Podniósł z radością głowę znad kartki, gdy wchodziła do pokoju. Incydent z rana już dawno mieli za sobą. Po obiedzie chciała tylko na chwilę wstąpić do przyjaciółki i oto wracała.
– Dobrze się bawiłyście? – zapytał.
Potaknęła z uśmiechem, że było bardzo miło.
– A ja właśnie zacząłem odpisywać na list – powiedział.
Pokiwała głową, patrząc na kartkę, i poszła w stronę kominka. Usiadła na niskim stoliku kawowym, tyłem do niego, i położyła coś na podłokietniku fotela.
Nie była w nastroju do rozmowy. Nagadała się już z przyjaciółką. Rozumiał to. Każde z nich potrzebowało chwil tylko dla siebie. On też miał coś do zrobienia.
Opuścił wzrok na kartkę tylko po to, żeby zaraz go podnieść pod wpływem tego, co dostrzegł kątem oka: pochylona głowa, ręce ugięte w łokciach, delikatne ruchy łopatek – wyglądało tak, jakby rozpinała koszulę.
Najpierw charakterystyczny luz w kołnierzyku, potem materiał zsunął jej się z ramion, uwolniła z rękawów ręce, po czym rzuciła koszulę na fotel.
Smukła forma nagich pleców przeciętych w poprzek opaską bandaża odznaczała się wyraźnie na tle jasnych płomieni. Ich płynna linia zmuszała do jej studiowania, zwłaszcza w miejscu, gdzie rzeźbiła talię, a potem znowu rozszerzała się na wysokości bioder.
Wstała, obróciła się i zaczęła iść w jego stronę. Patrzył na pracującą płaszczyznę jej brzucha, przełykając ślinę.
Stanęła obok i pokazując na bandaż na piersiach, poprosiła, żeby go przeciął. Dwie przeplatające się obręcze z palców wyjaśniały, że taki był ich plemienny zwyczaj, gdy dziewczyna wychodziła za mąż.
– Oczywiście – zgodził się natychmiast. – Już to robię. Tylko gdzie ja mam ten nóż? O tu. Bardzo proszę.
Ujął podany mu napięty pas bandaża i ostrożnie wsunął pod spód ostrze.
– De-li-kat-nie – sylabizował, tnąc. – Jeszcze chwila. No, już gotowe.
Podziękowała skinieniem i wróciła do kominka. Odwróciła się znowu tyłem i zaczęła rozwijać bandaż.
Zwoje luzowały się i opadały na biodra ukryte pod marszczeniami spódnicy. Coś się uwalniało, rodziło – nie kobiecość, ale jakiś nowy jej wymiar.
Wyplątała się z bandaża i przeciągnęła, ciesząc się z odzyskanej swobody. A potem, sądząc po ruchach ramion, pomasowała uwolnione piersi.
Miał świadomość, że nigdy w życiu nie gapił się na nic z taką intensywnością. To było poza wszelką jego kontrolą, jak biologiczna konieczność.
Obróciła się nieznacznie w stronę okna i sięgnęła po przedmiot, który wcześniej położyła na fotelu. Na ułamek sekundy w świetlistym ażurze między ciałem a ramieniem dostrzegł zarys piersi.
Jej dolny łuk wystawał wyraźnie poza linię ciała. Nie był wypukłością klatki piersiowej, tylko pełną kształtną kulą. Widok był dla niego szokiem. Takiej Kestii nie tyle nie widział, co się nawet nie spodziewał.
Wsunęła najpierw jedną, potem drugą rękę w ramiączka przyniesionej bielizny. Koronkowy pas otoczył luźno plecy poniżej linii łopatek. Złapała jego brzegi z dwóch stron i pochyliła głowę. Materiał napiął się. Zaczęła go wiązać z przodu.
Patrzył jak ciele. W umysłowym pomroku. Opadając ku niej na stole. Brzeg blatu wbijał mu się w przeponę, ale tego nie czuł.
– Może dołożę do kominka? – zaproponował.
Pokręciła głową, że nie trzeba.
– Na pewno? – przekonywał. – Jakoś wydaje mi się, że zrobiło się bardzo zimno na wieczór.
Odpowiedź wciąż brzmiała: nie.
Rozejrzał się z desperacją po pokoju. Rozważał otwarcie okna, ale to było zbyt ewidentne.
Szukał sposobu, żeby nawiązać kontakt, jakiegoś pretekstu, by przysiąść się do niej. Beż żadnych zdrożnych zamiarów. Tylko żeby chwilkę popatrzeć.
Tak! – ucieszył się w duchu, gdy nagle poruszyła się niecierpliwie. Kobieca bielizna miała skomplikowane zapięcia, wymagające spokoju i dokładności.
Czekał na potwierdzenie, śledząc jej ruchy, jak mu wydawało, coraz bardziej nerwowe. Wreszcie przerwała i strzepnęła ręce. Mógł działać.
– Może pomogę? – zaofiarował przymilnie.
Obróciła się i spojrzała znacząco na list rozłożony przed nim na stole.
– A nie! To może poczekać – zapewnił, machając niedbale dłonią.
Wstał i zaczął iść do niej z nonszalancką swobodą.
– Co my tu mamy? – zapytał, siadając w fotelu.
Przesunęła się po blacie, żeby być przodem do niego.
– No tak – stwierdził.
Jej biust miał dokładnie na poziomie wzroku, przykryty jedynie częściowo przez rozchełstany materiał. Dwie krągłości, aksamitne, jasne i pachnące.
– Hmm, hmm, hmm – zamruczał, jakby badał problem zapięcia. – Przede wszystkim tu wkradł nam się mały błąd, bo pominięta zostało jedna pętelka.
Spojrzała w dół, marszcząc czoło.
– Zatem najpierw trzeba by się cofnąć, zanim będzie można wiązać z powrotem.
Wzruszyła obojętnie ramionami, żeby robił, co uważa.
– A więc zaczynamy – zapowiedział, pocierając dłonie, żeby je rozgrzać.
Podniósł ręce i z wahaniem zbliżył je do jej dekoltu. Palec zaczepił za tasiemkę, czując jak brzeg dłoni dotyka jej piersi. Pociągnął, uwalniając tasiemkę z pętelki. Pod przeziernym materiałem dostrzegł ciemniejszy krążek brodawki.
– To taki kaftanik jest, tak? – zapytał. – Czy może raczej gorsecik? Chociaż nie. Gorsety nosi się na bluzkę. A to pod, prawda? Czyli taki jakby, no, staniczek.
Pokiwała głową z lekkim rozbawieniem.
Skończył rozsupływanie stanika do miejsca błędu. Wewnętrzne linie piersi były teraz całkowicie widoczne. Ich łuki rozchodziły się na zewnątrz i ginęły pod materiałem.
– Raz, dwa, trzy – zaczął na głos liczyć pętelki do nawleczenia.
Pokazała, żeby nie liczył, tylko zawiązywał.
Zajął się pierwszą. Otworzył ją i uformował z niej niezgrabne oczko. Przewlókł przez nie koniec tasiemki i zaciągnął. Dotykał przy tym Kestii. Nie dało się inaczej. Czuł pod palcami jej ciepło i uginającą się miękkość.
– Do tego potrzeba spokoju i cierpliwości – pouczał. – Na pewno nie wolno się spieszyć.
Przy kolejnej zdał sobie z powtarzającego się problemu. Pętelki były długie i wąskie, przez co się skręcały. Za to piersi – piersi były doskonałe. Poczuł przypływ rzewnego wzruszenia.
– Powinny być chyba krótsze i szersze – starał się je ukryć, komentując pętelki. – Albo zrobione z czegoś innego.
Pochyliła się, żeby było mu wygodniej. Piersi zbliżyły się do niego. Były tam, intrygowały, nęciły, wołały o jego uwagę.
– Można by rozkuć kawałek metalu w cienki pręt i potem powyginać – powiedział, nawlekając następną pętelkę.
Zebrała łopatki. Piersi wypełniły materiał. Wyrywały się do niego.
– W drobne falbanki albo ząbki – ciągnął półprzytomnie.
Kolejna pętelka i kolejna tortura. Dotykał ich, ale nie macał. Czuł je, ale nie mógł ścisnąć.
– Albo odlać z formy.
Brodawki stwardniały pod wpływem drażnienia. Z trudem wiązał, nie mogąc oderwać oczu od miejsca, w którym wypychały materiał.
– Choć może najlepsze byłyby zwykłe oczka – zakończył swój projekt udoskonalania kobiecego stanika. Stanika, który go nie obchodził w ogóle, ale to w ogóle.
Wyprostowała się, żeby sprawdzić. Byli już w połowie drogi. Swobodnie wsadziła dłoń po materiał i energicznie poprawiła piersi w miseczkach.
– Ty ich tak nie szarp – zaprotestował z przejęciem. – To trzeba delikatnie.
Parsknęła ubawiona.
Oczywiście nie doceniała ich i nie potrafiła się z nimi obchodzić – myślał. – On by jej pokazał, jak je dotykać.
Wyprostował się i wziął się do wiązania, starając się skoncentrować na bieżącym zadaniu.
Koniec tasiemki rozwarstwił się. Nie chciała przejść. Już miał się nachylić i polizać rozczapierzone nitki, ale się powstrzymał.
Parsknęła znowu.
– Pod tym kątem jest trudniej – wyjaśnił.
Delikatnie pchnęła go na fotel i zsunęła się na jego kolana. Gestem dłoni pokazała, że teraz powinno być wygodniej.
Zapowietrzył się i stęknął, a potem długo wypuszczał powietrze ze zbolałą miną. Widział je teraz z góry. Dwa jędrne pagórki. Pragnął je objąć od spodu, ująć w dłonie i zważyć.
Zamiast tego chwycił tasiemkę i skręcił prującą się końcówkę. Nanizał. Poszło całkiem sprawnie.
– Tak rzeczywiście lepiej – przyznał raczej kwaśno, nie chcąc żegnać się z piersiami tak szybko.
Jego męski mózg lubił realizować zadania, mieć poczucie postępu, zbliżania się do celu. Ale to zadanie? To zadanie było inne. Nie chciał, żeby zakończyło się sukcesem.
– Jeszcze tylko cztery – westchnął smutno, widząc jak materiał przykrywa piersi coraz bardziej, jak powoli nikną mu z oczu.
Zatrząsały się. Naigrywały się z niego.
Spojrzał w górę. Pierwszy raz na jej twarz. Zaciskała wargi, walcząc ze sobą, żeby się nie roześmiać. Droczyła się z nim. To była prowokacja.
Opuścił wzrok na jej biust, na jej goły brzuch, na jej rozchylone uda.
– Ty w ogóle wiesz, co ty robisz? – zapytał.
Parsknęła bezczelnie. Nie miała pojęcia.
Pociągnął nosem i chrząknął, a potem filozoficznie pokiwał głową. W tej pozycji nie miała szans czmychnąć. No cóż – pomyślał – naiwność kosztuje.
.
.
.

.
Marta Szymczakowska
Absolwentka kierunku malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu oraz filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Doktor sztuk pięknych, adiunkt w Katedrze Rysunku ASP we Wrocławiu. Tłumaczka języka angielskiego specjalizująca się w tekstach z dziedziny sztuk plastycznych, a także redaktorka i korektorka wielu publikacji wydawanych przez ASP we Wrocławiu oraz Dolnośląski Oddział ZPAF. Autorka angielskich streszczeń artykułów dla pisma artystycznego „FORMAT” oraz tekstów do podręczników do nauki języka angielskiego wydawnictwa Red Point Publishing. Absolwentka warsztatów literackich prowadzonych przez Jacka Bieruta. Autorka trzech nieopublikowanych powieści fantasy pt. Kestia – Amazonka z Północnej Krainy. Aktualnie kończy pracę nad czwartą i ostatnią częścią z tej serii.
