proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

Ganguski (fragment)
Michał Korda

Elena patrzyła, jak Bibi, śliniąc raz po raz palec, przewraca kartki olbrzymiej księgi rachunkowej rodem z Dickensa. Z zaplecza miała świetny widok na drzwi wejściowe, zasłonięte od wewnątrz flanelowymi draperiami, tworzącymi coś przypominającego sień.

Bibi to była fest baba. Nie pierdoliła się w tańcu. Nie słuchała tłumaczeń dłuższych niż na trzy zdania. A tłumaczeń klientów nie słuchała w ogóle. Wiedziała, na co stać facetów. Zwłaszcza tych odwiedzających MOONLIGHT. Ale nie była w MOONLIGHT szefową. Tylko zarządzała tym bajzlem. Szefem bajzlu był Nico Bracki, były przemytnik ludzi, który odsiedział trzy lata w węgierskim więzieniu, ale za inne grzechy.

Kilka lat temu, gdy Bibi wyniosła z lokalu klienta, który opluł jedną z dziewczyn, a potem wybiła mu krąg szyjny, Nico powiedział: „Następny raz nie chcę tego widzieć”. Na co Bibi odpowiedziała: „To, kurwa, następny raz nie patrz”.

Bibi znała się z Eleną od dziewięciu lat. Elena próbowała wypocić kryminał. Pisała do wszystkich komend w Krakowie. Prosiła o pomoc i wprowadzenie w tajniki śledztwa. Odezwała się do niej tylko Bibi. Razem chodziły nocą po mieście, jadły frytki i piły piwo, a Elena czuła się przy Bibi bezpiecznie – laska miała z metr osiemdziesiąt i drugie miejsce na zawodach zapaśniczych w Bydgoszczy.

Kilka lat potem poznała Nico, który zaproponował jej pracę w przemycie, na co Bibi przystała, z racji na duże zyski i – jak mówiła Bibi – wysoką „etykę pracy”, którą prezentował Nico. Najpierw zarobili wspólnie sporo kasy, przenosząc – jak zarzekała się Bibi – w świetnych warunkach do legalnej pracy kilkudziesięciu emigrantów z Syrii, Pakistanu, Afganistanu oraz Iraku, dopóki w jednej z akcji cztery z ośmiu osób ekipy Nico wpadło w łapy policji, tuż przy granicy Węgier z Rumunią. Wśród nieszczęśliwej czwórki znajdowała się również Bibi.

Gdy kilka lat temu Elena siedziała w tym samym miejscu przy Bibi, podszedł do nich Nico i zapytał:

– Co to za laska? Przyszła pracownica?

Bibi przedstawiła Elenę. „Moja przyjaciółka, pisze kryminał”, powiedziała. „Tu do mnie na korepetycje chodzi”. Odtąd Nico wołał na Elenę „pisarka”. W ciągu ostatnich lat zapewniał, że może zaoferować jej umowę o pracę i dobre warunki.

Elena zawsze odpowiadała, że Bibi zasługuje na dobre warunki prac. „Lepsze niż teraz”. Tak uważała. „Nico, bardziej potrzebujesz Bibi niż Bibi ciebie”. I nie chodzi jej tylko o umiejętności menedżerskie. „Laska prowadzi ci nielegalny burdel jak legalną, prestiżową agencję”.

Nico faktycznie cenił Bibi: szedł jej na rękę w kwestii urlopu, dodatków czy pokątnym organizowaniu plazmy, nowego kina domowego czy najnowszego PlayStation. Znał ludzi, a ludzie od setek tysięcy lat lubili płacić za usługi towarem.

Bibi potrafiła przemówić do rozsądku nawet potężnym kafarom. Zdarzali się klienci, którzy przychodzili do Bibi z reklamacją: „Umówiliśmy się na loda, a ona pięć minut ciągnęła i dalej nie chce ciągnąć”. Bibi spoglądała wtedy na klienta pustym jak oczy psa wzrokiem i mówiła: „Jak sam dasz radę mi ciągnąć przez godzinę, to pogadamy”. Innym razem klient, który mocno nagiął godzinę, na co z dobroci serca jedna z dziewczyn mu pozwoliła, przychodził do Bibi ze skargą: „Nie będę za nic dopłacał, wszystko miało być w cenie”. Na co Bibi odpowiadała, wciąż z tym swoim wzrokiem grożącym połknięciem duszy: „Dam se jaja uciąć, że jesteś w stanie dać dziewczynie napiwek”.

Elena wyciągnęła paczkę, poczęstowała Bibi fajkiem. MOONLIGHT to jeden z nielicznych lokali, w których można jeszcze palić. Elena usłyszała dźwięki kroków na schodach. Zauważyła, że jakiś starszy facet zakłada kapelusz i macha Bibi na pożegnanie. Dochodziła dziesiąta wieczór, ruch dopiero się rozkręcał. Po chwili na zaplecze weszła dziewczyna ubrana w szlafrok, spod którego i tak wszystko jej wystawało.

– O, nowa klientka? – zaciągnęła po podlasku i usiadła na Elenie okrakiem. – Sonia jestem, chętnie się tobą zajmę.

– Złaź z mojej koleżanki – powiedziała Bibi, rzucając jej spojrzenie znad księgi rachunkowej.

Elena przyjrzała się Soni. To smutne. Nie znała zbyt wielu ładnych dziwek. Bibi kilkoma z tych ładniejszych zarządzała, ale je słała głównie na jachty. Raczej z jednym, maks dwoma klientami na tydzień. Oprócz stawek rzędu dziesięciu tysięcy za noc, dziewczyny miały normalne umowy o pracę.

Biedna kobieta. Walczyła, żeby utrzymać głowę nad wodą. Elena nie potrafiła nie myśleć o takich dziewczynach. Zwłaszcza, gdy siadały przed nią w teatralnych fotelach na zapleczu. Z rozwalonymi cycami. Szminką nie tam, gdzie powinna – bliżej oczu niż ust, bliżej dupy niż serca.

– Idę sobie zadrynić – odezwała się i weszła za ladę.

Bibi zwlekła się ze stołka, wyszła do baru, skąd po chwili wróciła z dwoma oranżadami. Jedną wręczyła Elenie, która powiedziała:

– Widziałaś jej oko? Śliwa, że pół fluidu musiała nałożyć.

– Tak to jest, jak się zadajesz z niewłaściwymi facetami.

– W robocie?

Bibi posłała jej sceptycznie spojrzenie. No chyba, kurwa, żartujesz?

– Ciekawe, że nie odstrasza klientów – powiedziała Elena. – Dlaczego Nico jej jeszcze nie zwolnił?

– Bo Nico z nią teraz chodzi.

– Aha.

– Nie ufa nikomu, kto jej nie tłucze. Takie to dziewczę bidne. To chyba coś z psychiką.

– Jeśli o zaufanie idzie, mam pewną fuchę.

– No to super.

– Nie chcesz wiedzieć jaką?

– Jak powiem, że nie chcę, to mi nie powiesz?

– Wkurzyłabyś się, jakbym cię nie powiedziała

– Ile?

– Osiem milionów złotych.

– Gdzie? Bibi kiwnęła głową, nie wiadomo, czy przytakując, czy bekając gazem z oranżady.

– To kasa kolesia, który chce ją bardzo źle wydać. Okradając go, zrobimy coś dobrego, ale nie żeby to mnie przekonało.

– A ja, kurde, widzisz, codziennie robię coś dobrego. Zapewniam bezpieczne warunki laskom, które inaczej dawno skończyłyby w śmietniku. Raz nawet, możesz się śmiać, wyciągnęłam Andżelę ze śmieciarki. Śmieciarze podjechali, załadowali kosz do maszyny, i jebs. Akurat wychodziłam, zamykam przybytek, patrzę i oczom nie wierzę. I mówię do tych facetów w pomarańczowych, kurwa, kostiumach: „Kurwa, nogi tam wam wystają, ludzie, nogi w śmieciarce”. Poznałam po trzewikach, czyje to nogi. Jak jakaś pierdolona Dorotka z krainy Oz. Ale to tylko Andżela ze Świebodzina.

– To jak się nimi opiekujesz, że wpadają do śmieci?

– No, kurwa, wyciągam ich z tych śmieci. Faceci by w chuj z nią pojechali i może wyjebaliby ją na jakieś śmietnisko toksyczne? Ja nie wiem, ale jak się tak przypatrzeć Andżeli, to jak najbardziej by się tam nadawała. Jest trochę toksyczna, laski tak mówią, a coś na temat toksyczności wiedzą, nie?

– No, i widzisz, dlatego przyszłam do ciebie. Masz dobre serce. Jak nie powstrzymamy kolesia, to koleś zapakuje osiem baniek, wsiądzie z nimi w samolot i tyle go widzieli. A tak to podzielimy się na trzy. To znaczy cztery miliony podzielimy na trzy z nas.

– Kto to jest my?

– Ty, i ja, i może Bogna.

– Jeżewska? Wypuścili ją?

– Dwa lata przed dzwonem. Dwadzieścia osiem lat w kiciu.

– Boże, co ona musi mieć w głowie teraz.

– Psami się opiekuje.

– No mówię.

– Serio, całkiem nieźle z nią.

– A z tobą?

– Też. Od wczoraj jestem nową osobą. Z nowym planem.

– Więc chodzi o bankomaty?

– Nic z tych rzeczy.

– To po co Bogna?

– Myślę, że pasuje do tej roboty.

– A co to za robota?

I Elena jej powiedziała, z czego Bibi potem zrobiła krótkie podsumowanie:

– Czyli Rusek ma osiem milionów. To lewa forsa? W sensie znaczona?

– To coś, o czym jeszcze nie słyszałaś.

– Słyszałam, kochana, o wszystkim, co ma związek ze słowem „kraść”.

– O tym akurat nie słyszałaś.

– Aha. A co to za facet? Znasz go? Kto to jest? Ma jakieś imię?

– To ukraiński milioner.

Bibi rzuciła jej krótkie spojrzenie. Zeszła z platformy, żeby zrobić sobie drinka, wbiła go na kasę i wróciła do Eleny:

– Jakiś koleś, co był, kurwa, zakonnikiem, ale już nim nie jest, ma plan, jak ograbić milionera z Ukrainy? Czemu zakonnik chce aż połowę kasy?

– Na badania nad szczepionką na HIV. I na klinikę dla chorych na AIDS.

Bibi się zamyśliła, mrużąc oczy, po czym zapytała:

– HIV mówisz?

– Tak.

Bibi wpadła z głęboką zadumę, jakby sięgała po tajemnice wszechświata, aż w końcu zapytała:

– Wiesz, co mówi arab z HIV-em przed stosunkiem?

– Raz kozie śmierć.

Elena wiedziała już, że Bibi się zgodzi. Wiedziała, że razem zarobią kupę kasy. I może, oprócz kasy, będą miały z tego trochę zabawy.

W końcu się odezwała:

– Na tę chwilę potrzebuję policjantki do ekipy.

– Potrzebujesz kogokolwiek, kto powie ci „tak”.

– Tak.

– Tak.

.

.

proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

.

Michał Korda

Autor opowiadań, dramatów i książek; ghostwriter.

PODZIEL SIĘ