Krytyka literacka. Poezja, proza, literatura współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

Varia [U Giedroycia w cieniu drzew (1998)]
Leszek Budrewicz

 

 

 

Idąc prawą stroną ulicy, można ją minąć, bo na wysokości siedziby Instytutu przy avenue de Poissy 91 po drugiej stronie ulica nazywa się imieniem generała de Gaulle’a. Podparyskie Maisons–Laffitte, gdzie trudno spotkać tak wszechobecnych w samym Paryżu obcokrajowców, wygląda na tle choćby sąsiedniego Nanterre, gdzie zaczęła się w 1968 roku rewolta francuskich studentów, jak leniwie przeciągający się kot.

Gdy byłem tam na początku czerwca, było gorąco, a tamtejsi „podparyżanie” wygrzewali się werandach pokrytych jasnym tynkiem domów, pijąc chłodne wino i podjadając specjały francuskiej kuchni.

Przy wejściu do siedziby „Kultury” – dzięki temu idąc lewą stroną ulicy nie sposób się pomylić – jest tablica pamięci Józefa Czapskiego. Czapski, podobnie jak Zygmunt Hertz, pochowany jest na tutejszym cmentarzu, którego główny akcent to pomnik poświęcony tym młodym ludziom z Maisons–Laffitte, którzy polegli podczas I Wojny Światowej. Na cmentarzu w Maisons–Laffitte można szybko znaleźć każdy grób: lista pochowanych to oprawiony w drewno i szkło spis, podobny do niegdysiejszych wiszących na polskich dworcach kolejowych rozkładów jazdy, które można było wertować jak książki. Nazwisko na takiej liście wygląda jak kartka na probówce.

Dom, w którym do wielu lat żyje „Kultura” jest ocieniony drzewami i na pierwszy rzut oka i po pierwszym dzwonku wydaje się pusty. Oznaką życia, kiedy zadzwonić drugi raz, jest szczekanie psa Faxa. Pies sławą dorównuje w polskim Paryżu redaktorom „Kultury”, bo ten nieokreślonej rasy chyba trochę spaniel, atakuje ze złością wychodzących i zawsze tylko wychodzących. Raz nawet ugryzł mocno samego Jerzego Giedroycia. Po prostu pies ten jest regularnym świrem. Wszędzie w środku wiszą rysunki i obrazy Józefa Czapskiego, a w gabinecie po lewej siedzi Redaktor.

Nie sposób, wchodząc tu, nie poczuć oddechu historii, ale Jerzy Giedroyc każe otrząsnąć się z tego natychmiast, przechodząc do aktualnych spraw krajowych. Właśnie to, co dzieje się w Polsce, interesuje niezmienie redaktora (tak mówią o nim jego młodsi współpracownicy, w tym określeniu kryje się rodzaj hołdu, to tak, jakby na świecie nie było już innych redaktorów). Giedroyc denerwuje się, kiedy mówi o Czarneckim i odebraniu Polsce 34 milionów Ecu, zapala papierosa, kiedy przypomina sobie o sytuacji polskiego rolnictwa, a „włosy stają mu dęba”, gdy zaczyna mówić o polskiej klasie politycznej. Nie wiadomo, po co kręci się – jego zdaniem – „Ogniem i mieczem”, a w stosunkach polsko–ukraińskich można by zrobić dużo więcej dobrego. W jego oczach wygląda to źle i dzieje się zbyt wolno. Jest niecierpliwy i wszystko dzieje się w jego oczach źle i zbyt wolno.

Kiedy wstanie,  widać że chodzenie to już dla niego duży wysiłek. Ale siedząc w swoim gabinecie, jest szybko i ostro analizującym sytuację w kraju Jerzym Giedroyciem. „Polska nierządem stoi”, napisał w Notatkach redaktora w jednym z ostatnich numerów „Kultury” i nie daje się przekonać, że w niektórych sprawach jesteśmy „bliżej, niż dalej”. Giedroyc nie boi się rzucać kolejnych wyzwań, z których największym dla jego wielbicieli była atencja dla prezydenta Kwaśniewskiego, przez którą śmiertelnie się pokłócił z wieloletnim przyjacielem i współpracownikiem „Kultury”, Gustawem Herlingiem-Grudzińskim. Co to jednak za kłótnia w porównaniu z tym, co się rozpętało, gdy Giedroyc powiedział zaraz po wojnie, będąc przecież na emigracji, że o powrocie do Wilna i Lwowa trzeba zapomnieć, albo gdy kilka lat później przyjął z otwartymi ramionami dopiero co uciekającego z paryskiej peerelowskiej ambasady Czesława Miłosza, podwójnie wtedy wyklętego, i przez komunistów, i przez emigrację.

„Książę” chodzi powoli, ale jego umysł nadal jak żyleta. Na nieśmiałą uwagę, że pali za dużo (w czasie rozmowy zapalał jednego papierosa za drugim) mówi, że „Nie wolno poddawać się tej medialnej histerii na temat szkodliwości palenia”.

Wychodzenie z Maisons- Laffitte to skomplikowana operacja: pani Zofia Hertz dziwi się, że na tak krótko, choć rozmowa umówiona na trzy kwadranse trwała dwie godziny.

 Faxa trzeba zamknąć, bo zaraz może zaatakować.

Na końcu stoi się chwilę w przedpokoju, żeby jeszcze tu „sobie pobyć”, wykorzystując to, że gospodarze rękami „młodszego personelu” wygrzebują przygotowane dla gości egzemplarze „Kultury” i kolejnych „Zeszytów Historycznych”. Na pożegnanie mówię im, jak ważna była dla mnie i całego pokolenia ich praca. Słyszeli to już wiele razy, ale uśmiechają się, a może nawet śmieją. Z całego zespołu, który stworzył „Kulturę”, zostało już tylko tych dwoje starszych dziś ludzi. Redaktor nie przewiduje kontynuowania wydawania miesięcznika po swojej śmierci.

Co raz to spotykam kogoś, kto mówi, że „Kultura” to zamknięty rozdział.

Otwierając jednak kilka ostatnich jej wydań, można od razu na kilka rzeczy się tak zdenerwować, że nie ma wątpliwości co do żywotności pisma. Także dzięki Mariuszowi Wilkowi i Andrzejowi Stachowi, Wrocławianom, którzy są dziś rozproszeni po świecie (jeden w syberyjskich Sołowkach, drugi w Berlinie), ale spotykają się na stronach miesięcznika.

„Spokój tu teraz, spokój” – mówi pani Zofia, odprowadzając mnie do furtki, a z bocznej ulicy, stukając o asfalt, wyjeżdżają stępa młodzi jeźdźcy i amazonki, robiąc koło w kierunku tutejszego toru wyścigów konnych. W Maisons-Laffitte niedługo kolejne gonitwy, na które tutejsi wyjrzą na chwilę ze swoich ogródków z grillami, a samochodami i pociągami ściągną tu hałaśliwi paryżanie.

Leszek Budrewicz

 

 

Poezja współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

 

Leszek Budrewicz (lat 65), były waterpolista, były związkowiec, były bezdomny. Poeta, dziennikarz i wykładowca.
W PRL odmówił złożenia przysięgi wojskowej, w stanie wojennym poszukiwany listem gończym za działalność w Solidarności, jeden w przywódców Ruchu „Wolność i Pokój”, który doprowadził w PRL do wprowadzenia cywilnej służby zastępczej poborowych z powodów sumienia i prowadził akcje na rzecz wycofania wojsk sowieckich z Polski.
Za reportaż z powodzi stulecia we Wrocławiu w 1997 dostał nagrodę miesięcznika „Odra”, także nagrodę miejską za artykuły o tysiącleciu Wrocławia. Wydał pięć tomów wierszy, siedem arkuszy poetyckich, zbiór opowiadań, książkę wspomnieniową.
Zorganizował comiesięczne czytanie poezji Leśmiana na wrocławskim Rynku po tym, jak poeta został pominięty przez PiS w programach kulturalnych w rocznicę urodzenia i śmierci.
Organizator pomocy dla Sarajewa w czasie wojny na Bałkanach i Polakom na Litwie. Także akcji na rzecz prześladowanych na Białorusi i w Hongkongu.

PODZIEL SIĘ

Do góry