Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy.

Klątwa (fragment)
Robert Eres

– W szkole o pieniądzach to było tylko na dodawaniu.

Czytelnia miała swoje zasady. Żadnych kobiet. Męski klub. Męski świat. Weszli w głąb sali. Ze szklaneczkami whisky w dłoniach. Jak znawcy. Jak ważni goście. Już pełnoletni. Wrzesień, za miesiąc rozpoczną studia w Krakowie. Żal będzie to zostawić. Widok uroczy, gdy ktoś lubi te klimaty. Sala zamglona. Tyle siwego dymu, ile mogło się tylko zmieścić. Jak mgła, jak tuman na bagnach. Nikt wtedy nie myślał o tym, że trzy czwarte bywalców umrze po latach na raka. Kto słyszał o biernych palaczach? Ludzi dzielono raczej na palących i dziwaków. Franky i Czester też nie słyszeli. A dziwakami być nie zamierzali.

Wbili się w dym. Zasysając zapach i chłonąc atmosferę. Z każdym krokiem coraz bardziej zadowoleni. Lampowy adapter grał Franka Sinatrę: My way. Tu wszystko do siebie pasowało. Każdy z obecnych wystrojony w amerykańskie ciuchy. Tweedowe szaroniebieskie garniaki. Czarne skóry, białe golfy i koszule non-iron. Zaczesani do tyłu. Brylantyna. Na ścianach zdjęcia ulic Nowego Jorku. Zapach perfum. Ale nie Przemysławki. Nikt nie zalatywał ruskim mydłem. Yardley, old spice. Same dobre wody. Kilka stolików ustawionych pod ścianą. W tym miejscu gra w karty to poważna sprawa. I nie dla byle kogo. Lekarze, adwokaci, rzemieślnicy. Prywaciarze. Kapusie. Administracja państwowa. UB incognito. PRL w pigułce. Odwrócony ludowy trend. Amerykańska zgnilizna. Gry także. Żadnej wojny, wyścigu pokoju czy makao. Same poważne. Obowiązkowo remik, czasem nawet dobierany, lub dwadzieścia jeden. Na środku ustawiono to cudo. Piękny przedwojenny mebel. Ciemnobrązowy. Trochę obdarty przez czas. Trochę zniszczony, staroświecki, masywny stół bilardowy. Wokół lekko podpici panowie. Jeden smaruje kredą końcówkę kija. Inny właśnie przymierza się, by precyzyjnie walnąć w bilę. Gdyby to nie było M., można by pomyśleć, że przez przypadek rzeczywiście trafili do mafijnej meliny w samym środku Chicago.

 

Robert Eres

 

Robert Eres – 52 letni człowiek, który za namową Hegla osiąga swoją pełnię stopniowo, przechodząc przez fazę stoicyzmu, sceptycyzmu oraz „samoświadomości nieszczęśliwej”, cały czas poszukując na tej drodze Boga. Uwielbiający życie i podróże. Bywalec zarówno sacrum, jak i profanum. Niepoprawny optymista. Koneser burbona i dobrych cygar. Namiętnie trenujący boks. Absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego. Przez dwadzieścia lat pracował w administracji publicznej. Później w korpo.

PODZIEL SIĘ

Do góry