Polski biegun ciepła. Ada T. Kosterkiewicz

Bardzo mnie interesuje pisanie o mężczyznach
O „Polskim biegunie ciepła” z Adą T. Kosterkiewicz rozmawia Jacek Bierut

Jacek Bierut: Ado, oboje nie mieliśmy Polskiego bieguna ciepła w ręku, ale lada moment to się stanie. Twój debiut. Szczególny moment w życiu. Co czujesz?

Ada T. Kosterkiewicz: Trochę nic, a trochę wszystko. Fun fact: krewni i znajomi dziwią się, że nie okazuję jakiejś wielkiej ekscytacji, bo trochę tak jest, że zachowuję się, jakby debiut książkowy to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem, która po prostu się zdarza. Zupełnie jakbym wcale na niego nie czekała tylu lat. Chyba za często spotykam koleżanki pisarki. Jeszcze dobrze nie zadebiutowałam, a już jestem zepsuta xd.

JB: Ja już wiem, że zadebiutowałaś dobrze. Napisałaś świetną książkę. I dziewczyńską, i chłopacką, i męską, i damską, ogarniającą nawet sędziwość. Skąd wzięłaś ten potężny, chociaż terytorialnie bardzo ograniczony, świat przedstawiony?

AK: Ojeju chyba z życia, jakkolwiek banalnie to brzmi. Dużo patrzę przez okno, podsłuchuję rozmowy w tramwajach (i boleję nad tym, że wszyscy teraz jeżdżą w słuchawkach na uszach, lubię słuchać nawet totalnych głupot) i, może nie widać, ale całkiem sporo we mnie empatii i te wszystkie emocje, które każę przeżywać moim postaciom, przeżywam razem z nimi. Albo sobie je wyobrażam, nie wiem, czy da się to do końca rozgraniczyć. Oczywiście nakradłam też trochę świata ze świata mojego dzieciństwa. Ze wsi, od rodziny, koleżanek, sąsiadów, o których plotkowano, i dziwnych historii, którymi straszyły nas starsze dzieciaki. Chociaż wszystko, co się dzieje w książce, jest zmyślone, wszelka zbieżność przypadkowa. No, prawie wszystko. Naprawdę znaleźliśmy kiedyś z bratem zagryzione kocięta w stodole.

JB: Tak, zaczyna się od zagryzionych kociąt, potem emocje idą tylko w górę. To nie jest książka dla grzecznych dziewczynek.

AK: Nie wiem, jakie książki czytają grzeczne dziewczynki, ale z pewnością jest to książka o tym, jak się wyrasta z bycia grzeczną dziewczynką, czyli taką pokorną, trochę bierną, podążającą za innymi. I jest to kurs dość gwałtowny i przyspieszony, bo cała akcja książki rozgrywa się w ciągu jednej doby.

JB: Tak, główna bohaterka została wrzucona w potężną intensywność i podołała na każdym etapie, choć właściwie mogła liczyć tylko na siebie. Świat przedstawiony i tak się rozwala, choć wiadomo, że będzie trwał i po wszystkim.  Jest bardzo niewielki (dwa kilometry kwadratowe?), wydarzenia zamykają się, jak to teraz oceniam bardzo orientacyjnie, w dwudziestu sześciu godzinach. Taki miałaś zamysł od początku?

AK: W sumie nie pamiętam, jaki był pierwszy zamysł. Zanim Polski biegun ciepła stał się powieścią, był krótkim opowiadaniem. Napisałam je jakieś dziesięć lat temu na konkurs, którego oczywiście nie wygrałam, i odłożyłam do szuflady. Przypomniałam sobie o tym pomyśle po kilku latach, gdy uczyłam się scenariopisarstwa i w ciągu paru dni rozpisałam w punktach całą akcję, dopisując co nieco. Ta kondensacja w krótkim czasie na niewielkiej przestrzeni wyniknęła jakoś sama z logiki fabuły. Chyba nawet wtedy tego nie zauważyłam, dopiero na dość zaawansowanym etapie pisania (czyli ze trzy lub cztery lata później, bo ten projekt oczywiście znowu musiał się uleżeć), oświeciło mnie, że piszę powieść w ramach jedności akcji, miejsca i czasu i pomyślałam sobie, że to całkiem zabawne. Zróbmy to, pobawmy się w klasykę. Wycięłam wszystkie sceny, które kłóciły się z tą formą i myślę, że wyszło mi na zdrowie. Mega zależało mi na tym, żeby było intensywnie, żeby ta historia działała jak taki koncentrat, niczym nie rozcieńczony, bo po pierwsze lubię, jak się dzieje, a po drugie taka mniej więcej jest pamięć. Wycina całą nudę, to co ważne, mocne i przełomowe wydaje się dziać naraz.

JB: Dziesięć lat. I to pewnie nie było pierwsze Twoje opowiadanie. To kiedy w ogóle zaczęłaś pisać prozę?

AK: Dowody znalezione na strychu wskazują, że gdy miałam jakieś osiem lat, pisałam na spółkę z kuzynką wielotomową sagę o rycerzach-rabusiach. W ogóle mam w komputerze sporo rozgrzebanych projektów prozatorskich, których pierwotna wersja powstała, kiedy byłam ledwo po dwudziestce. Mniej więcej wtedy między półkami w hipermarkecie Geant olśniło mnie, że dobrze byłoby zostać pisarką xd. Ale jako że zajmowałam się wtedy raczej doświadczaniem życia na bieżąco, i to dość intensywnie, pisania nie było zbyt wiele. Zresztą za bardzo nie umiałam pisać i nie miałam chyba wiele do powiedzenia, albo tak mi się tylko teraz wydaje. W każdym razie pierwsze prawdziwe opowiadania napisałam, gdy miałam jakieś 27 lat, ale zanim ogarnęłam się, że może warto by je gdzieś publikować, dajmy na to w czasopismach literackich, minęła kolejna dekada. Oczywiście mam poczucie, że wszystko działo się zbyt wolno i zbyt późno jak na to, że jestem strasznie niecierpliwa.

JB: Twoje bohaterki też nie lubią czekać i nie ustawiają się w kolejce. Zbudowałaś je na zasadzie kontrastu, ale one są tak żywotne i niecierpliwe, że te kontrasty szybko stają się płynne. I to też chyba nie jest wykoncypowane.

AK: One żyją swoim życiem. Pisanie byłoby okrutnie nudne, a bohaterki papierowe, gdybym wymyślała sobie postacie z dokładnie wykoncypowanymi charakterami i się tego trzymała na każdym etapie. Wolę jak mnie zaskakują. Wtedy to jest proces pisarski, a nie odbębnianie punktów. Płynność jest jednak konceptem, który był w planie od początku, chociaż jestem w stanie opisać go słowami dopiero teraz. Od początku ważny był dla mnie temat wpływu, jaki na siebie wywierają bohaterki, w ogóle temat wpływów i tego, czego sumą jesteśmy. To taka moja mała obsesja. Ola Kuśnierkiewicz, która prowadziła ze mną rozmowę na sierpniowym spotkaniu przedpremierowym, zwróciła uwagę na obecność w „biegunie” tematu traumy transgeneracyjnej. Ja go wcześniej za bardzo nie zauważałam, mimo że zupełnie świadomie wplotłam w fabułę watki z wojennej przeszłości babki bohaterek. Albo raczej nie myślałam, że to powinien być motyw napędzający, jakieś wiszące nad bohaterami fatum, bo szczerze mówiąc, jestem trochę zmęczona tym tematem. W ostatnich latach został przemielony chyba przez wszystkich, a w internecie to w ogóle zrobił się popsychologiczną kliszą. Mam taką teorię, że w naszym świecie nastawionym na indywidualizm, łatwiej zaakceptować, że jesteśmy jakie jesteśmy, bo coś się przydarzyło naszej prababce w 1914 albo „bo tak nas wychowano” (w patriarchalnych strukturach, w katolicyzmie itd., itp.), niż to, że cały czas nasiąkamy wpływami innych ludzi. Bo przeszłość to jest coś, na co nie mamy wpływu, a wpływom nie powinno się ulegać i przecież mamy wolną wolę, i musimy być sobą (cokolwiek to znaczy). Ale to normalne, że cały czas się dopasowujemy. Jesteśmy sobą i jednocześnie sumą wszystkich ważnych dla nas osób. Próbujemy się rozgraniczyć, wyrwać ze struktur, na przykład rodzinnych, ale struktury są w nas, bo my też je tworzymy. To nie znaczy, że mamy się tym strukturom biernie poddać i w nich rozpłynąć – myślę, że to jest źródło cierpień. Chodzi raczej o to, żeby próbować te struktury przetwarzać, naginać. Bo można się wyrwać, ale co to zmienia? I wydaje mi się, że właśnie to robi moja główna bohaterka, Ania, kiedy dookoła wszystko się wali. Ale nie dałaby rady, gdyby nie stała się trochę jak Mela, czy raczej ta wersja Meli, w którą chciała wierzyć.

JB: Mroki trzeciego pokolenia są oczywiście w książce wyraźne, ale nie demonizowałbym. Ta książka aż ssie z tak zwanego „teraz”, chociaż dzieje się w latach dziewięćdziesiątych. Stan aktywnej obecności wszystkich bohaterów i bohaterek w toku wydarzeń i ich przemiany w nawet minimalnych przesuwach czasu. Trochę to wynika z ich wieku, ale też ze strategii narracyjnej. Narratorka to bardzo ciekawie skonstruowana postać. Bardzo ładnie to wyłazi w scenie z paznokciami pod koniec książki. Opowiesz o tej postaci, nie spojlerując zbyt wiele?

AK: Cieszę się, że tak ją widzisz, bo miałam wiele obaw, czy jej postać nie blednie za bardzo w obecności drugiego planu, na którym postacie są momentami aż do przesady wyraziste. Tymczasem Ania to najzwyklejsza dziewczynka na świecie. To znaczy ja ją sobie celowo wymyśliłam jako taką do bólu zwyczajną, nie wyróżniającą się niczym osobę, cichą obserwatorkę, która dokładnie tak o samej sobie myśli, może nawet trochę się tego wstydzi i dlatego jest ślepo zapatrzona w swoją kuzynkę, Melę. Jest w tym trochę rozdarta, bo z jednej strony przystaje na wszystkie akty buntu wobec dorosłych, na które namawia ją Mela, z drugiej strony upomina ją za łamanie zasad. Zrobiłaby dla niej wszystko, ale zrobiłaby też wszystko dla innych członków rodziny, więc kiedy dochodzi do konfliktu interesów i z Meli wychodzą toksyczne zachowania, na które już nie tak łatwo przymknąć oko, to oddanie Ani nie jest już takie oczywiste. Ona jest też trochę takim klasycznym środkowym dzieckiem, w pewnym sensie niewidzialnym, które czuje się odpowiedzialne za całą rodzinę i chciałoby wszystkich zadowolić, a kiedy okazuje się, że naprawdę się nie da, jej świat się sypie i ona musi bardzo szybko wymyślić siebie na nowo.

JB: A Damian? Może najtragiczniejsza postać. Wrzuciłaś go w tak trudną dla niego (i dla czytelnika) rolę i sytuację, że aż momentami piszczy, choć stara się zachować twarz i pozory. Można go nawet czytać jako kwintesencję współczesnej męskości. Walczy o zachowanie ról, o pamięć o ojcu, o honor, bez dziewczyn jednak walka wydaje się beznadziejna.

AK: To w ogóle moja ulubiona postać. Może dlatego, że obarczyłam go niemożliwymi do zniesienia emocjami i teraz mi go żal. Ale też dałam mu chyba najwięcej z samej siebie. Straciłam ojca, kiedy miałam tyle samo lat. Nie w tak dramatycznych okolicznościach, ale niepogodzenie ze stratą i wyparcie, z którymi on się mierzy, do pewnego stopnia przepisałam od siebie. Jednocześnie Damian jest postacią z kompletnym delulu, zupełnie pogubionym, i zawieszonym pomiędzy dzieciństwem a dorosłością, ale też między tradycyjną męskością, której wzorce rozpadają się na jego oczach, i wrażliwością bardzo młodego chłopaka, może momentami performatywną. Bardzo mnie interesuje pisanie o mężczyznach i chłopakach, chyba nawet bardziej niż o kobietach i dziewczynach. Trochę dlatego, że wydaje mi się, że dziewczyńska perspektywa może wyciągnąć z męskich postaci ciekawe rzeczy, których (współczesny) facet-pisarz być może nie widzi, a trochę dlatego, że podoba mi się zasada odwrotna do anglosaskiego “pisz o tym, co znasz”, bo ileż można w autofikcję. W każdym razie, Damian jako postać-komentarz do współczesnej męskości to jak najbardziej trop, który umieściłam świadomie, ale to nie jest wszystko o nim, to nie jest całe jego uwikłanie. Poza tym, że jest chłopakiem, jest też po prostu dzieckiem.

Swoją drogą dziewczyny w życiu nie wpadłyby na makabryczny i desperacki pomysł, na który on wpada i potem wciąga je w swój plan. One doskonale wiedzą, jak bardzo jest to beznadziejne, nawet Mela, która też jest postacią z niezłym delulu.

JB: Są jeszcze dorośli ze swoimi tajemnicami. Nikt nie ma łatwo. I jest dom-ostoja, za duży dla nich wszystkich, obciążony historią. Nawet park nie daje wytchnienia. I w tym wszystkim ta nasza Ania, najspokojniejsza dziewczyna na świecie, staje się postacią najsilniejszą. Kobieca siła. Tak Ci wyszło?

AK: Nie wiem, czy interpretowałabym tę postać w stylu łopatologicznego girl power. Ona okazuje się najsilniejsza, bo ktoś musi, a wszyscy po kolei padają jak muchy, wszyscy starsi od niej sobie nie radzą. No może z wyjątkiem babci. Więc bardziej niż siłą, tą dziewczynką kieruje wyższa konieczność, a może nawet słabość. Rezygnacja i poddanie się to jest jej pomysł, żeby ostatecznie wszystkich uratować i posklejać. Do tego przecież próbuje przekonać Damiana, który nabroił najbardziej.

JB: Z tym, kto nabroił najbardziej, byłbym ostrożny. Chyba jednak dorośli. Matka Meli. To dopiero postać. Chociaż niemal się w książce nie pokazuje. Ale z tego motywu mogłabyś zrobić kolejną powieść. Miałaś jakiś pierwowzór?

AK: Haha, zupełnie nie. To jest bardzo enigmatyczna postać. Sama zbyt wiele o niej nie wiem. Ale matki broją tutaj bardzo, to fakt.

JB: To masz materiał do przemyślenia, bo to może być potężna i tragiczna postać. I napisałaś ją tak, że czytelniczki i czytelnicy będą mieli wrażenie, że narratorka wie o niej wszystko. No dobra. Zapytam jeszcze o popkulturę, bo to też mocna strona Polskiego bieguna ciepła. Muzyka i moda. Sukienki na ramiączkach zakładane na koszulki z krótkim rękawem, kasety, te rzeczy.

AK: Narratorka wie, więc może kiedyś mi powie. A jeśli chodzi o popkulturę, to po pierwsze ją kocham, a po drugie wiadomo, że moda i muzyka robią klimat, prawda czasu, prawda ekranu, trzeba o to zadbać. Było mi oczywiście łatwo wszystko odtworzyć, bo umieściłam akcję w czasach mojego dzieciństwa i nawet nie musiałam się specjalnie starać i posiłkować researchem w internecie ani w starych gazetach na strychu u mamy, bo wszystko pamiętam.

Myślę, że ta historia nie zagrałaby tak, jak gra, i w sumie nie do końca miałaby prawo się wydarzyć w takim kształcie, gdybym rozegrała ją współcześnie. Popkulturowe tło to jest jedyny element, w którym pozwoliłam sobie na nostalgię, poza tym unikam jej jak ognia. W każdym razie można sobie zagrać w tej książce w millenialskie bingo “rzeczy, które mieliśmy w szafach i na biurkach we wczesnych latach 90.” (kaseta Depeche Mode, zeszyt z top 2000, plastikowy jeż na długopisy). Ale można też w bingo wakacji na wsi u babci – zobaczyłam takie kiedyś na moim ulubionym profilu na instagramie “Sentymenty oficjalnie” i wszystko się zgadza. I swoją drogą myślałam, że to są doświadczenia mojego pokolenia i starszych, ale po tym jak przeczytałam na przedpremierze jeden z rozdziałów (ten, w którym babcia każe dziewczynom oporządzić kurę), podeszła do mnie dziewczyna młodsza ode mnie o dwadzieścia lat, która dorastała na wsi w późnych latach 2000/wczesnych 2010 i powiedziała mi, że miejsce akcji mocno z nią zarezonowało, otworzyło wspomnienia.

Aczkolwiek, takiej wsi już nie ma.

JB: I nie ma naszych codwutygodniowych spotkań w ścisłym gronie. Co sądzisz o pisaniu powieści w takim trybie?

AK: Trochę mi tego brakuje. Mówi się, że pisarstwo to zawód wykonywany w samotności. Zasadniczo tak, ale czasem przydaje się intelektualny ferment, zderzenie różnych pisarskich wrażliwości i trochę przymusu xd. Bez tych naszych spotkań pewnie do dziś bym nie skończyła tej książki. A wiesz, że nie wytrzymałam długo bez warsztatów i jeszcze w połowie roku pojechałam na kolonie literackie?

JB: Sam bym pojechał na kolonie literackie, a nawet na jakiekolwiek kolonie. To znaczy, że kolejna Twoja książka (założenia i kilka fragmentów już znam), na pewno zostanie ukończona? I nawet jesteś już blisko?

AK: Na pewno, ale czy jestem blisko? To skomplikowane. Mam za to prawie skończoną inną powieść, muszę tylko dopisać zakończenie. Z kolei podczas kolonii urodził się pomysł na zbiór opowiadań. Trochę nie wiem, w co ręce włożyć.

JB: Najlepiej „po kolei”. Przynajmniej u mnie to działa. Język tej nowej powieści jest zgoła odmienny od języka Polskiej bieguna ciepła. Czym się kierowałaś, szukając go dla swojej ukończonej opowieści?

AK: Haha, chciałabym po kolei, tylko najpierw muszę ustalić kolejność, co łatwe nie jest. A ten język to wyszedł po prostu w praniu, specjalnie go nie szukałam. No może dla postaci, które są bardzo zróżnicowane wiekowo i inaczej mówi babcia, inaczej wnuczka. Tu też miałam z tyłu głowy, że nie chcę, żeby ten język był jakąś wymyśloną wiejską gwarą, bo wcale nie byłby to autentyczny język w tej historii.

JB: To zapytam jeszcze konstrukcję całości. To sztuka tak zgrabnie zmieścić taką opowieść w dwudziestu sześciu godzinach na mniej więcej dwóch kilometrach kwadratowych. Rozpisywałaś sobie „drabinkę”?

AK: Tak, zaczęło się wszystko od drabinki, bo ta książka przez pewien czas była, chyba już wspominałam, pomysłem na scenariusz, więc miałam ją rozpisaną na karteczkach, takich wirtualnych, w programie do pisania scenariuszy. A potem skopiowałam to do excela, żeby móc odhaczać wykonane punkty fabuły na zielono, normalnie jak projekt w korpo. Polecam tę metodę, bardzo satysfakcjonująca.

JB: Na zielono? Pomyślę. Dziękuję za rozmowę.

.

.

Książka jest dostępna tu: https://allegro.pl/oferta/ada-t-kosterkiewicz-polski-biegun-ciepla-18971964956

.

.

Polski biegun ciepła. Ada T. Kosterkiewicz
fot. Róża Bierut wydawnictwo j

.

.

Ada T.Kosterkiewicz
fot. Beata Ratuszniak

.

.

Ada T. Kosterkiewicz. Urodzona w 1982 roku. Pisarka, twórczyni internetowa, pasjonatka pub quizów. W życiu studiowała już prawo, była dziennikarką, aktywistką i pracowała w korpo. Publikowała prozę i poezję m.in. w „Fabulariach”, „Tlenie literackim” i „Helikopterze”. Mieszka we Wrocławiu.

 

 

PODZIEL SIĘ