Czy można zachować anonimowość w czasach, kiedy wszystko musi być na widoku i na sprzedaż? A tym bardziej w czasach, kiedy artysta musi więcej energii poświęcić na umizgi do odbiorców niż na sam proces tworzenia? Nie tylko można pozostać anonimowym, lecz także sprzedawać dzieła w milionach egzemplarzy i z powodu swojego wyboru zachować szacunek u fanów. Andrzej Zamojski w „Ostatni raz widziałem go z profilu” dowodzi tego na kilku przykładach, doskonale znanych – ale nie z twarzy. W jego brawurowej, skrzącej się humorem powieści bohaterowie tworzą nietypową grupę wsparcia, do której każdy z nas chciałby należeć. Bawcie się dobrze i skręcajcie z zazdrości.
Marta Mizuro
Bohaterów tej brawurowej powieści (przeskakującej z kontynentu na kontynent – Londyn, Nowy Jork, Neapol, Bolonia, Paryż, Sydney, San Francisco i Los Angeles) ) łączy nie tylko ukrywanie własnej tożsamości, ale też osoba eterycznego Thomasa Newtona, jeszcze bardziej tajemniczego niż oni (z kim Wam się kojarzy osobnik o jednym oku piwnym, drugim intensywnie błękitnym?). Wszyscy odnieśli wielki sukces w swoich dziedzinach i jednocześnie są anonimowi. Ale ich też dotyka przemijanie, strata, niepewność. W tym patchworku historii, które się przeplatają i łączą ze sobą, wszystko jest na swoim miejscu i ma znaczenie. Choćby sprawa Nobla dla Pynchona. Zostawcie wszystko, to po prostu trzeba przeczytać, przeżyć, posmakować.
Partnerem Wydawniczym książki jest
Wrocławski Instytut Kultury.