Marek Podgórski: Dom, w którym mieszkał i dorastał Łukasz, był pozbawiony ciepła, zamiast tego panowała w nim cisza i strach. Co powiedziałbyś 15-latkowi, który wraca do „takich” czterech ścian codziennie?
Łukasz Ratajczak: Przede wszystkim nie rzucałbym w niego pustymi frazesami o tym, że wszystko będzie dobrze albo że czas leczy rany. Kiedy masz piętnaście lat, stoisz na klatce schodowej z dłonią na klamce do swojego mieszkania i czujesz fizyczny skurcz żołądka, takie słowa brzmią jak kpina. One nie dają żadnego oparcia, tylko pogłębiają poczucie osamotnienia, bo dają sygnał, że ten, kto je wypowiada, nie ma bladego pojęcia, czym jest powrót do domu, który nie jest schronieniem, tylko polem minowym.
W takim domu cisza nie jest brakiem hałasu. Cisza w mieszkaniu przemocowym to gęsta, niemal materialna substancja, w której każdy dźwięk staje się potencjalnym zagrożeniem. Piętnastolatek wychowujący się w takim miejscu nie wraca po lekcjach, żeby odpocząć. On wraca na posterunek. Wchodzi do środka i natychmiast uruchamia w głowie radar: w jaki sposób stoją buty w korytarzu, czy w zlewie leży niedomyty talerz, jakim tonem matka odpowiada z pokoju, czy z kuchni czuć alkohol zmieszany z herbatą w szklance z Ikei. To jest permanentny stan czuwania, który wyżera układ nerwowy od środka. Dorastasz w przekonaniu, że twoje ciało musi zajmować jak najmniej miejsca, że najlepiej byłoby stać się meblem albo plamą na ścianie, której nikt nie zauważy.
Gdybym siedział naprzeciwko takiego chłopaka, powiedziałbym mu wprost: twoim jedynym, najważniejszym zadaniem na dzisiaj nie jest być wzorowym uczniem, nie jest rozumieć swoich rodziców, ani tym bardziej ich ratować. Twoim jedynym celem jest fizycznie dotrwać do rana. Przetrwać ten wieczór, ten weekend, ten kolejny miesiąc. Przemocowy dom instaluje w dziecku potworne złudzenie, że to mieszkanie to cały kosmos, że poza tymi czterema ścianami nic nie istnieje i nigdy nie będzie inaczej. A to nieprawda. Ten dom to tylko ciasny, klaustrofobiczny barak na samym początku drogi. Z tego domu się po prostu wychodzi. Przychodzi taki dzień, kiedy bierzesz jedną torbę, zamykasz te drzwi z drugiej strony i nikt, absolutnie nikt, nie ma już prawa wejść do twojego pokoju z pięściami ani karać cię za to, że w ogóle oddychasz. Chciałbym, żeby ten chłopak wiedział, że samo jego przetrwanie będzie jego największym zwycięstwem nad tym miejscem.
Marek Podgórski: Co z perspektywy czasu jest trudniejsze do zaakceptowania? Chłód i obojętność matki czy agresja ojca?
Łukasz Ratajczak: Przez długi czas wydawało mi się, że to pięści ojca zostawiają najgłębsze rany. Przemoc fizyczna jest dosłowna. Pamięta się jej fizjologię, ten specyficzny, tępy trzask skóry o skórę, który brzmi jak odpieczętowanie plastikowej butelki z gazem. Pamięta się upokorzenie, gdy musisz stać przed dorosłym facetem i przyjmować ciosy tylko dlatego, że on nie potrafi udźwignąć własnego życiowego bankructwa. Ale z przemocą ojca sprawa jest w pewien sposób czysta pod względem definicji. To jest wróg zewnętrzny. Widzisz go, wiesz, skąd nadchodzi uderzenie, wiesz, kiedy uciekać do drugiego pokoju albo na klatkę. Twoje ciało wie, że dzieje się zło, i reaguje na to zło naturalnym odruchem obronnym: strachem, nienawiścią albo chęcią buntu.
Chłód matki to zupełnie inny rodzaj destrukcji. To jest przemoc przez zaniechanie, a ona wdziera się w człowieka znacznie głębiej, bo atakuje same fundamenty istnienia. W książce napisałem, że matka pachniała kredensem: meblem, czymś, co stoi pionowo z przyzwyczajenia, ale w środku jest całkowicie martwe. Kiedy ojciec podnosi rękę, a matka stoi w korytarzu, patrzy na to przez ułamek sekundy i po prostu odwraca wzrok do zlewu albo w stronę telewizora, w dziecku pęka coś bezpowrotnie. W tym odwróceniu wzroku jest komunikat o wiele gorszy niż jakiekolwiek przekleństwo rzucone przez ojca. To cichy wyrok: nie znaczysz wystarczająco dużo, żebym zaryzykowała dla ciebie własny spokój; twoje cierpienie jest dla mnie kłopotem.
Agresja ojca wywołuje siniaki, które w końcu żółkną i znikają ze skóry. Obojętność matki sprawia, że zaczynasz czuć się przezroczysty. Dorastasz w poczuciu, że miłość to pojęcie abstrakcyjne, mit z literatury, który ciebie nie dotyczy, bo twoje własne źródło życia okazało się zamarznięte na kość. Po latach, kiedy próbujesz budować relacje, zbliżać się do kogoś, dotykać drugiego człowieka, to nie lęk przed uderzeniem paraliżuje cię najbardziej. Paraliżuje cię chłód. Strach, że ten, komu wreszcie zdecydujesz się zaufać, w kluczowym momencie odwróci wzrok i uzna, że cię nie ma. Dlatego chłód matki jest bez porównania trudniejszy do wybaczenia i uleczenia.
Marek Podgórski: Jednym ze sposobów radzenia sobie „z życiem” było dla Łukasza pisanie pamiętnika. Na ile – według Ciebie – to dobry pomysł, by podsunąć go nastolatkom jako metodę „na już”, gdy jest im bardzo trudno, a nie mają z kim porozmawiać? Na ile ta metoda sprawdziła się u Ciebie?
Łukasz Ratajczak: Pisanie ratuje życie, ale pod jednym warunkiem: że nie zrobimy z tego szkolnego ćwiczenia, terapii zadaniowej ani grzecznego pamiętniczka z kłódką w kształcie serduszka. Dla mnie pisanie w tamtym okresie nie miało nic wspólnego ze sztuką czy ambicją bycia pisarzem. To był odruch fizjologiczny, jak zaciskanie zębów, żeby nie krzyczeć, albo tamowanie krwawienia.
Kiedy jesteś w sytuacji ciągłego osaczenia, całe twoje życie wewnętrzne jest chaosem. Myśli cię zalewają, lęki nakładają się na siebie, nie odróżniasz już wstydu od rozpaczy. Masz poczucie, że twoja głowa to komora ciśnieniowa, która za chwilę eksploduje. Przeniesienie tego na papier, nawet w postaci pourywanych, chropowatych, wulgarnych zdań, zmienia reguły gry. Kiedy wyrzucisz z siebie myśl i zobaczysz ją czarno na białym na kartce wyrwanej z zeszytu do WOS-u, ona przestaje być bezkształtnym demonem, który dusi cię od środka. Staje się obiektem. Leży przed tobą. Ma litery, ma kropkę na końcu. Możesz na nią spojrzeć, możesz ją skreślić, możesz zamknąć zeszyt albo spalić tę stronę. W ten sposób zyskujesz mikroskopijny, ale absolutnie fundamentalny skrawek kontroli nad światem, który odebrał ci wszelką sprawczość.
U mnie to była jedyna wolna przestrzeń. W domu nie miałem głosu, w szkole byłem celem, a na czystej kartce byłem całkowicie suwerenny. Nikt mi tam nie przerywał, nikt mnie nie poprawiał, nikt nie mówił, że histeryzuję albo że to moja wina. Zapisywałem tam wersy z utworów Radiohead czy My Chemical Romance, które rozumiałem lepiej niż cokolwiek na lekcjach biologii. Tworzyłem listy zespołów, które działały jak respirator, pisałem listy do Piotra, których nigdy nie miałem odwagi wrzucić do skrzynki. Te niewysłane listy pozwoliły mi przeżyć kolejny dzień, a potem następny. Jeśli dorosły, pedagog czy nauczyciel, chce podsunąć nastolatkowi tę metodę, to niech da mu zwykły, gruby notes i powie tylko jedno: to jest wyłącznie twoje, nikt nigdy nie ma prawa tego przeczytać bez twojej zgody. Dajmy dzieciakom prawo do posiadania własnego cienia zapisanego na papierze.
Marek Podgórski: Czy dzisiaj powiedziałbyś młodemu chłopakowi: nie bój się zaryzykować (w kontekście, gdy ten odkrywa swoją orientację i jest ktoś, w kim się zakochał)?
Łukasz Ratajczak: Byłbym z tym bardzo ostrożny. Żyjemy w kulturze pełnej gładkich, efektownych sloganów o tym, że trzeba zrzucić maskę, że odwaga zawsze zwycięża, a prawda nas wyzwoli. W kawiarniach wielkich miast, w bezpiecznych, wyemancypowanych środowiskach to brzmi pięknie. Ale rzeczywistość poza tymi bańkami bywa bezwzględna. Piętnastolatek na prowincji, w robotniczej dzielnicy czy w małym miasteczku, który nagle postanowi nie bać się zaryzykować bez żadnego zaplecza, może zapłacić za to cenę, której żaden dorosły nie ma prawa od niego wymagać. Ceną bywa lincz na szkolnym korytarzu, zniszczenie psychiczne, wyrzucenie z domu na bruk albo wywiezienie na siłę do rodziny na wieś, żeby go leczyć z nienormalności, dokładnie tak, jak stało się to z książkowym Piotrem.
Dlatego bardzo wyraźnie rozgraniczyłbym to ryzyko na dwa różne wymiary: wewnętrzny i zewnętrzny. Wewnątrz powiedziałbym mu: ryzykuj bez żadnych zahamowań. Pozwól sobie na to uczucie. Nie bój się tego, że twoje ciało budzi się przy drugim chłopaku, że chcesz trzymać go za rękę na dachu galerii handlowej, że wreszcie czujesz, że twoja skóra nie jest tylko czymś obcym, co trzeba karać żyletką. Miłość, którą Łukasz poczuł do Piotra, była jedynym czystym punktem w całym jego dzieciństwie. To było jedyne doświadczenie, które mówiło mu: żyjesz, oddychasz, twoje serce potrafi bić dla kogoś innego. I tego uczucia nie wolno w sobie dusić ani uznać za skazę tylko dlatego, że otoczenie ma problem z własnymi uprzedzeniami.
Ale na zewnątrz powiedziałbym mu: bądź mądrym strategiem. Nie musisz być męczennikiem cudzej głupoty. Odwaga nie polega na rzucaniu się pod pędzący pociąg. Czasem największą, najbardziej heroiczną dojrzałością jest przetrwanie w ukryciu, chronienie swojej tajemnicy i swojej relacji tak długo, aż zdobędziesz niezależność, skończysz szkołę, znajdziesz pracę i będziesz mógł stworzyć własny, bezpieczny dom. W książce, kiedy Łukasz i Piotr spotykają się po latach, nie ma hollywoodzkich fajerwerków. Stoją naprzeciwko siebie jak ruiny dwóch budynków, które przetrwały ten sam pożar. Uśmiechają się do siebie, bo obaj żyją. Moja rada brzmi więc: kochaj całym sobą, ale światu zewnętrznemu nie oddawaj się na pożarcie, dopóki nie będziesz miał siły oddać ciosu.
Marek Podgórski: Z czym mierzy się 15-latek idący do szkoły ze schowaną w plecaku nieheteronormatywnością?
Łukasz Ratajczak: Na pewno mierzy się z nieludzkim, ciągłym wycieńczeniem. Ludziom z zewnątrz wydaje się, że homofobia w szkole to wyłącznie spektakularne awantury: zatrzaśnięcie w szafce w szatni, oplucie na schodach czy wulgarny napis zrobiony markerem na drzwiach toalety. Oczywiście, to wszystko się dzieje, parzy wstydem i zostawia głębokie bruzdy. Ale o wiele bardziej niszcząca jest ta codzienna, mikroskopijna kontrola, którą twój mózg musi sprawować nad ciałem w każdej sekundzie lekcji i przerwy.
Idziesz korytarzem i czujesz się jak szpieg na wrogim terytorium. Pilnujesz każdego ruchu. Czy nie stawiam stóp zbyt miękko? Czy nie macham rękami w sposób, który ktoś uzna za zniewieściały? Gdzie uciekają moje oczy? Jeśli spojrzę na kolegę z ławki o sekundę za długo, czy on to zauważy i zrobi z tego sprawę? Jakim głosem odpowiadam pod tablicą i czy nie brzmi podejrzanie? Musisz śmiać się z prymitywnych dowcipów na korytarzu, od których zbiera ci się na wymioty, bo jeśli zachowasz kamienną twarz, natychmiast ściągasz na siebie uwagę. Wkładasz więc na siebie pancerz z milczenia i cynizmu. Z czasem zaczynasz gardzić samym sobą za to, że tak świetnie udajesz, że dajesz milczącą zgodę na to, by niszczono innych.
Ta schowana w plecaku tożsamość waży więcej niż wszystkie podręczniki razem wzięte. To poczucie, że twoja obecność w klasie jest warunkowa. Jesteś akceptowany tylko pod warunkiem, że nie istniejesz naprawdę, że jesteś jedynie poprawnie działającym cieniem. Wystarczy jeden nieuważny gest, jedno spojrzenie, jedna wiadomość na pękniętym ekranie telefonu i cała ta misterna konstrukcja sypie się w pył. A najgorsze przychodzi o piętnastej, kiedy po siedmiu godzinach takiego ciągłego skanowania terenu wracasz do domu, w którym wcale nie możesz zrzucić tego pancerza, bo tam czeka cię drugi front. Wtedy zaczynasz marzyć o tym, żeby po prostu się wyłączyć. Zniknąć bez hałasu, po cichu, jak wylogowany profil.
Marek Podgórski: Książkowy Łukasz żyje w poczuciu winy za emocje rodziców, za to, co dzieje się w domu. Co Tobie pomogło powiedzieć sobie: „to nie było moją winą”?
Łukasz Ratajczak: Zrozumienie tego to najtrudniejsza lekcja, jaką trzeba odrobić po przemocowym dzieciństwie, i wielu ludzi nie odrabia jej do samego końca. Psychika maltretowanego dziecka działa w sposób z pozoru nielogiczny, ale ewolucyjnie bezwzględny. Dziecko woli uznać siebie za winne, wybrakowane i złe, niż dopuścić do świadomości fakt, że dorośli, od których całkowicie zależy jego biologiczne przetrwanie, są zaburzeni, bezduszni albo po prostu okrutni. Poczucie winy paradoksalnie daje iluzję bezpieczeństwa. Myślisz sobie: ojciec pije i szaleje z pięściami, bo znowu czegoś nie dopilnowałem; matka milczy jak mebel, bo jestem dla niej ciężarem. Wierzysz, że jeśli będziesz idealny, jeśli przestaniesz prosić o cokolwiek i staniesz się niewidzialny, to w domu wreszcie nastanie spokój. Zdjęcie z siebie winy oznacza stanięcie twarzą w twarz z przerażającą prawdą: że byłeś całkowicie bezradny, zdany na łaskę ludzi, którzy nie powinni mieć pod opieką żywego stworzenia.
U mnie ten proces trwał latami. Pomogło mi wejście w dorosłość i spojrzenie na tamten świat z perspektywy ukształtowanego mężczyzny. Kiedy sam dorastasz i patrzysz na nastolatków, uderza cię potworna dysproporcja sił. Widzisz chudego dzieciaka z obgryzionymi do krwi paznokciami, w za dużej bluzie, z bliznami na rękach, i nagle dociera do ciebie z całą jasnością, że żaden taki dzieciak nie ma w sobie mocy, by popchnąć dorosłego do przemocy. Nie możesz swoją obecnością, swoją wrażliwością ani swoją orientacją zmusić dorosłego chłopa, by nalał wódki do szklanki i zacisnął pięści. Nie możesz sprawić, by dorosła kobieta wyparła się elementarnego ludzkiego odruchu i odwracała wzrok od bitego syna. To były ich porażki, ich życiowy brud, który wylewali na mnie, bo byłem pod ręką i nie miałem jak uciec.
Ogromną rolę odegrało też samo napisanie tej książki. Kiedy układasz własną traumę w ramy zdań, kiedy widzisz bohatera z zewnątrz, jak kuli się w deszczu na końcowym przystanku autobusowym z czerwoną pętlą nitki w zaciśniętej dłoni, przestajesz czuć wstyd. Zaczynasz czuć do tego chłopca bezbrzeżne, czyste współczucie, jakiego nikt mu wtedy nie okazał. Widzisz kogoś, kto nie zrobił niczego złego, kto chciał tylko przetrwać i marzył o tym, żeby ktoś położył mu dłoń na ramieniu i powiedział: wiem, że boli, ale jesteś bezpieczny. Wtedy zrozumiałem to ostatecznie: to nigdy, w żadnym stopniu, nie była moja wina. I to nie jest wina żadnego dzieciaka, który dzisiaj siedzi samotnie w zamkniętym pokoju i myśli, że jego istnienie jest pomyłką.
.
.
Książkę można kupić tu: https://allegro.pl/oferta/lukasz-ratajczak-nie-wysylaj-mi-wiecej-wiadomosci-19061983077
.
.

.
.

.
Łukasz Ratajczak – filozof i eseista. Współautor publikacji z zakresu historii filozofii polskiej wydanych nakładem Wydawnictwa Marka Derewieckiego, m.in. „Korespondencji Kazimierza Twardowskiego z Wincentym Lutosławskim” (2017), trzytomowej „Filozofii po ciemnej stronie mocy” (2018-2021), trzytomowych „Dzienników Władysława Tatarkiewicza” (2019-2022) oraz dwutomowej pracy „Izydora Dąmbska (1904-1983). Najlepsza z dobrych” (2024-2025). Autor esejów publikowanych na platformie Medium, poświęconych m.in. queerowości, wycofaniu, dojrzewaniu, zdrowiu psychicznemu i kinu azjatyckiemu. Twórca cykli eseistycznych: „Chronotopie intymności”, „Rzeczy, które mnie wychowały” oraz „Kontrabanda uczucia. Azjatyckie dramy BL jako pole walki o emancypację”.
.
.

.
Marek Podgórski, pedagog z II LO im. R. Traugutta w Częstochowie.
.

.

.
Publikacja ukazała się przy wsparciu Instytutu Książki w ramach programu
wydawniczego Inne Tradycje. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej Nr 3/DF-VII/2026
