Rodzina jest jak gałęzie drzewa. Wszyscy rośniemy w innych kierunkach,
lecz zawsze łączą nas korzenie.
H. Niemczynow
“The late show with Stephen Colbert”, jeden z amerykańskich programów typu talk show. Do studia wchodzi uśmiechnięty, zarumieniony i bardzo przejęty długowłosy mężczyzna w średnim wieku, który prowadzi pod rękę niemal o głowę niższą, starszą kobietę – swoją matkę. Oboje mają ciepłe, rozpromienione niczym lampki na choince oczy. Kim jest ten facet o wyrazie twarzy małego chłopca, dumnego ze swojej mamy i zapatrzonego w nią jak w obrazek? Od razu zaznaczam, że nie ma tu nic z „mamińsyństwa”. Jest rycerskość, szacunek i miłość, jest przyjaźń i czułość, którą widać i czuć na kilometr. Mężczyzna to Dave Grohl, perkusista Nirvany, frontman Foo Fighters, kobieta to Virgina Grohl, emerytowana nauczycielka, autorka książki o matkach gwiazd rocka: From Cradle to Stage.
Skąd w nich tyle ciepła? Zawsze rozmawialiśmy, mówią zgodnie. Virginia, samotna matka, wspierała syna nawet wtedy, gdy ten w wieku 17 lat postanowił rzucić szkołę i dołączyć do punkrockowego zespołu Scream. Dała mi życie nie raz, lecz dwa razy, za drugim razem ofiarowując mi wolność, żebym mógł zostać tym, kim chciałem być. Pozwoliła mi pójść za przeznaczeniem. Wierzyła we mnie, dzięki czemu miałem odwagę i siłę, żeby w siebie uwierzyć. Żyła z pasją i determinacją i nauczyła mnie żyć tak samo. Kochała mnie bezwarunkowo i nauczyła bezwarunkowo kochać innych. (…) Zawsze była dla mnie największą bohaterką i największą inspiracją. Zawdzięczam jej wszystko” – napisał Grohl w The Storyteller. Opowieści o życiu i muzyce. Pamiętam, że w dzieciństwie, kiedy jechaliśmy razem autem, często śpiewaliśmy, opowiada. Były harmonie w czasie wspólnych przejażdżek, jest harmonia w życiu. Piękna, zdrowa, relacja syna z matką.
Rok 2016, Duncan Jones, wtedy 44-latek, opowiada z ciepłem i serdecznością o swoim zmarłym ojcu. O wspólnie spędzanym czasie, podróżach, filmach: Tata zabierał mnie tu, tata nauczył mnie tamtego… Co w tym dziwnego? Nic. Ale ten tata, którego opisuje z takim uczuciem i przywiązaniem, to David Bowie. Piękna, zdrowa relacja syna z ojcem. Ich wspólne fotografie mówią zresztą same za siebie. Podobnie wywiady, gdzie zarówno David, jak i Duncan nie kryją bliskości i serdeczności wobec siebie. Mój syn pomógł mi dorosnąć w niewiarygodny sposób. Co więcej, uczy mnie entuzjazmu, że świat jest taki duży i wszystko jest możliwe – ojciec. Gdybym nauczył moje dzieci niektórych z tych rzeczy, których tata nauczył mnie, świat byłby na właściwym miejscu – syn.
Z rodziną bywa jak z dużym obrazem, z oddali piękny, a z bliska bazgroły, chaos. Czasem tę dal tworzy przeszłość. Patrząc wstecz, idealizujemy. Rodzice zawsze potrafili powstrzymać świat rzeczy przed rozpadem. Mama skwapliwie sprzątała kurze z szaf, a tata naprawiał domowe sprzęty, zmieniał boazerię. (…) Powracam więc do uśmiechu moich rodziców, jak do ogrodu. Marcin Orliński.
Dlaczego dom rodzinny widać choć go nie ma i lampę co zgaszono trzydzieści lat temu (…) czemu ci co odeszli są bardziej obecni? pyta z kolei ks. Jan Twardowski w wierszu Wszystko co dawne.
Jest wiele stereotypowych definicji rodziny np. że jest to schronienie, które daje poczucie bezpieczeństwa. Tak powinno być, ale często nie jest. Rodzina to komórka – społeczna, i komórka, jako żywy organizm. Czasem ciasna. Nierzadko zniewalająca. W języku polskim dla mnie to słowo brzmi jakby było ulepione z plasteliny lub gliny, dociskane w dłoni ze wszystkich stron, żeby tylko się nie rozkleiło, jak pierożek. Bożonarodzeniowy. Więzy rodzinne to jednocześnie coś pozytywnego, co daje wrażenie przynależności i stabilności, ale i coś strasznego. Coś, co odbiera wolność.
Film Krew z krwi, kość z kości. (Flesh and bone): Arlis, samotnik, na którym dramatyczne przeżycia z dzieciństwa – morderstwo, którego był świadkiem, popełnione przez ojca – odcisnęły głębokie piętno. Czy ucieknie od tej przeszłości? Czy jest inny niż swój ojciec? Czy rodzina nas determinuje? Geny?
Klonalne rodziny występują w przyrodzie: niektóre rośliny rozmnażają się, tworząc genetycznie identyczne potomstwo. Na przykład „dzieci” drzewa klonowego mogą wywodzić się z jednego korzenia, tworząc rozległe klonalne rodziny. Te drzewa są ze sobą spokrewnione na poziomie genetycznym. A jak jest u ludzi? “Wykapany” ojciec, „wykapana” matka? Raczej nie. Myślę, że są to jednak przerysowane określenia.
Czy zawsze niedaleko pada jabłko od jabłoni? Nie. Zdarza mu się przecież potoczyć gdzieś dalej. I czasem tak jest lepiej. Józef Tischner: Oto matka przygląda się własnej córce i odkrywa w niej… siebie. Oto ojciec patrzy na syna i widzi… siebie. A jednak pomimo podobieństw są istotne różnice.
Za słowem rodzina czasem jak Buka zza drzewa wysuwają się zaborczość, chore relacje, uzależnianie: Zaczynam się ciebie bać, na wszystko rzucasz cień. (MP) Krewni... Ich brak radości życia wywołuje u mnie absurdalne poczucie winy podobne do tego, że wychodzę ze sklepu nic nie kupując lub że kierowca autobusu zjeżdża z głównej drogi na przystanek a ja nie wsiadam Kiedy ci o tym piszę za oknem na świerku przysiada mama Arabeli (MP).
W niektórych domach jest bardzo źle. Niezdrowo jak w budkach z fast foodem. Czarownica w dziupli miesza mikstury, od których szczypią ich oczy i płaczą w milczeniu a czasem tylko zaciskają pięści Ona się garbi i ubiera w pajęczyny rzuca na nich czar Jak się uwolnić? Ją? Kiedyś przecież była czyjąś królewną (MP).
Bracia Karamazow – gruby tom pióra Fiodora Dostojewskiego, na wskroś przesiąknięty ciężkimi relacjami między ojcem a braćmi, między samymi braćmi. Trudne związki, konflikty, brak więzi.
Rodziny, nawet koszmarne, nawet te Adamsów czy Soprano, często trzymają się razem. Nie można stracić rodziny wyznaje matce Don Corleone, głowa jednej z nowojorskich mafijnych familii, tytułowy Ojciec Chrzestny. W przestępczym klanie Corleonów, rodzina to lojalność, zdrada i walka o przetrwanie i jej członków trzyma się razem. Ręką na spuście.
Pół życia nie znamy przyszłej rodziny, nie mamy pojęcia o ludziach, którzy staną się dla nas najważniejsi, nawet o nich nie śniliśmy. Stworzyć rodzinę to chyba najtrudniejsze zadanie. Nie zbudować dom, czy posadzić drzewo. Być może dlatego, że skupiamy się nie na tym co trzeba. Na cegłach, trawnikach, dywanach, fotowoltaikach i innych cudach. A ile razy rozpada się od środka? Bo nie scementowaliśmy jej wystarczająco dobrze miłością.
Skąd nieudolność? Bo przeważnie nikt nas tego nie uczy. Powielamy błędy, które widzieliśmy w dzieciństwie. Piosenka Cat’s in the cradle. Ojciec nigdy nie ma czasu dla syna. Kiedy jest już stary, syn nie ma czasu dla niego: He’d grown up just like me My boy was just like me…
I’m my father’s daughter śpiewa Olivia Vedder, Come hell or high water. I dalej: Never gonna leave him Despite the rights or wrongs I’ve got you and I hope that you know (soundtarck do filmu Dzień flagi w reżyserii Seana Penna, o ojcu, który okazał się przestępcą – fałszerzem, a jego córka, mimo wszystko próbuje zachować z nim relacje.
W ilu rodzinach jest tak, że się kochamy, ale nie lubimy? Dźgamy się. Myślą, słowem, uczynkiem i zaniedbaniem. Podstawiamy sobie nogi.
Mała Miss (Little Miss Sunshine)- kolejny film: dysfunkcyjna rodzina zbiera się razem, by zrealizować marzenie najmłodszej latorośli, Olive, o udziale w konkursie piękności. Wyruszają we wspólną podróż, która najpierw ich obnaża, rozdziera, a w ostateczności bardzo zbliża. Uczą się siebie. Udawajmy, że jesteśmy normalni! w filmie wykrzyczane w akcie desperacji, gdy policjant z drogówki zatrzymuje van, którym podróżują (z trupem dziadka!), mogłoby posłużyć za motto wielu rodzin.
W nieco podobnym tonie wybrzmiewa Wizyta u April (Pieces of April). Tu wyalienowana dziewczyna o imieniu April, wyrzutek, czarna owca, zaprasza swoją konserwatywną rodzinę na święto dziękczynienia do siebie, do Nowego Jorku. Przez całą drogę jej bliscy nie potrafią sobie przypomnieć ani jednej dobrej rzeczy, ani jednego dobrego wspomnienia o April. Ich podróż to jedna wielka katastrofa, z przodu rodzice, z tyłu ściśnięci na jednym siedzeniu brat, siostra i babcia. W aucie kłębi się od negatywnych emocji, żalów i pretensji. A jednak w końcu zjedzą tę świąteczną kolację. Bo I have always loved you. In my way… Może właśnie to jest normalne? Nieudolność? Może trzeba się z nią niejako pogodzić, przyznać, że jest, a dopiero potem można sobie z nią radzić?
Polski serial Rodzinka.pl też na tym bazuje, na nieudolności, śmieje się z niej, czasem przez łzy. I to też jest dobra lekcja. Że nie trzeba być idealnym. Że można czasem zamieść śmieci pod dywan i jest OK. Jest porządek.
Dzieci, jak ładnie posprzątaliście swój pokój! chwalę moje latorośle, tym bardziej, że spodziewamy się gości. Na co mały filozof: Ale ci, co tu przyjdą, nie będą tego wiedzieli. Oni będą myśleć, że tu zawsze tak było…
Wychowanie do życia, jako przedmiot nauczania w naszych szkołach to abstrakcja. O, widzę, że masz piątkę z WDŻ? zapytałam kiedyś moją (wtedy) licealistkę, oglądając świadectwo. Tak, mieliśmy dwie lekcje w roku. A przecież powinny to być jedne z najważniejszych zajęć! Nauczanie relacji, bycia w związku, dawania sobie przestrzeni, okazywania szacunku. Jest szkoła rodzenia, gdzie poznajemy tajniki pielęgnacji niemowlęcia. OK, ale co potem? A co, jeśli w całym procesie wychowawczym to jest najłatwiejsze, ta opieka nad niemowlęciem czy małym brzdącem?
Czytałam poradniki dla rodziców 1, 2, 3-latków, magazyny “Mamo to ja”, “Mam dziecko” – a co potem? Jaki jest wybór? Chyba dużo mniejszy! Ja znalazłam “Rozmowy o wartościach”, z których wykorzystałam kilka pomysłów w naszym życiu. (Próbując załagodzić konflikt – Co powiesz dobrego o bracie? Nie wiem, nie znam go z tej strony – wciąż nadąsana córka.) Osobiście gorąco polecam Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły Adele Faber, Elaine Mazlish – jest to jedna z lepszych książek w tym temacie!
Ja szukałam podpowiedzi. Ale nie każdy tak robi: Jean Liedloff: Wstydziłabym się przyznać przed Indianami, że tam, skąd pochodzę, kobiety czują się niezdolne do wychowywania dzieci, jeśli nie przeczytają instrukcji w książce napisanej przez obcego mężczyznę.
Kiedy moje dzieci były małe, oglądałam programy typu Superniania, które dla mnie były źródłem kilku cennych wskazówek, (i w konsekwencji zwycięstw) np. że będąc na placu zabaw, nie zrywamy się nagle, mówiąc Do domu! tylko np. Jeszcze 5 zjazdów na ślizgawce i pójdziemy. Albo że dajemy maluchom ograniczony wybór: Zielone skarpetki czy czerwone? a nie: Które chcesz? Albo z tym zdjęciem naszego miłego, słodkiego dzieciaczka umieszczonym w newralgicznym miejscu, żeby gdy nas rozzłości, zajdzie nam za skórę tak, że przypominają się różne teksty zasłyszane tu i tam, adekwatne do zaognionej sytuacji typu: Nogi ci z tyłka powyrywam! czy wręcz: Ukatrupię! Wystarczy popatrzeć i się uspokoić. Głupie zdania pozostają w głowie, nie wydostają się na zewnątrz. Sweet child of mine… A przecież to działa nie tylko z dziećmi. Romantyczna wspólna fotka, uśmiechnięty ukochany/a. I serce mięknie. A złość rozprasza się w powietrzu.
No i przecież te domowe awantury to przeważnie robienie z igieł wideł. Ileż razy lepiej jest policzyć do trzech? I odpuścić. Bo często nic takiego się nie stało. Mała dziewczynka rozlała sok pomarańczowy na obrus. Mamusiu, wylał się sok. Ale to nic nie szkodzi. Na widok mojego szybko marszczącego się czoła. I co robisz taką minę?
I może to sen, nie jawa? Mały chłopczyk w czasie kąpieli zalał pół łazienki. Stanęłam w drzwiach. I zobaczyłam najpierw całkiem mokre dywaniki. A zaraz potem wielkie kałuże. W zasadzie można się było w tym popluskać. Starsza o trzy lata córka, widząc moją grobową minę, powiedziała szybko: Nie martw się mamo. Może to wszystko ci się tylko śni?
Tak często brakuje nam dystansu do błahych spraw, złościmy się bez powodu. A czasem przecież wystarczy muzyka relaksacyjna, śpiew ptaków, spacer, oddalenie się na chwilę. „Trzeba od czasu do czasu przewietrzyć rodzinę”. Tove Jansson, Zima Muminków.
Poza tym złość rodzinie szkodzi. Ubierz kapcie!!! mówię (krzyczę) po raz piąty. Przestań mamo. Pamiętasz, co czytałem w książce księdza Twardowskiego? Jak się człowiek złości, to się robi coraz brzydszy! Uczmy dzieci życia. I uczmy się życia od nich. To dobra wymiana.
Tak tak, rodzina to rzadko sielskość typu Boso Bolek, mama, tato, Boso Bobik, bo to lato. Boso mama, boso tata I motylek boso lata. Sielskość z katalogów czy gazetek promocyjnych znanych sklepów. Nawet w bajkach nie ma dobrych rodzin, są złe macochy, wredne siostry. W Biblii źli bracia, którzy sprzedali Józefa. Salome żądająca głowy Jana Chrzciciela. Kain… Domu, rodziny trzeba się nauczyć, samo raczej nie przyjdzie. Trzeba umieć ją pielęgnować jak ogródek. To nie będzie tak jak u Dorotki z Kansas, że tupniemy czerwonymi bucikami i będziemy w domu. Serdecznym, przytulnym. Zdrowe relacje to często kwestia właściwego żonglowania słowami. Niektóre warto przytrzymać dłużej w dłoni, niektóre schować. Rozgnieść i wyrzucić.
Sięgajmy po magiczne formuły. Eliksiry. Zamiast w złości: Ugotuj obiad, bo ja jestem zmęczona, a ty też możesz czy nie lepiej Ty robisz taki pyszny gulasz… Tak, to jest pewien rodzaj manipulacji, ale w dobrej intencji. Cel uświęca środki. W drewnianej chacie znalazłam kiedyś makatę z wyhaftowaną taką oto sekwencją „Dobra gospodyni dom wesołym czyni”. Zrobiłam jej zdjęcie. Także w sercu – przypominam sobie te słowa w ważnych momentach, czyli często. Kiedy wskutek spięcia braknie prądu i jasności umysłu, są jak pochodnia.
Zerknijmy na zdrady: Nie każdy mężczyzna przecież to kobieciarz, czy nie każda kobieta to „znudzona żona szukająca wrażeń”. Nie dbamy o siebie, odpychamy się nawzajem, odstawiamy na bok, zbyt często boli głowa itd. A przecież potrzebujemy bliskości. Jude Law w filmie Rozstania i powroty (Breaking and Entering) wyznał Szukałem miłości poza domem. Bo tak się złożyło, że w domu jej zabrakło. Jak sam tytuł wskazuje, tu był powrót.
W wielu domach słyszymy: Mamo to, mamo tamto. I nierzadko taką odpowiedz mamy: Daj mi spokój! Kiedyś koleżanka z pracy powiedziała przy rozmowie na ten temat, No ale do kogo to dziecko ma mówić mamo, jak nie do mnie? Muszę go wysłuchać, mimo zmęczenia. Jestem jej za to wdzięczna, bo wtedy mnie to poraziło jak uderzenie pioruna. I skutki odczuwam do dziś. Pozytywne.
Poza tym trzeba sobie czasem odpuścić perfekcję. Jestem dobrą matką, kiedy ścieram ziemniaki na tarce i przy okazji palce, robiąc dzieciom placki ziemniaczane. Jestem dobrą matką, kiedy wkładam do piekarnika gotowe placki z hipermarketu.
Najsłynniejsza rodzina biblijna to patchworkowa rodzina. Najświętsza rodzina. Ach, mieć taką skromność, pokorę, wdzięczność za najskromniejszy dach nad głową, ufność i wiarę w gwiazdę betlejemską i w anioły!
Zwierzęta też tworzą rodziny. Taka na przykład nasza kotka Denver i jej dzieci Gerwazy i Amber (taka Cesia). Sama miłość i tkliwość! Nikt nie miał sumienia ich rozdzielać. Dlatego, mimo iż chcieliśmy mieć tylko jednego kota, mieliśmy całą trójkę. Nasz obecny kot Kajtek, trafił do nas, gdy był bardzo mały. Nie lubi się przytulać, potrafi gryźć. A jednak jest bardzo „za nami”, czasem nie odstępuje nas na krok. Dziś np. obudził mnie polizaniem w nos. Zastanawiam się chwilami czy „myśli” że jest małym człowieczkiem, czy też, że my jesteśmy wielkimi kotami 😊
Bociany tworzą krótkotrwałe rodziny – tylko na czas lęgów. I to, co bierzemy za ich wzajemność wierność, jest w istocie wiernością swojemu gniazdu. Jedynym gatunkiem tworzącym całkowicie związek monogamiczny jest przywra Diplozoon paradoxum, która pasożytuje na rybach słodkowodnych. Dwa osobniki tego gatunku zrastają się ze sobą na całe życie. Bobry tworzą rodzinę wielopokoleniową: para dorosłych rodziców oraz potomstwo: 2-4 tegoroczne i 2-3 osobniki z poprzedniego miotu, a czasami jeszcze starsze, które pomaga rodzicom w opiece nad najmłodszymi.
Kiedy spada śnieg i wieje biały wiatr, samotny wilk umiera, ale stado przeżyje. Latem jest pora na kłótnie. Zimą natomiast musimy chronić się nawzajem, ogrzewać, dzielić myślami George R.R. Martin, Gra o tron.
Ciemna cela, mężczyzna, który kiedyś przypominał księcia ze Shreka, siedzi brudny na ziemi, przykuty kajdanami, obok niego karzeł, który przeszedł go uwolnić. Bracia Tyrion i Jaime Lannister. Gdyby nie ty, nie przeżyłbym dzieciństwa, ty jedyny nie traktowałeś mnie jak potwora, byłeś wszystkim, co miałem. Jedyna dobra relacja w tej rodzinie. Bracia lwie serce, można by powiedzieć. Jak w tej pięknej opowieści Astrid Lindgren o braterskiej miłości Karola i Jonatana. O odwadze, poświęceniu, pokonywaniu własnych słabości, o trudnych wyborach.
Nie mamy dla siebie czasu, żyjemy obok, każde w swoim pokoju, jeśli go posiada, lub po prostu w swoim świecie. Smutny jest brak wspólnych posiłków. Dystans. Brak czasu i chęci. Brak podjęcia wysiłku. Kiedyś razem wieczorem klękaliśmy do modlitwy. Czytaliśmy dzieciom na dobranoc. Teraz dzieci są duże. Trudno jest utrzymać bliskość. Trudno znaleźć złoty środek, bo przecież trzeba im dać przestrzeń.
Richard Louv Jestem rodzicem-kolibrem. Unoszę się w pobliżu, ale nie nad moimi dziećmi. Pozostaję w wystarczającej odległości, by pozwolić im odkrywać i uczyć się rozwiązywania problemów. Przylatuję tylko, kiedy zagrożone jest ich bezpieczeństwo lub życie.
Skłaniam się ku myśli, że szczęśliwe domowe środowisko to zbiorowa samotność kilku wybranych dusz. (Georges Duhamel). Każdy musi mieć swoją przestrzeń, swoje spacery nad morzem. Trzeba od czasu do czasu przewietrzyć rodzinę. Tove Jansson, Zima Muminków. W czasie pobytu w Gdyni zdarzało się, że wychodziliśmy osobno, zwłaszcza wcześnie rano. Mąż wstawał pierwszy i bardzo sobie cenił poranne spacery brzegiem morza. Czasem podczas takich wyjść spotykaliśmy się, jakby przypadkiem, co było miłe.
Razem, ale osobno, osobno, ale razem. R.O.D.Z.I.N.A. W granicach. Od R do a. Potrzebna jest przestrzeń, wspólna i osobna. Można powiedzieć, że trzeba się czasem nie widzieć, żeby się nie nienawidzić. Podobnie z rodzicami, rodzeństwem, kuzynostwem, wujostwem itp. itd. Szczęściem jest mieć dużą, kochającą, troskliwą, blisko związaną rodzinę… w innym mieście. George Burns.
Wtrącanie się, kontrola, Co robisz? Gdzie idziesz? O czym myślisz? Zaborczość. Egoizm. Nie pozwalamy dzieciom na coś, bo się boimy. Nie biegaj, bo wpadniesz pod konie. Nie biegaj, bo się spocisz. Nie biegaj, bo się zabłocisz. Nie biegaj, bo mnie głowa boli” (…) I cała potworna maszyna pracuje długie lata, by kruszyć wolę, miąć energię, spalać siłę dziecka na swąd. Janusz Korczak.
Czy warto się poświęcać jak Ojciec Goriot dla swoich niewdzięcznych, samolubnych córek? Co więcej, nie jest on przecież bez winy, sam wychował sobie bestie, rozpieścił je, idealizował. Obdarował prezentami, pieniędzmi, obsesyjną miłością rodzicielską, która choć chwilami wzrusza, to przecież jest chora. To nie tylko literatura, taką Delfinę czy Anastazję można spotkać wszędzie.
Rodzina Weasleyów, wielodzietna, wspierająca się, kochająca, ze skarpetkami i swetrami na święta. Może taka wydawała się Harremu, wychowanemu bez rodziców, u nieprzyjaznych mu krewnych, którzy zajmowali się nim tylko z poczucia obowiązku.
Jak to jest, że tak często jesteśmy mili, uprzejmi dla obcych nam ludzi, którzy nic dla nas nie znaczą i których często nigdy więcej nie spotkamy oprócz tej windy, sklepu, pociągu kolejki do lekarza. A tak opryskliwi, nieprzyjemni, wręcz okrutni dla tych, których kochamy, którzy są dla nas całym światem?
Mamo, ty byłaś niegrzeczna, jak byłaś mała, że babcia ci tak dogaduje? Zapytała kiedyś swoją mamę bystra mała dziewczynka.
Rodzina. Jeszcze ponad 20 lat temu nie miałam o nich pojęcia. O mężu, nie mówiąc już o dzieciach. A dziś to oni są najważniejsi. Bez nich nie chcę być.
Na wakacjach szczęśliwe rodziny można zobaczyć przeważnie tylko na zdjęciach (obecnie chętnie nachalnie umieszczanych w mediach społecznościowych). A co dzieje się przed i po? Nierzadko źle dzieje się. Wystarczy popatrzeć trochę wkoło, w restauracjach, na plażach, kłótnie, spięcia, dąsania. Szarpania, brak cierpliwości. Nierzadko alkohol, nerwy. Ludzie nie potrafią ze sobą być. Dorośli nie są do końca dorośli. Nie trzeba sięgać do wakacji.
Sama niedziela obnaża braki w relacjach. Rodzice nie są w pracy, dzieci nie są w szkole. Co ze sobą robić przez tyle godzin? Mem po kowidowych lockdownach: Mamo, ale szkoła zaczyna się dopiero w przyszłym tygodniu! Wiem, wiem, po prostu powolutku sobie idźcie...
Czasem, żeby się odnaleźć, gdy np. z takiego czy innego powodu lękam się o moich bliskich – oddalam się w myślach od nich i wracam do siebie wędrującej po pszczyńskim parku o piątej rano albo jeszcze dalej, do czasów, gdy słońce mieszkało w górnym, najczęściej lewym rogu kartki. Było półokręgiem, z którego rozchodziły się promienie. Często się uśmiechało. Niebo było niebieskim paskiem u góry kartki.
Mały chłopczyk sennym głosem. Wiesz, mamusiu, co mi się teraz za obrazek okazał, jak zamknąłem oczy? Ty, jak się tak uśmiechasz! I masz dookoła twarzy promyki. Jak słoneczko.
Mała dziewczynka patrzy z rozmarzeniem na brzuch mamy, w którym ta nosi jej braciszka: Ja też tam kiedyś byłam, i było mi ciepło i miło, i myślałam sobie: Gdzie tu jest jakieś wyjście?
Znam dobre rodziny. Z dobrymi relacjami, to co boli, to to, że nie jest to standard. Że to raczej rzadkość. Ale nic nie przychodzi samo, wszystkiego trzeba się uczyć. Niektórym jest łatwiej, tak jak ze zdolnościami językowymi. Szczęśliwie posiadają talent do języka miłości, inni nie. Niektórzy mają to zakodowane, odtwarzają dobre wzorce, które sami widzieli w dzieciństwie, lub zwyczajnie mają to w krwiobiegu, w genach. Inni nauczyli się z książek, filmów. Z siły woli.
Rodzina zmienia się. To nic stałego. Upływ czasu sprawia, że dzieci każdego roku, choć te same, to są jednak inne. Przede wszystkim fizycznie, ale nie tylko. Jak się w tym odnaleźć?
Że jestem mamą niemowlęcia, dwulatka, nastolatka, dorosłego dziecka, a raczej, że to jest ta sama osoba, którą pokochałam od pierwszego bicia serca na USG. Przecież wygląda inaczej, mówi inaczej, i to wszystko tak szybko się zmienia.
Dziś jest nam łatwiej, bo mamy mnóstwo zdjęć i filmików. Możemy wracać wspomnieniami. Rodzi się dziecko. Rodzice mówią: mamy dziecko, dziecko jest nasze. Ale im więcej upływa czasu, im bardziej rośnie to dziecko, tym mniej jest nasze. W gruncie rzeczy wzrost dziecka jest nieustanną utratą dziecka. Rodzice mają po to, żeby stracić. Józef Tischner.
Nie komunikujemy swoich potrzeb, oczekując, że domownicy sami się domyślą. Bierzemy na siebie za dużo obowiązków, za dużo ciężarów do udźwignięcia, co rodzi frustrację. Bywamy jak ta nasza mała jabłonka, która tego roku dźwiga tak wiele jabłek, że aż ją złamały.
W jakimś mądrym programie lub książce przeczytałam, żeby w miarę możliwości “delegate” różne prace domowe. To było po angielsku, dlatego teraz często, gdy sięgam po pranie do rozwieszenia czy śmieci do wyniesienia, to słowo rozbrzmiewa w mojej głowie, delegate… i zatrzymuję się, proszę jedno czy drugie dziecko o zrobienie tej prostej czynności. Oddelegowuję zajęcia. Przeważnie nie ma z tym problemu. Wystarczy powiedzieć. Poprosić. Normalnym, przyjaznym tonem. Mógłbyś/mogłabyś rozwiesić pranie, mogłabym w tym czasie zająć się obiadem? Dzięki! Może, żeby życie rodzinne było dobrą bajką, wypada nauczyć się kilku sztuczek, zaklęć.
Pewne rzeczy mamy zakodowane w genach, w pamięci, chociaż o tym nie wiemy. Jak ja tę melodię, której nie potrafię zapisać ani powiedzieć komuś, jak ją zagrać, ale moje palce ją pamiętają – czasem biorę gitarę po dłuższej przewie i najpierw nie wychodzi, zamykam oczy, próbuję jeszcze raz i jeszcze, aż wraca. Sama. Bo jest zapisana w opuszkach palców. W sercu. W krwiobiegu.
Bywają rodziny, których członkowie żyją ze sobą jak pies z kotem. A mimo to się kochają, taka jest ich miłość. Na dobre i na złe, nierzadko tylko na złe – bo jednoczą się jedynie wobec nieszczęść. Ileż rodzin spotyka się najczęściej na pogrzebach!
Jabłonka w końcu zmądrzała, jeszcze w lipcu zrzuciła część jabłek. (Owoce będą dobre dopiero na jesień). I w ten sposób ocaliła resztę gałęzi. Uratowała się przed złamaniem. Załamaniem. Zrzuciła z siebie część obowiązków. Można powiedzieć “dojrzała”.
Spójrzmy inaczej na obraz rodziny: czasem pod wierzchnią warstwą obrazu kryje się kolejna. Wprawny konserwator potrafi do niej dotrzeć. To nasi przodkowie.
Bez ustanku pracują we mnie ręce moich przodków wąskie silne kościste ręce nawykłe do prowadzenia wierzchowca (…) Co chcą powiedzieć ręce moich przodków Oliwkowe ręce z zaświatów Pewnie bym się nie poddał Więc pracują we mnie jak w cieście Z którego ma być ciemny chleb. Zbigniew Herbert, Ręce moich przodków
Oto przyglądam się jakby z zewnątrz sobie samej, podczas różnych prac domowych, podczas sprzątania, gotowania i nagle widzę babcię, mamę, w sobie. W swoich gestach, ruchach, sposobie pochylania się, w mimice twarzy, w marszczeniu czoła.
Rodzina Dave’a nie była kompletna, nie miał dobrych relacji z ojcem, dopiero w życiu dorosłym potrafili do siebie dotrzeć. Duncan nie widuje się i nie rozmawia z matką, odkąd skończył 13 lat. Przeciął toksyczną relację.
David Bowie stworzył szczęśliwą rodzinę dopiero z drugą żoną, Iman. (Duncan był nawet drużbą na ślubie taty).
Cóż, nawet skarpetki nie wiedzą czy całe życie będą parą, to wychodzi w praniu (pojawiło się dziś ni stąd ni zowąd na fbooku).
W tak zwanym show-biznesie bywają szczęśliwe kompletne rodziny. Bywają takowe obok nas. Największym problemem jest według mnie nieumiejętność rozmawiania, wysławiania się, radzenia sobie z emocjami. Nie potrafimy ich rozpoznać, nazywać, nie pozwalamy sobie na niektóre z nich, nie pozwalamy innym. A przecież złość jest OK, ale trzymana w kagańcu, poskromiona, gdy przy bliźnim, spuszczona na smyczy tam, gdzie nikomu nie zagraża. Uczymy się w szkole rozwiązywać równania z niewiadomymi, a nie radzenia sobie z emocjami.
Rodzina, odpowiedzialność, wspólnota mogą przerastać. Matka z filmu i książki Godziny, odchodzi. Znika, opuszcza bliskich, bo to dla niej jedyne wyjście. Została niejako uwikłana w rodzinę i żeby ocaleć, musi odejść. Zostawić dom. Słyszałam też o kobiecie, która uciekła, gdy wszystko było dobrze. Ale bała się, że tak nie będzie zawsze. Uciekła, żeby nigdy nie cierpieć. Jak napisała w liście pożegnalnym – zanim jej dom się rozpadnie.
Niektóre relacje trzeba przerwać. Agnieszka Smugła pisze: Jaki problem założyć rodzinę, a kiedy zrobi się gorąco, po prostu ją zdjąć.
Czy zasiałam ziarnko niepokoju tym tekstem? Możliwe. Musnęłam temat rzekę, sama trochę w tym tonąc. A przecież tylko potrzęsłam gałęziami niczym wiatr, nie poruszyłam niektórych tematów, skrajnych, drastycznych, gdzie gałęzie zostają odcięte lub same się odcinają. Ile tragedii, przemocy, ile zbrodni wydarza się każdego dnia w rodzinach…
Konary, które uderzają o siebie, nie są szczęśliwe. Nie są również te zaplątane w sobie. Szczęśliwe są gałęzie dotykające się, błogosławione drzewa, w które gniazdo uwiły ptaki miłości.
Zakładając rodzinę, podejmujemy ryzyko. Równie to, opisywane w Małym Księciu – ryzyko łez, jakie wiąże się ze stwarzaniem więzi. Dostajemy w pakiecie i radość i smutek. I spokojny sen i nieprzespane noce. Czy warto? Głęboko wierzę, że tak. Ale starajmy się bardziej. Róbmy wiele wspólnych zdjęć, na których wychodzimy dobrze. (Dla siebie, na kominek, na lodówkę, nie dla socjalmediów) Stwarzajmy sobie i naszym najbliższym taki dom, o jakim pisze cytowany już Józef Tischner:
Przestrzenią człowiekowi najbliższą jest dom. Wszystkie drogi człowieka przez świat mierzą się odległością od domu. (…) Dom jest gniazdem człowieka. (…) Mieszkając w domu, człowiek może się czuć sobą u siebie. Być sobą u siebie, to doświadczać sensownej wolności. Dom nie pozwala na swawolę, nie oznacza też niewoli. Domowa przestrzeń, to przestrzeń wielorakiego sensu.
Amen.
Magdalena Podobińska
