szli chwilę, aż dotarli do mostku, który łączył oba brzegi niewielkiej rzeczki. Wokół nie było żadnych drzew ani krzaków. Miała pewność, że nikt ich nie usłyszy. Noc była rozgwieżdżona, niezwykle ciepła. Z dala słyszeli pojedyncze grzmoty, niczym pomruki jakiegoś zwierza.
– Rozmówić nom trza sie.
Balcer spojrzał na nią uważnie. Ubrana była strojnie, jak do kościoła. Włosy miała spięte do tyłu, ale po obu stronach wystawały kosmyki, skręcając się lekko. Pamiętał, że nieraz próbowała je poskromić, przygładzić. Tak jednak było jej do twarzy, dodawało jakiegoś uroku. W świetle księżyca błyszczały oczy Anieli, ni to niebieskie, ni zielone. Zastanawiał się nieraz jaki to kolor. Zeszczuplała. Uświadomił sobie, że ostatnio tak z bliska widział ją jeszcze w ciąży, a później przez chwilę w połogu. Teraz zrobiła się wąska w talii. Jedynie piersi jeszcze miała wydatne. Słyszał, że została mamką u młynarzowego syna.
– Nie pójde do twoich. Tu jest moje miejsce, moja łojcowizna.
Westchnęła. Nie chciała mu już wymawiać, jaka to jest ta ojcowizna, że gospodarzem dawno być przestał, a parobkiem stał się skazanym na łaskę i niełaskę siostry. Wiedziała, że gdy mu to powie, nie będzie chciał z nią dłużej rozmawiać. Z inną propozycją przyszła.
– List od wuja przyszedł z Ameryki.
Wyjęła go zza bluzki i mu pokazała. Napisała wiele tygodni temu, jak wyszła prawda o zapisie, który to matka Balcera, wbrew wcześniejszym ustaleniom, zrobiła na szwagierkę.
– Pisze, że praca jest, przyjeżdżać można, pómoże na pocątek.
– Gdzie? – nie zrozumiał w pierwszej chwili.
– Do Ameryki. Jo wszyćko już umyślałam – mówiła szybko, nerwowo, urywanymi zdaniami. – Sprzedom pole, te co mi łojce przepisali, bedzie na droge… Tam na miejscu wuj nos łodbierze… Pómoże, przyłobiecoł to w liście… Młode jezdeśmy, sił momy do roboty, tam sie bedziemy dorabiać, razem… z dzieciami, naszemi dzieciami… Balcer?
Przerwała, czekając, co powie. Ten patrzył najpierw gdzieś w przestrzeń, potem spojrzał na nią.
– Anielka… – zaczął – gdzie nom tam iść na poniewierke. Tu jest nasze miejsce, wróć, Jadźka ci nic nie powie, łobiecała.
– Balcer… – szepnęła cicho.
– Aniela… weź dzieci i wróć do mnie – prosił.
Kobiecie łzy zaczęły napływać do oczu. Oparła się o poręcz i mówiła zanosząc się od płaczu:
– Tu nie ma dlo mnie miejsca ani dlo dzieci. Nie rozumisz? Parobkami ino zostaniemy, nie będziemy mieć nic swojego, żodnego poszanowania ani jo, ani dzieci… I jesce ten Jędrzej. Jakże mi mieszkać z nimi? Nie pamiętosz już jak beło? Balcer! Zostow to i chodź do mnie, do dzieci. Póki nie jest za późno. Póki razem możemy być jesce …
Nie chciała mówić mu tu teraz o swoich planach. Wciąż miała nadzieję na wspólne życie z mężem. On stał, patrząc na nią. O co ona go prosi? Jak mógłby to wszystko zostawić i wyjechać w nieznane, skazywać się na poniewierkę! Wierzył siostrze, bo w końcu była jego rodziną. Razem się wychowywali. Anielka powinna zaufać swojemu mężowi, a nie słuchać rodziny, której rady przyczyniają się do rozpadu ich małżeństwa.
– Iść mi trza, na burze się zbiero – powiedział cicho, widząc, że jej nie przekona.
– Idź! – krzyknęła. – Ty już nie mój, ani jo nie twoja!
Zdjęła srebrną obrączkę i wrzuciła ją do wody.
– Wolno żem! – krzyknęła i pobiegła w stronę lasu.
– Anielka! Aniela! – słyszała jeszcze za sobą.
Biegła tak, aż całkiem opadła z sił. Usiadła na jakimś pniu. Twarz schowała w dłoniach; siedziała targana szlochem. Odgłosy burzy stawały się coraz głośniejsze, bliższe. W końcu zaczął padać rzęsisty deszcz. Mimo że korony drzew przysłaniały niebo, i tak wkrótce kobieta była cała przemoczona. Siedziała, nie mogąc się ruszyć. Nie chciała nigdzie iść, nie chciała wracać do świata, gdzie los jej był już przypieczętowany. Wiedziała, że będzie musiała przyjąć propozycję młynarza Kolosantego. Z rodzicami nie może dłużej mieszkać. Raz ją już wywianowali, teraz muszą zadbać o jej rodzeństwo.
W końcu deszcz ustał. Obok przechodziła akurat Jałocha. Objęła ją i zaprowadziła do swojej chałupy, na skraju lasu.
Jałocha czasy młodości dawno miała już za sobą. Aniela słyszała od babki, że kiedyś była piękną i majętną panną. Kawalerowie ubiegali się o jej względy. W czas ten akurat zbrojnie wystąpiono przeciw władzy. Jałocha nie miała z tym nic wspólnego. Wracała jedynie do chałupy przez las, gdy natknęła się na jakiś oddział. Skrzywdzono ją okrutnie, zadając jej gwałt. Ledwie uszła z życiem. Po tym zdarzeniu zmieniła się. Zaczęto ją nazywać głupią, bo śmiała się ciągle, nie wiadomo z czego. Później usunęła się w cień. Zajęła się ziołami i czarami.
Kobieta zdjęła z Anieli mokre ubrania. Dała jej jakieś suche, pomogła się ubrać. Posadziła ja przy piecu, odsunęła szyber. Ogień od razu przybrał na sile, dając przyjemne ciepło.
Aniela oparła się o piec połączony z kominem, nad którym widniał ogromny okap, i rozejrzała się po izbie. Pod oknem, na wprost, dostrzegła niewielki stół przykryty białym obrusem, na którym urządzono ołtarzyk. Pośrodku stała pasyjka, lichtarze ze świecami, obok miska z wodą święconą i kropidło. Po lewej stronie znajdowało się łóżko, postawione wzdłuż ściany. Nad nim powieszony był duży obraz. Za łóżkiem, w stronę okna, mieściła się obszerna ława, a na niej leżały jakieś zioła oraz gliniane naczynia wypełnione czymś, czego Aniela nie potrafiła rozpoznać. Z prawej strony były drzwi wejściowe. Tuż za nimi przytwierdzono do ściany, aż do samej powały, drewniane półki. I tu stały różne naczynia, garnuszki, leżały zioła. Cała izba obwieszona była wiązkami zasuszonych ziół. Wisiały też u powały i nawet na ścianach w sieni. Napełniały otoczenie intensywnym zapachem.
– Uroki rzucocie?- spytała Aniela.
– Ano rzucom – roześmiała się. – Uroki, klątwy… Co zechcesz.
– Klątwy potrzebuje.
– Kto cie tak skrzywdzieł, że klątwe chcesz posłać? Zdrowo jezdeś, dzieci mosz, insze gorzej miały…
– Umielibyście zadać kómu?
– A pewnie? Kómu? Jemu?
– Nie! Nie! Nie jemu! – krzyknęła.
– Jej?
– Jej!
– Co łona winna?
– Winna – rzuciła sucho Aniela. – Co chcecie w zamian?
– Nic, za darmo dlo ciebie… Zastanów sie jesce.
Podała jej kubek z jakimiś ziołami. Miały przyjemny, lekko słodki smak.
– Rzućcie te klątwe – prosiła.
– Dobrze. Dopij zioła.
Aniela poczuła taką senność, że nie mogła usiedzieć.
Obudziła się na ławie przed piecem. Jej wzrok padł na duży obraz na ścianie. Przedstawiał Chrystusa zstępującego do piekieł. Po obu jego stronach widniały tłuściutkie aniołki siedzące na chmurkach. Niżej byli ludzie palący się w ogniu piekielnym, powykrzywiani z bólu i cierpienia. Na samym dole wąż – diabeł z widłami.
– Iść mi trza, martwio sie pewnie – wstała.
– Mosz – gospodyni podała jej czarną gromnicę.
– Co to?
– Klątwa. Chcesz ją jeszcze posłać?
– Chce – szepnęła.
– Weź jo i zapol w kościele przy łołtarzu, ale łodwrotnie, knotem do dołu.
– Bedzie sie tak polić?
– Bedzie, ło północy zapol, jak księżyc bedzie w nowiu. A szmaty przynieś jutro.
.
1komin /kómin/ – kuchnia do gotowania potraw
.
.
.

.
Mirosława Czerwiak (ur. w 1975) – autorka wierszy i opowiadań. Ukończyła filologię polską. Zawodowo uczy języka polskiego. Związana z województwem świętokrzyskim. Spisuje legendy i opowieści wierzeniowe. Dwukrotna laureatka Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Jana Pocka (II i III miejsce w kategorii proza).
Wiersze publikowała w ,,Moja Przestrzeń Kultury”, ,,Drezdenko Międzymiastówka Poetycka”. Prozę w wydawnictwach Stowarzyszenia Twórców Ludowych: ,,Twórczość Ludowa”, ,,Moje niebo kwitnie chłopskim wierszem”, ,,Gdzie złotem płonie pszeniczna niwa”.
