proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

Bar Italia (fragment powieści)
Michał Korda

Wieczorem Luidżi dał Kondziowi numer do Kermita, który miał załatwić mu broń, a godzinę później Kondziu zastanawiał się, czy nie chciałby mieć w chacie papugi. Kermit pracował jako kierowca tirów, a gdy zjeżdżał do Polski, pomagał ojcu przy sprzedaży kwiatów. Dwa razy w tygodniu jeździł na lotnisko w Balicach, gdzie przylatywał świeży zapas kwiatów z Holandii. Oprócz kwiatów w doniczkach przewoził też broń i marihuanę.

Kwiaciarnia nazywała się RÓŻYCZKA. Minęli stoisko z wazonami i doszli do biurka, przy którym siedział starszy facet. Gdy zapytali o Kermita, wskazał im drzwi na zaplecze:

– Siedzi w biurze.

Biuro okazało się kanciapą pełną roślin rodem z dżungli, z pnącymi się po wszystkim, czego zdołały się czepić, pnączami, grubymi łodygami i dużymi liśćmi. Znajdowały się też tam papugi.

– Zamykać, zamykać, kurwa, drzwi – przywitał ich skrzek jednej z papug.

Kermit przyznał jej rację:

– Zamykać, bo mi papugi wypuścicie.

– Latają bez klatek? – powiedział Kondziu.

– A ty byś chciał w klatce siedzieć? Siadajcie, gdzie nienasrane.

Kondziu zajął miejsce przy biurku na czymś, co kojarzyło mu się z greckimi taboretami. Luidżi oparł się o ścianę przy oknie.

– Szukamy jakiegoś gnata – powiedział Kondziu.

– A papugi? – zapytał Kermit. – Nie chcecie może papugi?

– A ile kosztują papugi? – zapytał Luidżi.

Kondziu go szturchnął i powiedział do Kermita:

– To ty handlujesz kwiatami czy papugami?

Kermit go zlał i odpowiedział Luidżiemu:

– A ile byś dał za taką papugę? – wskazał na zieloną, która stała na drewnianym pręcie i patrzyła się w ścianę, jakby nażarła się kwasu.

Kondziu wtrącił się do rozmowy:

– Chcieliśmy gnata, kumasz? Tylko tego.

– Ile ty masz lat? – zapytał Kermit.

– Osiemnaście.

– Takich małych was teraz robią? – zdziwił się i wskazał na Luidżiego. – Ten może ma osiemnaście, ale ty?

– Dwadzieścia jeden – powiedział Luidżi.

Kermit wstał, przeszedł się po pokoju, co wyglądało nieco śmiesznie, bo poszedł po ziarno, żeby karmić papugi i w trakcie tego dokończyć swoją kwestię:

– Ten wygląda na osiemnaście, ty na podstawówkę, i w dodatku masz coś z okiem. Po cholerę wam gnat? Chcecie wystrzelać uczniów w szkole? Szkoda życia, lepiej kupić papugę. Wyszkolicie ją i może pewnego dnia powie do was coś miłego. Ponoć można je nauczyć też liczenia albo wierszy. „Litwo, ojczyzno moja…”, obczajcie, kurwa, motyw.

– Chcemy tylko jednego gnata – mówi Luidżi.

– Nie do strzelania w uczniów – dodaje Kondziu.

Kermit wyszczerzył swoje zaniedbane zęby. Jeśli nie jarał zioła, to na pewno jarał dużo fajek.

– Nie do strzelania w uczniów – powtórzył. – Może ty potrzebujesz pistoletu na kapiszony?

– Mam kasę.

– Masz kasę – Kermit znowu się uśmiechnął. – A ile masz tej kasy?

– Tyle, ile trzeba. Pokaż, co masz.

– Czyli ty jesteś teraz bossem?

– Co? Ja tylko…

– Zgrywam się, mordo. Masz kasę? No i zajebiście. Chuj mnie interesuje cała reszta.

Pokazał mu zawartość pudełka po butach Nike. Było tam sporo żelastwa. Kondziu gówno wiedział o broni. Sądził, że im droższa, tym lepsza, więc zdecydował się na pistolet za osiemset złotych.

– Pożycz trzy stówy – powiedział do Luidżiego.

Gdy dobili targu, Kermit powiedział:

– Dobry wybór. Z czymś takim będą cię szanować.

Gdy wyszli z RÓŻYCZKI, Luidżi i Kondziu pojechali szukać wujka Marka. Broń schowali z tyłu w bagażniku pod zapasowym kołem. Kermit dał im, ponoć gratis, kilka paczek naboi.

Przez chwilę Kondziu chciał odpuścić. Pojechaliby do lasu, postrzelali do puszek, może udałoby im się upolować jakiegoś, kurwa, jelenia, wydrę chociaż? Ale wujek Marek to priorytet. Przejechali obok bloku Kondzia. Gdyby zobaczył ich tam jego ojciec, mieliby gorąco.

– Po co chciałeś tu przyjechać? – zapytał Luidżi.

Kondziu wzruszył ramionami. Chyba był po prostu ciekawy, czy jego ojciec, jego rodzina martwią się jego zniknięciem, i czy to zmartwienie widać po… bloku? Okolicy? Ale jak miałby to powiedzieć Luidżiemu?

Inny powód był prozaiczny: Kondziu nie wiedział, gdzie szukać wujka. Może Zakroczym? Ale to było przecież poza miastem, a Luidżi zachowywał się, jakby go te kebaby uwiązały do Warszawy i nie wypuszczały z lepkich, tłustych łapek.

Po drodze mieli podjechać do budki z kebabem, żeby Luidżi jak zwykle coś tam załatwił, pogadał, naszefował. Przy okazji obaj się najedzą, bo byli w opór głodni.

W drodze powrotnej na Włochy zauważyli kolesia, który szedł jak pijany w poprzek jezdni. Wyminęli go, ale facet machał do nich ręką, żeby przestali zgrywać ludzi miłosierdzia, niech go, kurwa, przejadą w pizdu. Luidżi uchylił szybę i zapytał, sądząc, że może facet nie jest pijany, tylko chory:

– Pomóc panu?

Koleś w odpowiedzi machnął dłonią. Pokazywał na północ, gdzie ponad niskimi blokami unosił się dym. Potem powiedział:

– Koniec świata! – i odszedł, potykając się o własne nogi.

Kondziu wciągnął powietrze nosem, stwierdzając:

– Coś śmierdzi.

– Jedziemy zobaczyć.

Na miejscu Kondziu nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Coś mu mówiło, że za pożarem stał jego wujek. To by się zresztą zgadzało: wyczekał moment, usunął się z widoku, a potem zaatakował, podpalając chatę tych skurwysynów, i uciekł. Dlatego wyłączył telefon.

– Co się cieszysz? – zapytał Luidżi.

Przyglądali się akcji gaśniczej z samochodu.

– To robota wuja – powiedział Kondziu.

– Skąd wiesz?

– Po prostu wiem.

Kondziu cieszył się, ale przede wszystkim dlatego, że wujek wracał do zdrowia. Mniej cieszyło go cierpienie, jakie zadał rodzinie, przez którą wujek wylądował w więzieniu.

Potem zobaczył Dominika, kolesia, który kojarzył i Kondzia, i jego dziadków. Zaciągnął kaptur głębiej na oczy.

– Co jest? – zapytał Luidżi.

– Kojarzę tego typa.

– Może powiedzieć twojemu staremu?

– Tak właśnie myślę.

Luidżi zapalił silnik. Powoli zaczął wycofywać auto, dyskretnie, na ile to było możliwe w tak dużym tłumie ludzi zbiegających się zewsząd, aby zobaczyć pożar.

W pewnym momencie, gdy byli już kilka ulic od płonącego domu, Kondziu zapytał:

– Podjedziemy do klubu pani Roszko?

– Ale po co?

– Skoro kiedyś wujek dla niej pracował, może do niej wróci? Nie ma kasy. Z tego, co wiem, roboty też nie ma.

– Stary, i co? Będziemy siedzieć na dupach i obserwować klub, w którym siedzą lokalne gangusy? Przecież mogą nas za to zajebać.

Kondziu się z nim zgodził. Poza tym pani Roszko ma chyba na mieście więcej takich klubów. W taki sposób musieliby jeździć od jednego do drugiego, marnując i czas, i paliwo. Dokładnie tyle czasu i paliwa, ile potrzebowaliby do…

– To może dawaj na Zakroczym?

.

.

.

proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

.

Michał Korda – pisarz, dramatopisarz, dramaturg, ghostwriter.

PODZIEL SIĘ