DSC_0206

Agnieszka Kłos
Biała wdowa

Tak, jestem kobietą, napisała Biała Wdowa w swoim dzienniku, ale kobietą, która wierzy w dżihad i wyższość islamu. Gazety pisały o niej w niejasnym stylu. Wypisałam kilka określeń, które budziły moją ciekawość: „udział w spisku mającym na celu przestępstwo”, „możliwe uczestnictwo nie¬określonej Brytyjki”, „czerwony alarm jest rodzajem listu gończego najbliższego międzynarodowemu nakazowi aresztowania”; świadek: „strzelała do mnie bladoskóra kobieta”. Po rozwodzie rodziców w 1995 roku mieli pocieszać ją, jak pisała brytyjska prasa, sąsiedzi muzułmanie, jednak brytyjskie władze doradzają ostrożność w ocenie, czy „biała wdowa” uczestniczyła w ataku na Westgate w Nairobi.

Siedziałam na plecionym krzesełku ogrodowym w kuchni na dziesiątym piętrze wieżowca, w którym kiedyś mieszkałam i zastanawiałam się nad losami kobiety, która zaistniała w mediach. Kim była „nieokreślona” Brytyjka i skoro była nieokreślona, to skąd wiadomo było, że to Biała Wdowa? Czy o kimś o jasnym kolorze skóry mówimy bladoskóra? Skąd prasa brytyjska wie, że po rozwodzie rodziców pocieszali Białą Wdowę muzułmanie? Komu media doradzają ostrożność w ocenie, czy Biała Wdowa uczestniczyła w ataku?

Za oknem sunęły majestatyczne chmury. Był 1 listopada, czyli święto zmarłych. Na ulicach było pusto. Prawdopodobnie większość ludzi stała teraz nad grobami swoich bliskich. Było ciepło, bo tego roku jesień była pogodna i sucha, jakby przygotowywała nas na prawdziwą ostrą zimę. Kilka dni temu na korytarzu akademii spotkałam kolegę, który powiedział, że zimą temperatura w Polsce spadnie do minus trzydziestu stopni. Będzie uroczo, powiedziałam. Będzie zimno, odparł kolega. Będzie ciekawie. No nie wiem, odparł. Chyba będziemy musieli zmienić obyczaje. Może na tę jedną zimę staniemy się Rosjanami? Albo Sybirakami, zaproponował.

Chodziłam po korytarzach uczelni, pustej jak ulice miasta. W powietrzu unosił się zapach mytej podłogi. Na portierni nie było nikogo, ludzie wyparowali z budynku. W głowie miałam Białą Wdowę. Wciąż o niej myślałam i wydawało mi się, że stała się strażniczką prawdziwej miłości, której Europa już nie zna. Miłość nie starzała się tu z godnością, ale umykała pustymi ulicami z podkulonym ogonem i ta młoda kobieta musiała tego doświadczyć. Zresztą jest wiele takich kobiet, no może mniej radykalnych.

W domu sprawdziłam pocztę, a potem obejrzałam kilka zdjęć Białej Wdowy. Jej twarz na większości fotografii była wymazana, jakby świat nie mógł jej jednak zobaczyć. To dziwne, pomyślałam, że osoba najbardziej poszukiwana na świecie nie ma twarzy. Obok niej siedzieli ludzie. Ciemnoskóry mąż, ciemnoskóre dziecko. Na wcześniejszych fotografiach ta sama dziewczyna miała szkolny strój, mundurek, jaki nosi się na Wyspach. Stała w gromadce innych dziewcząt. Najbardziej dramatyczne były jednak zdjęcia z wydrapanym uśmiechem na twarzy albo zdjęcia, na których twarzy nie było. W miejscu twarzy i głowy tkwiła dziura.

Miłość z Europy przeniosła się gdzieś dalej. Była w tej chwili w Afryce, największym śmietniku Europy. Składuje się tam nie tylko niechcianą miłość, ale też wszystkie zepsute komputery i popsuty sprzęt elektroniczny, a nawet choroby. Biała Wdowa, jak sądziłam, przeniosła się tu po śmierci męża, który zginął na torach londyńskiej kolejki (2005). Może jeszcze wtedy nazywała się w myślach czarną wdową.

Jakiż to niebezpieczny musiał być pająk dla świata. Jak niebezpieczną musiał prząść pajęczynę przed odlotem. I czarna wdowa w czarnym świecie stała się biała, jak pus¬czony od tyłu film. Ślubny kobierzec i święto. To całe od¬wrócenie zbiegło się z uwiciem nowego gniazda w Afryce. Mamy tam swojego człowieka, moglibyśmy mieć. Dilera miłości.

W Afryce, zgodnie z mitem mojego dzieciństwa, miało być lepiej. Spodziewałabym się tego i pewnie każdy z nas. Pewnie wdowa odkryła to naocznie. Zobaczyła największy śmietnik na świecie i odkryła jego skalę. A jednak pozostała w moich myślach Ewą, z tym prapoczątkiem. Kobieta, która wraca do korzeni i rozpaczliwie chce zostać czarną. Kobieta matka. Człowiek. Ten pierwszy mit na ziemi zbiegł się z trzecią ciążą. Biała Wdowa wyszła za czarnoskórego człowieka. Słońce jest wtedy w zenicie nad wielką czarną ziemią i ro¬dzi się nowy mit złożony z przekleństwa i miodu. Tylko że Biała Wdowa jest poszukiwana listem gończym (to gorzej niż gończe psy). Milknie. Nie mówi nic. Nie chce używać języka skażonego barbarzyńskim akcentem z Wysp. Nie chce przekazać go nowemu dziecku. Nikomu.

W nocy po przebudzeniu zobaczyłam na niebie blade gwiazdy. Mieszkam daleko od centrum. Bloki stoją w szczerym polu, więc nie ma tu światła miasta. Jest zapach gnoju o poranku i jazgot kur wypuszczonych na wolność. I są gwiazdy, blade, ledwie żarzące się, nierozświetlające żadnego nieba. Czy w tym samym momencie Biała Wdowa jeszcze żyje? Czy patrzy na niebo, na którym gwiazdy nad Afryką wyglądają jak przestrzelone płótno? W tramwaju do miasta znowu kibole. Nikt na nich nie patrzy, ale i tak nieustannie pokazują zakrzywiony palec albo rozporek. Na stadionach fale meksykańskie gniewu mężczyzn, w Afryce kobiety, które z gniewu zamilkły. Niektóre się przebrały, niektóre wyszły za mąż. Milczenie, jako jedyna odpowiedź na gniew, który nie mieści się już w Europie.

Kiedy spojrzałam na zdjęcie Białej Wdowy tego dnia, zobaczyłam kobietę przebraną za kobietę z dawnych czasów. Prawdopodobnie czasów narodzin Jezusa. Obłożona materiałem jak bandażami, drogocenna, zabezpieczona. Kobieta w cieniu wielkiej tkaniny. Biała Wdowa ma białą twarz, ale tego się trzeba domyślić. Zakryła ją do połowy chustą. Teraz jej niebieskie oczy są objawieniem. Miłość szukała swojego miejsca. Znalazła schronienie w Afryce, tak jak serce po zmarłym motocykliście znalazło nowe ciało na Śląsku. Słuchałam radia. Droga z domu do miasta nabrała nagle nowe¬go wymiaru. Płynęła w rytm zdania, jak cofnięta krew, aortą zwróconą w drugą stronę, gdzieś na peryferia serca lub dalej, w mięsień odległy o kilka centymetrów. Człowiek, który dostał nowe serce od motocyklisty, był ogrodnikiem. Nigdy się nie szanował, więc jego serce zostało dosłownie pożarte przez życie. Strzępy serca, strach na wróble w piersi. Serce stanęło na moment dwa razy w ciągu jego pracy. Ten postój serca odbił się jak łomot w całym jego ciele, ale nie w umyśle. Pociemniało mu w oczach, jak mówił, nad białoruską granicą, ale gnał dalej, gnał naprzód i pił. Tam, na wschodzie, powiedział w radiu, nie można robić interesów na sucho. Pan rozumie, co chcę przez to powiedzieć?

W końcu serce umarło, choć człowiek żył. Był zajęty robieniem pieniędzy i nie słyszał śmierci serca. Powiedzieli mu o tym lekarze. W wąskim korytarzu w Zabrzu usłyszał obcy głos, który powiedział o śmierci jego serca. Nie ma pan szans, dowiedział się. Chyba że ktoś dla pana umrze. Myślał, że to żart, że tak się mówi w książkach o miłości, najpewniej w getcie. I wtedy ktoś do niego zadzwonił i powiedział, że jedzie nowe serce na sygnale, żeby się śpieszył i nic nie jadł. Jechał karetką na sygnale, choć czuł się dobrze tego dnia. Żona ugotowała bigos. W połowie drogi ktoś znowu zadzwonił i powiedział, że pośpiech w chwili obecnej jest niepotrzebny. Po śmierci dawcy, zmarło też serce.

Ucieszyłem się, powiedział ogrodnik. Bo miałem stracha. Nie chciałem żyć z ciałem obcym w sobie. Mijały tygodnie. Ogrodnik kładł się w ciągu dnia, czego nie robił przez lata i drzemał. W cieniu drzew zasadzonych przed wiekami śniły mu się pszczoły, ale to nie były sny o potędze. W pustych czaszkach chodziły owady, powiedział. Z pustych oczodołów wynosiły na światło i miód, i wielką wdzięczność dla ludzi. Budziłem się z potem na czole. A okolice serca były martwe. Czy to bolało?, zapytał wreszcie prowadzący rozmowę. Bolało życie czy bolało serce? Czy co bolało?, zapytał ogrodnik. Serce. To nowe serce. Nic nie bolało. Ruszało się szybko, bo było młodsze o trzy lata. Dla serca to dużo.

Człowiek zwany ogrodnikiem miał nowe, szybkie serce. Z tym sercem czuł się jak w nowym oplu, takie było szybkie. Skakało, rzucało się jak zwierzę po pustym pokoju. Czułem, że wyskoczy mi gardłem. Bałem się przełykać ślinę, żeby nie utopić nowego serca. Spałem i niewiele jadłem. Serce było jak ćma, jak jej nielogiczny, przypadkowy ruch wokół dalekich i bliskich źródeł światła. Nieobliczalna ćma, przypadkowo zabita kapciem. I nagle przyszło oczarowanie. Ogrodnik obu¬dził się w nocy i poczuł, że coś na niego spływa ze środka sufitu. To była czyjaś łaska, czyjś głos, który powiedział: serce jest młodsze o trzy lata; jest tak małe, że nie wypełnia twoich dawnych pokoi, stąd to powietrze, to echo. Jedź do Zagrzebia na wiosnę. Wakacje ci się przydadzą, odpoczniesz i poznasz reguły życia nowego serca.

Ogrodnik wstał i wypił szklankę zimnej wody, a potem się położył i do dziś nie wie, czy to był sen, czy prawdziwy głos z góry. Na wiosnę pojechał jednak do Zagrzebia i odkrył światło, jakiego nigdy nie widział. Z kart szpitalnych dowiedział się, że jego dawca jeździł na motocyklu i miał na imię Zbyszek. Cała ta wiedza o dawcach jest niepotrzebna. Rodzina cierpi i samo serce też cierpi. Można powiedzieć, że tęskni, choć tamtego ciała już nie ma.

Czy ogrodnik stał się mistykiem po śmierci swojego serca? I co sercu dawnemu stało na przeszkodzie, żeby żyć wiosną w Zagrzebiu? Nie wiem, jak to się stało, mówi ogrodnik przed Świętem Zmarłych. Światło Zagrzebia pomogło nam się dogadać. Zagrzeb wczesną wiosną jest, nawiasem mówiąc, przepiękny. Jest miejsce na targu ze świeżym mięsem. W drodze na targ mija się stragany ze świeżą kawą. W ogóle w tym mieście wszystko jest zamknięte w grubych kamiennych murach i takie ciche. Nie wiem, jak wyglądała tam ta ich wojna, ale moje serce mi powiedziało, że to miejsce jest teraz w porządku.

PODZIEL SIĘ

Do góry