dziewczyna się kłóci z matką kontrolującą ale się opanowuje a potem przybywa szeherezada i jej podarowuje miasto i ci mieszkańcy ją czczą bardziej niż gdyby była prawdziwym zdobywcą bo to jest power fantasy to jest power fantasy nie potrafię się zajmować już niczym innym tylko fantazjami
.
Byłyśmy w tej sytuacji już tyle razy, a jednak za każdym czuję się, jakby to był pierwszy. Głos nieugięty, zimny jak stal, i to samo spojrzenie, takie, które się kieruje do niesfornego dziecka, niemającego pojęcia o życiu, świecie, niczym. I polecenie:
– Zapnij się pod szyją. Nałóż sobie więcej, za mało jesz. Podwiń mankiety, tak jest bardziej elegancko. Weź miejsce przy korytarzu, przecież już będzie ciemno, nic przez to okno nie zobaczysz, a szybciej wysiądziesz z pociągu. Wyprostuj się. Weź już ten temat od promotora, brzmi sensowniej niż twój. Nałóż sobie mniej, jesz za dużo. Musisz wyjść w końcu do ludzi – wypowiedziane tak swobodnie i lekko, tak że prawie można je przegapić, niemalże można je przyjąć jako coś normalnego, jeszcze odrobinkę i można by się tak nie wkurwić i bez mrugnięcia zrobić to, co zostało przykazane. A jednak brakuje tego jednego kroku, bym zaczęła traktować ten fragment rzeczywistości jako coś, na co się przystaje bez protestu, a nie jak kawałek jedzenia, który utkwił między zębami. Nie, to jest raczej skóra zdarta do krwi od nowych butów. Ale to nic nowego przecież, nie, to jest raczej zapominanie o ostatnim schodku na trasie, którą pokonujesz od lat, zahaczanie o ten schodek i przewracanie się na ryj raz po raz, choć nie wiem, to nie jest żadne porównanie, ani oryginalne, ani ładne, to jest coś, z czym ciągle walczę i prawdopodobnie będę walczyć, dopóki cały gniew się we mnie nie wypali.
– Znowu na czarno-biało? Załóż tę zieloną sukienkę, którą kupiłaś ostatnio. Tak ci w niej ładnie – pada tym razem, jeszcze dorzuciła komplement na koniec, ale jest taki nieporadny, wymuszony, nie, obie wiemy, że ona nie jest typem przymilnej manipulatorki, może właśnie to jest ten krok, którego brakuje, bym przestała się bronić, o ileż łatwiej można wypatrzeć chłodny rozkaz, bez upiększeń i załamywania rąk nad bezradnym, zagubionym, nieopierzonym pisklęciem. A jednak wkurwia tak czy inaczej.
– Czy choć raz, jeden, jedyny raz, mogę zrobić coś po swojemu? Czy tak ciężko zaakceptować ci, że nie jestem twoją ręką, która się zgina, jak sobie tego tylko zażyczysz?! – wydałabym z siebie dzikie wycie, gdybym nie spojrzała jej w oczy w lustrze.
Wcale nie dostrzegam protekcjonalności w jej spojrzeniu. Przedziwne. Co to jest? Jakby… ostrożna nadzieja.
Zielona sukienka, rzeczywiście, kupiłyśmy ją razem, to było podczas ostatnich odwiedzin, zostawiłam ją u niej, bo się nie zmieściła do walizki („Kup sobie większą walizkę”). Spodobała się nam obu, to się nieczęsto zdarza, a jednak całkowicie o niej zapomniałam, dlaczego miałabym o niej myśleć, nie myślę aż tyle o rzeczach, które zostawiam za sobą. Teraz mogłaby się nadać, dlaczego nie, ale to nie mój wybór, tylko jej.
I im dłużej patrzę jej w oczy, tym bardziej ostrożna nadzieja przemienia się w desperackie błaganie. I im więcej desperacji w tym błaganiu, tym mocniej wzbiera we mnie to dzikie wycie. I im mocniej ono wzbiera, tym trudniej jest mi pamiętać, że nie było tu chłodnego rozkazu, a przecież rozmawiałam z nią wyłącznie o chłodnych rozkazach, więc powinnam być wyrozumiała, bo jak można karać za coś, o czym się nie informowało, nawet jeśli to gorsze niż wszelkie schodki, buty i kawałki jedzenia razem wzięte.
Trudno pamiętać, to prawda, ale jakimś cudem pamiętam i sama się sobie dziwię, kiedy ostatkiem sił zduszam dzikie wycie i uśmiecham się do jej odbicia.
– Następnym razem, dobrze? Dziś chcę założyć to.
Pewnie, że widzę jej ból, przez sekundę, zanim zdąży go ukryć. Potem kiwa głową i też się uśmiecha, tak samo jak ja, z wysiłkiem.
Przedziwne. Kątem oka dostrzegam smugę dymu, która unosi się nad lampą biurową stojącą na komodzie. Odwracam się od lustra, patrzę wprost na lampę, ale nie, to nie przywidzenie ani brudna szyba, lampa naprawdę dymi, ale bez żadnych iskier czy brzęczenia, w niczym nie przypomina to problemów z elektryką, to raczej dym z kadzidła, tylko że gęstnieje coraz bardziej i w zastraszającym tempie, a w centrum tej chmury zaczyna rysować się czyjaś głowa, a potem reszta ciała, i coraz wyraźniej dym przybiera kształt wysokiego, postawnego mężczyzny o czarnej brodzie, nieco dłuższej, ale bez przesady, choć nie wiem, wszystko tutaj jest przesadą, co tu się w ogóle dzieje? Albo ma najpiękniejsze rzęsy na świecie, albo podkreślił sobie oczy czarną kredką, ciężko stwierdzić pośród całego tego dymu. Ubrany w perskie szaty, myślę, choć nie znam się na tym, nie mam pojęcia jak wyglądały perskie szaty, dlaczego miałabym wiedzieć takie rzeczy, a jednak jest to pierwsza myśl, która przychodzi do głowy, zwłaszcza widząc ten turban. On patrzy na mnie, nieprzystępnie i surowo, ja patrzę na niego, na matkę, która jest osłupiała, a więc też go widzi, potem z powrotem znów na niego, a on mi się kłania, krótko i konkretnie, wyciąga do mnie rękę i chwyta za ramię, a chwyt ma jednocześnie silny i delikatny, choć może nie delikatny, bardziej pełen szacunku, nie mam zresztą czasu się nad tym zastanawiać. Zdążę jeszcze tylko wydać z siebie żałosny jęk, tyle z mojego protestu, zostaję wciągnięta do lampy i już po chwili wiruję otoczona mnóstwem obrazów, których nie sposób zapamiętać, a ich mnogość jest wręcz ogłupiająca, zamykam więc oczy i jedyne co czuję, to uścisk dłoni nieznajomego.
Nim zdołam jednak opanować szok i zadać jakiekolwiek pytanie, już mam z powrotem ziemię pod stopami i mogę otworzyć oczy. Otacza mnie, nie da się ukryć, starożytne miasto, widzę je całe, bo stoimy na podeście położonym na jego najwyższym szczycie, gdybym chciała, to bym mogła stąd policzyć wszystkie domy, place, meczety, minarety, kanały, przytułki, koszary, stajnie, szpitale, cmentarze, targowiska, kawiarnie, szwalnie, huty szkła, przędzalnie, kuźnie, wieże astronomiczne, biblioteki, pałace, ogrody, ogródki, ślepe uliczki i na wpół zawalone rudery, i mury, które okalają ten bezmiar i wyznaczają horyzont, tak przejrzyste jest tu powietrze.
Przede mną zaś stoi mężczyzna, dżinn z lampy, który mnie porwał, z rękoma założonymi na piersi i niezmiennie twardym spojrzeniem, oraz kobieta z diademem wysadzanym szmaragdami, pod którym jeszcze ma chustę całkowicie zakrywającą włosy. Kłania mi się z elegancją przywołującą na myśl godziny spędzone na szlifowaniu dobrych manier.
– Przyjmij pozdrowienia, pani, od twej pokornej sługi, Szeherezady – zwraca się do mnie. – Stoimy właśnie na najwyższym szczycie starożytnego miasta, skąd możesz pani, jeśli zechcesz, policzyć wszystkie domy, place, meczety, minarety, kanały, przytułki, koszary, stajnie, szpitale, cmentarze, targowiska, kawiarnie, szwalnie, huty szkła, przędzalnie, kuźnie, wieże astronomiczne, biblioteki, pałace, ogrody, ogródki, ślepe uliczki i na wpół zawalone rudery, i mury, które okalają ten bezmiar i wyznaczają horyzont, tak przejrzyste jest tu powietrze. Cały ten ogrom oddajemy ci w darze, pani, jeśli wolą twą będzie go przyjąć.
„My” miało zapewne oznaczać ją i zgromadzony wokół podestu tłum, którego różnorodność dorównywała różnorodności samego starego miasta. Tysiące oczu wlepia się we mnie z takim nabożnym oczekiwaniem, przez które zasycha mi w gardle i wali mi serce, co ja tu robię, przed chwilą jeszcze prawie krzyknęłam na własną matkę, a teraz cały ten tłum, że nic nie rozumiem to niedopowiedzenie, patrzę na Szeherezadę i chcę wyjaśnień, nic mnie nie obchodzi cała ta jej elegancja i maniery, i szaty perskiej księżniczki, kim jesteś i dlaczego ten pan w pierwszym rzędzie ma na głowie rogi, a tamta pani ma brwi, z których można by zaplatać warkoczyki?
– Od prawieków w starożytnym mieście obowiązuje tradycja – mówi dalej Szeherezada – zgodnie z którą mogą nim rządzić wyłącznie ci, którzy je zdobędą. Mimo to, gdy obiegła nas wieść o twym dzielnym czynie, pani, zgodnie stwierdziliśmy, że nic dla nas nie znaczą ani zdobywcy, ani tradycja. To dzielność twego czynu, pani, i czynność twej dzielności sprawiły, że rozpoznaliśmy w tobie urodzoną przywódczynię. Godniejszej od ciebie to miasto nie znało! Prosimy, zgódź się na zostanie naszą królową.
Zapewne mówiła tak jeszcze trochę, powtarzając to samo, tylko innymi słowami, dorzucając kolejne komplementy, każdy równie bezpodstawny, które tym chętniej bym przyjmowała, gdybym tylko mogła się na nich skupić, co było jednak niemożliwe, bo zajęły mnie uderzenia gorąca i zimna, i ściskanie żołądka, i suchość gardła, mogłabym zrobić całą listę symptomów. W dodatku zaczęłam dostrzegać coraz to kolejne nieprawidłowości w tłumie, na przykład chłopca może siedmioletniego o nogach dorosłego człowieka albo staruszkę, której udawało się utrzymać równowagę, mimo że na każdym ramieniu miała po jednym kocie syjamskim; nie było to może aż tak trudne, były ostatecznie wielkości wróbli.
– Chwila, moment – udaje mi się w końcu wykrztusić – chcecie mi oddać całe to stare miasto za mój dzielny czyn? Jaki znowu dzielny czyn?
– Twa skromność, pani, nie pozwala ci dostrzec potęgi, którą się wykazałaś, powstrzymując się od dzikiego wycia, opanowując samą siebie, pamiętając o perspektywie nie tylko własnej, lecz również twej matki! – wyjaśnia Szeherezada, a z tysięcy gardeł gapiów wydobywa się „hurra, hurra, hurra!” i zamiera równie zgodnie.
Czy to możliwe? Że ktoś wreszcie docenił to, ile mnie kosztuje cywilizowane zachowanie przy tej kobiecie? Że ten moment dojrzałości to nie zwyczajna życzliwość ludzka, tylko coś, co zasługuje na uznanie i podziw? Że wystarczyło raz się wykazać, bym była już ustawiona do końca życia? Mój boże, z dala od wiecznych nakazów i wpychania nosa w moje życie, w towarzystwie nieskończonego strumienia historii, płynącego z każdej strony tego miejsca? Ale numer, tyle powiem, nie mogę narzekać, bywało gorzej. Żeby tylko nie oczekiwali, że to będzie norma, wtedy trudno będzie mi się z tego wyplątać, ale jak to zrobić, nie mogę im przecież powiedzieć, że to było jednorazowe, bo z pewnością mnie przepędzą, czy ja się znalazłam w klatce? Gdzie każdy mój krok będzie analizowany pod względem mądrości i prawości? Czy każą mi tu sprowadzić matkę i będą mnie notorycznie wystawiać na kontakt z nią, bym musiała udowadniać raz po raz, że rzeczywiście w pełni panuję nad sobą? I kim ma być ten, który mnie będzie bezustannie śledził? Oby nie ten dżinn z lampy, nie jest wcale dziwniejszy od reszty, ale jego surowość mnie przeraża i przypomina mi matkę przecież, miałabym dwie takie matki obok siebie przez cały czas, wolałabym tę kobietę z kotami, może ma ich więcej, całe stado wróblo-kotów, może z takim wsparciem nawet dałabym radę, ale jak długo? Im mocniej nad tym myślę, tym więcej tutaj pułapek, wcale mi to nie przypomina władania, tylko siedzenie w ławce, do której przynoszą ci jeden test za drugim, nie powiedzą nawet oceny, a dostajesz już następny, a wreszcie cię wyrzucają z tej ławki i nie powiedzą nawet, w którym momencie zrobiłeś błąd, a tobie przecież w tej ławce wcale nie było źle. Może udałoby mi się to jakoś obejść, jakoś ich oszukać, tylko jak, wydają się być całkiem przenikliwi, ale jacy o n i? Brzmię paranoicznie, ale to przecież nie moja wina, ciężko zachować rozsądek, gdy wgapiają się w ciebie tysiące dziwaków, a teraz w dodatku na ich twarzach się pojawiło coś nowego, gdzie się podziało tamto uwielbienie? Każdy z nich jest w szoku, jedni są zdegustowani, drudzy rozczarowani, trzeci wściekli, a czwarci próbują to wszystko ukryć i oni chyba najbardziej mi zapadną w pamięć, choć tu wygrywa Szeherezada, która w swym smutku jest tak szczera, że mam wrażenie, jakbym zniszczyła najsubtelniejsze piękno, ale w zasadzie dlaczego, myślę, kiedy dżinn przystępuje krok w moją stronę i znów jak wcześniej wiruję wśród niezliczonych obrazów, które stają się jednak coraz bledsze, aż znikają zupełnie i stoję w swoim domu, przede mną matka sztywna i bezbarwna jak słup, ani śladu po dżinnie, meczetach i brwiach zaplatanych w warkoczyki.
Dopiero gdy ją widzę, uświadamiam sobie, że wszystkie lęki i wątpliwe plany oszukania mieszkańców starego miasta musiałam wypowiedzieć na głos.
Jak łatwo straciłam tę niezwykłą przygodę! I to nawet bez słowa wyjaśnienia! Wpadła mi w ręce perła i ledwo zdążyłam ją zauważyć, a już zniknęła. Łzy napływają mi do oczu, zaczynam łkać i nie mogę się powstrzymać, mimo że tak skrzętnie pracowałam, by matka nie postrzegała mnie jak dziecko, płaczę i nie mogę przestać, a wtedy od strony słupa pada:
– Całe ubranie sobie zadymiłaś, to może jednak weźmiesz tę zieloną sukienkę.
.
to miało być power fantasy to miało być power fantasy a wyszło nie wiadomo co kiedyś może uda mi się trzymać planu ale nie tym razem no trudno tak się zdarza nie ma co się samobiczować tak bywa zostaw to zostaw to
.
.
.

.
Natalia Michalec, urodzona w 2002 roku w Kielcach. Ukończyła licencjat z filologii włoskiej na Uniwersytecie Warszawskim, obecnie studiuje na studiach II stopnia kierunek lingwistyka stosowana w parze języków włoski-angielski, również na UW. Drugi rok studiów magisterskich spędzi na Università di Torino. Uczestniczyła w 31 TransPorcie Literackim w grupie Pracowni przed debiutem prozą pod okiem Magdaleny Genow. Ma doświadczenie zarówno w pisaniu własnych tekstów prozą, jak i w tłumaczeniach (np. https://amlit.blogi.pl/strona,
