Szemra była jednooką kobietą o zamazanym, lecz wwiercającym się spojrzeniu. Jej oko miało intensywność dwóch, nie każdy był to w stanie znieść. Skanowała wszystkich od marynarki aż do dna kości. Podparta byle jakim ramieniem o ścianę, szukająca odpowiednich kandydatów przed barem Ranno. Bar Ranno był dla niej jak dom rodzinny, do którego się zawsze wraca, czy to z potrzeby, czy zobowiązania. Był dla niej jak świątynia, do której przychodziła modlić się o wybawienie w trudach, w które znowu się wplątała. No i teraz było dokładnie tak samo, nad jej życiem rozciągał się macierzysty krąg zaciętej płyty. Jednak teraz wylała się jak krew z rozdartej żyły, nasiąkając wiecznie tych samych, brudnych ze starości Jeffa i Lili, a także opryskując ich pachnącą nowością kelnereczkę Sandi. Zresztą Sandi akurat łatwo nasiąkała czymkolwiek, ale to już inna historia. Ale Szemra? Nie, Szemra nie. Do tej pory była raczej opanowana. Modliła się tylko w duchu. Nie prosiła o nic, bo nie musiała. Po prostu wiadomo było, że gdy wynurza się z odmętów miasta, by stanąć znów tu, na progu Rannej, no to: oho, kłopoty. A Jeff i Lili byli dla niej jak rodzice. Mimo wszelkich niesnasek i całego tego syfu, zawsze znaleźli dla Szemry trochę ciepłego towaru, by zasiąść do niego wspólnie zgodnie z tradycją w niedzielę. A w zasadzie każdy dzień miał nad sobą świecącą gwiazdeczkę niedzieli, więc w cieniu dnia można było się wygodnie umościć.
Tym razem, gdy Szemra przybyła ze świata, Jeff i Lili akurat byli w zaawansowanej fazie reaktywacji Klubu Jelito, więc oj, było co robić. Dni tygodnia rzucały na nich wszystkich rozległy majak roboty i podkrążonych oczu, wymemłanych żył. Szemra dostała zadanie, którego, Lili powiedziała: nie może spierdolić, da radę Jeff. I Jeff jej zaufał. Miała prowadzić nabór nowych członków Klubu Jelito. A potem wprowadzi ich Maria – mówiła Lili. Okej, szefowo, da się zrobić – wychlaptywała Szemra półgębkiem, półżartem, ha ha.
Pozginana i pogięta przed Ranno wydeptywała sobie miejsce w życiu. Ten będzie niezły – pomyślała sobie, obwąchując teren jednego gościa, który akurat wszedł. Taki na wpół elegancki człowiek, a na wpół degenerat. Garnitur lekko wystrzępiony przez ciekawski wzrok ćpunów, dla których bywał wzorem, ambicją i celem. Tak każdy chciał się staczać. Z klasą, z walizką wypełnioną pewnie po brzegi szemrzeniem życia i śmierci. Jakby każdy stopień bliżej piekła, był jednocześnie stopniem bliżej nieba, rozrywanie duchów. Jak prawdziwy artysta – odkupywał jazdę w górę jazdą w dół, będąc przy tym coraz bardziej rozszarpanym, wdeptanym w ziemię i lekkim jak gaz, jak nic.
Szemra chciała go złapać, zanim wejdzie do Rannej. O ile na czymkolwiek jeszcze jej zależało, to właśnie nawet że na tym. Opierając się o mur, bluzersko człepała okiem przez chwilę wokół niego, jakby się chciała rozejrzeć, co ten koleś rozsiewa i czy to jest dobry towar. Po tym pośpiesznie wlepiła w niego strumień oceny, która była: okej, bierzemy.
.
Szemra i mężczyzna siedzieli w ciasnej klitce.
Sprawa wygląda tak: To Jelito przesuwa twoje sny. Ono leci do nich rurowo mózgiem. Teraz ściśnij pasek na przedramieniu, wiesz jak, robiłeś to wielokrotnie. Skaleczę cię przezroczystym szkłem. Oho, okej, dobrze. Muszę rozszerzyć twoją ranę, wezmę te cążki, czekaj. Dobra, wchodzimy. Trochę tłuczonego szkła w mięso krwi. Zajrzyj w nią. Zobacz swój ból. Teraz jesteśmy obywatelami pulsującego ciała, Klubu Jelito. Schodzimy na sam dół, do czucia, jak najgłębiej w krew wszystkiemu – wyszemrała jednooka.
.
Rubin krąży w żyłach, ale nie moich. Ja, Dougie Nerat, idę w głąb i spotykam Marię, która mówi coś na kształt tajemniczej aury. Nic jeszcze z tego nie rozumiem, ale miałem za darmo móc sobie strzelić, więc stary, czemu nie.
– Jelito trzyma życie, trzyma twoje problemy – mówi Maria. – Jelito to drugi mózg, możesz więc nim podróżować. Gwarantuję, że się zabawisz głęboko, aż do ciebie samego.
I wreszcie Klub Jelito został reaktywowany.
– Trzeba odreagować to, co zostało zareagowane. Żyjcie albo umierajcie, kochani – usłyszeliśmy później podczas oficjalnego powitania członków z ust stojącej na stole Mariji. – Będziemy przesuwać się niżej i niżej, aż dobijemy się do nieba od drugiej strony!
I już wtedy wiedzieliśmy, że sprawa jest poważna i że Marija mówi prawdę. Już od samego początku wszystko zaczęło się na żywca.
Do Klubu Jelito wchodziło się zapleczem Ranno. Potem kręte schodki, aż do ciemnej klitki. Było to miejsce przypominające trochę jakiś piwniczny bar, a trochę graciarnię. Zakurzone stosy rzeczy leżały pod ścianami, na stolikach i pomiędzy nimi; walały się wszędzie. Pełno rzeczy kiedyś przekazywanych, sprzedawanych z desperacji albo niechcianych i porzucanych. Czasami stosy były tematyczne: na przykład tylko łyżwy, a czasami zupełnie losowe. Wszystko pokryte kurzem i brudem. Niby zapomniane, zakurzone, oddalone… a jednak, gdy narratorka krąży pomiędzy rzeczami, to one jakby wołają. Dobijają się, dudnią. Losują, przesuwają, decydują! Ludzkość mają we krwi i krwią ludzi drążą żyły. Rzeczy, rzeczy, paranoje. Nóż ściska dłoń człowieka, żeby kroił ser. “Krój ser ofiaro niegotowa otworzyć się na istnienie! Krój ser, bo cię coś zaraz zeżre”. Ludzie z przysypanymi kurzem powiekami chodzą po powierzchni w tę i z powrotem. “Cel? Co to znaczy? Czy chodzi o jakąś grę na telefon?” Zaśnij, zaśnij, jedząc kurz. Zaśnij i nie myśl.
Nagły wdech. Dougie Nerat otwiera oczy wraz z raną haustem. Wtarte szkło podróżuje we krwi. Szybem wentylacyjnym echo, Dougie Nerat czuje to w jelicie. Poproszę coś w szkle. Pije. Ściska szklankę, aż kolejna brama się otwiera. To Marija. Wprowadzę Pana. Czy Pan jest już wprowadzony. Proszę wejść. Dougie Nerat zaciska nozdrze. Już wszedłem. Pięści wskazują: “tutaj”. Dudnienie do krwi. Stoliki coś knują. Więc oczy Dougiego Nerata też zachodzą ciemnymi szkłami. Teraz dopiero widzi wszystko.
.
Tak. Bramy są otwarte: dłoń Dougiego Nerata krwawi z wielu miejsc. W wielu z tych bram tkwi szkło. Dougie patrzy na nie, patrzy na krew. Ogląda je jak coś obcego. Siada przy jednym ze stolików, opadając na krzesło nieco sztywno, jak manekin. Wciąż gapi się na swoje rany, jak krew zastyga. Widać, że w jego środku drążony jest jakiś korytarz, który stale się poszerza, jak wszechświat. Wreszcie opuszcza dłoń. Kładzie ją na stole, obok świeżego drinka postawionego przed chwilą przez Mariję, która znowu zniknęła gdzieś na prowizorycznym zapleczu prowizorycznego baru, który jednocześnie jest piwnicą i graciarnią. To nie jest taki zwykły bar, do którego może przyjść każdy. Tutaj mogą przyjść tylko ci, którzy należą do Klubu Jelito. Czyli teraz już on. Mogą przyjść, żeby drążyć, chorować i przepadać. Schodzi się tu po małych kręconych schodach od strony zaplecza Ranno. To jest rewir Marii. Ona przegryzła bardzo wiele szkła, waliła pięściami w metal, wyłupiała oczy, grzebała we własnych łzach, próbując tam coś znaleźć. Czułymi opuszkami palców brodziła po brudzie rzeczy, pozwalając mu do niej przylegać. Zgrzytała zębami, jedząc proch. Zabierała do domu truchło napotkanych zwierząt, niepogodzona z koleją rzeczy. Potem miesiącami z nimi piła herbatę i rozmawiała, piła herbatę i rozmawiała. I to wszystko zawsze, raz po raz, było na nic. One zawsze umierały jeszcze bardziej, chociaż mama mówiła, że herbata i rozmowa zawsze stawiają na nogi. Nie, nie stawiały. Ani ich, ani jej. Ale to wszystko było dawno. Teraz już dojrzała do tego, że nie ma co wierzgać. “Los jest losem” – mówiła. Dlatego teraz została burdelmamą i cały ten burdel, który mają w sobie członkowie Klubu Jelito, czule głaskała, opiekowała się nim. Tak. Wcześniej próbowała walczyć ze swoim burdelem, aż przyszła do niej ta życiowa mądrość, że nie ma co. Że syf należy przytulić, krew upuścić. Że los niektórych po prostu jest z natury podziemny. Że istnieją podziemne ptaki. Że jedyną rzeczą, która może pomóc takim podziemnym ptakom, jak my, jest wyżywanie bólu. Czego nie możesz znieść, to musisz wyżyć do granicy kurwy.
.
Odgłos ciszy przeplatanej Mariją nagle przebił jakiś obcy szloch. Po chwili z zaplecza wyszła na patykach jakaś kobieta w płynącym czarnymi strużkami makijażu. Prowadzona dłonią, drinkiem, w którym osiadła cała jej energia, przysiadła się do mnie i stawiając szklankę, jakby została chwilowo zwolniona z klątwy i się ocknęła. Zamrugała jak po przebudzeniu i źrenice we mnie. Porozumieliśmy się obojętnością do wszystkiego – to było nasze powitanie. Ledwie ją widziałem i ona chyba tak samo. Siedzieliśmy tak długo, pijąc, otumanieni wewnętrznym wirem. Wreszcie wyszła Marija. Bezceremonialnie i szybko chwyciła moją siatkę i zaczęła walić nią w mojego drinka, po czym odwróciła się i torebką roztrzaskała szklankę patykowatej kobiety. Co Ty kurwa robisz? Diabli, wrzeszczałem jak chuj. A kobieta płakała bardziej w siną dal. Wstała i rycząc jak zwierzę do nieba, zaczęła rozkładać ręce na boki, jakby szykowała się do startu w lot. A Marija waląc dalej, krzyczała: “To jest wam potrzebne!”. Szarpałem nią, nie rozumiałem, nie chciałem.
“To jest Wam potrzebne!” – powtarzała Marija w kółko, zaciętą szczęką. Bulgotało we mnie ze sto kurew, narastała armia, którą za chwilę wyślę wszystkie na Mariję, kurwy!
Wtedy rozwaliłem kilka szklanek i jedną butelkę na plecach Mariji. Ale w końcu pojąłem i oddałem jej prawdę mniszki, którą miała. Marija leczyła nas na ostro. Jak dzika zwierzyna wyrywała zębami z nas mięso, a my krzyczeliśmy z bólu “więcej! więcej!”, czując, jak wysysany jest jad z naszych zatrutych ciał. Z czasem jednak zorientowałem się, że Marija wypluwa jedynie jego część, a resztę przełyka, dając mu podróżować w spód jej ciała.
Seans zwykle rozpoczynaliśmy wspólnotową agresją. Takie było zadanie dla któregoś z nas: żarliwa modlitwa gniewu. A potem dołączali inni, zaczynając wyć, pluć, przeklinać lub skomleć. To dawało nam odpowiednią gotowość na wszystko. Chodzi o to, żeby przed niczym się nie cofać. Żyj albo umieraj – to było od teraz i nasze motto.
Raz, gdy rozbiłem Charlesowi krzesło na głowie, typ nieźle się podkurwił. Stłukł butelkę i ruszył na mnie z ostrą końcówką. Maria nigdy nie próbowała nas cofać. Żyj albo umieraj, to wszystko. Butelka wbiła się głęboko w moje ramię. Krew zaczęła tryskać na wszystkie strony, oblewając mnie, oblewając Charlesa, chlapiąc Mariję. My dwaj zastygliśmy w akcie, patrząc na siebie, oddychając szybkim pulsem, coraz czerwieńsi. Marija wystawiła palec, przejechała po mojej krwi na jego szyi, i mojej ręce, po czym włożyła go do ust i zawyrokowała: “rubin nas oczyści”. Po czym wszyscy znaleźliśmy krzesła i usiedliśmy. Maria przyniosła bandaże, ale kazała zostawić ciała obce w środku. “Ciało obce produkuje masę perłową. A szkło przetapia aksjomatyczne twardości w kruche wspomnienia. A poza tym z przedmiotami w tobie teraz łatwiej wkroczysz w naszą następną fazę Zbiorowej Nieświadomości techniką obiektu obiektywnie ofiarowanego”.
Charles ułożył oba kawałki krzesła na stole. Przez jakiś czas patrząc na nie bardzo uważnie i jeszcze je dostrajając, przesuwając o jakieś dla nas nic nieznaczące odległości. Przyglądaliśmy się mu w ciszy. Wreszcie usiadł i rozpłakał się. “To krzesło jest zupełnie jak mój ojciec!” – wykrzyczał razem z kataremsis.
.
.

.
Klaudia Brzezińska
Trochę artystka, a trochę wróżka. Zapytana co najbardziej lubi, odpowiada: “kawę,
przepływy pomiędzy i noc za dnia”.
Obecnie pisze książkę, w której sama się gubi.
Zawodowo psiarka, umysłowo pisarka.
Raz otwiera sklepik “Srebrna Ślina” gdzieś na mieście, innym razem występuje w Teatrze
Śląskim ze swoim “Srebrnym Wodospadem”, a jeszcze innym robi statuetki co roku dla
Małego Festiwalu Wielkiej Literatury. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie los.
