proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

masło
justyna hrycyk

Jej plany orbitowały gdzieś na peryferiach, obydwie zresztą to robiłyśmy – snułyśmy deluzyjne wizje o życiu między pagórkami, gładzeniu zielonej trawy i wypasaniu owiec, koniecznie w uszytych z prześcieradeł, kloszowanych sukienkach #cottagecore #fairycore #2klesbiandream – nowy trend wśród vintedziar, uwielbiałyśmy vinted, jedno z wielu naszych uzależnień. Przesiadywałyśmy całe dnie w kwiecistej pościeli i scrollowałyśmy: ona tiktoka, zapewniającego jej wygłodniałemu mózgowi dzienną porcję dopaminy, ja retro vintydżowe kreacje na przemian ze slowhopem, patrząc na miejsca, w które nie pojedziemy, bo nas nie stać, ale w które pojechałybyśmy na bank, gdyby stać nas było: hippie tipi w Górach Stołowych, jurta z sauną parową w Beskidzie Sądeckim, domek na drzewie pod Krasnymstawem. Pławiłyśmy się całe dnie w tych sennych wizjach zasnutych oparami dymu z blantów i e-szlugów o smaku waty cukrowej, karmiąc nasze młode ciepłe ciała hojnymi dawkami hedonistycznych przyjemności – seks, netflix, thc, przetworzone żarcie – wszystko jak gdyby będące lewą stroną marzenia, bebechami ideału dryfującego poza naszym zasięgiem. Potrafiłyśmy jednak oszukiwać, stosować różne triki serwujące przymglonym umysłom bajkowe fatamorgany: perwol limited edition o zapachu suszącego się na lipcowej łące prania, bawełniane kwieciste poszewki z lumpeksu, playlista ambient summer forrest z ćwierkaniem ptaków w tle, no i oczywiście masło. Masło było naszym sekretem, odkryłyśmy to pewnego wieczoru, analizując nasze wybory żywieniowe: jeśli czipsy, to tylko wiejskie ziemniaczki, masło z solą, jeśli ciastka to tylko maślane z różaną marmoladą, jeśli cuksy to tylko maślane krówki, a jeśli już od wielkiego dzwonu zdarzył się obiad – makaron z masłem, najlepszy comfort food, the hottest snack in the universe. Ciężko mi przypomnieć sobie, jak to się stało, chyba po prostu byłyśmy spragnione miękkości – to był maślany czas, ta konsystencja nas przyciągała, lśniący błysk, najpiękniejsze glow pod słońcem i to uczucie na języku, aksamitnie domowe jak lizanie matczynej skóry poniżej łokcia. Z bijącym sercem obserwowałyśmy rosnące ceny masła, ściskając pod kołdrą swoje blade dłonie – wiedziałyśmy, że łatwo nie poddamy naszej zbudowanej z osełek twierdzy, że jesteśmy w stanie poświęcić wiele dla ratowania nihilistycznego sanktuarium rozpusty, granicą było wychodzenie z domu. Co kilka dni wygrzebywałam więc z jakiegoś pawlacza nieużywaną prostownicę do włosów, żeliwną patelnię czy sokowirówkę, robiłam zdjęcie, wrzucałam na olx i czekałam, aż do moich drzwi zapuka chodzący bankomat z plikiem pozwalającym przeżyć kolejny tydzień. Nic nie było w stanie nas powstrzymać, chciałyśmy przesady – nasze chude ciała ocierały się o siebie, kości biodrowe trzaskały – wcierałyśmy w nie tłuszcz z czipsów, pławiłyśmy się w błyszczących drobinkach soli, kroplach maślanego oleju, potu i śliny. Byłyśmy bardzo szczęśliwe.

Lato tego roku było gorące, cieszyłyśmy się na to, no bo w końcu można będzie palić szlugi na balkonie i obracać twarz w ciągu dnia jak ten słonecznik, wpatrując się w okno, żyć nie umierać. Coś jednak zaczęło się zmieniać, czasami czułam ciężkie powietrze wpełzające do gardła i zaciskające tam jakiś supeł, nie chciałam dać po sobie poznać tej niedogodności, wychodziłam więc na balkon z papierosem w dłoni, po czym kładłam się na płytkach i liczyłam do 33, moja ulubiona liczba, zwykle pomagała. Jednak potem doszła jeszcze lepkość, leżąc w łóżku, czułam strużki opływające nas wokół, podnosiłam wzrok i z przerażeniem obserwowałam spływający po ścianach strop – bryłki masła topiły się, żółte kaskady odsłaniały ciągi pęknięć i dziurek, materializowały się ze wszystkich stron, mimo że w istocie były pustką, widziałam je dokładnie. Wpatrywałam się w te otwory, ona nieporuszona jadła czipsy, okruszki leciały na moje uda pomiędzy kłębami niepranej od tygodni pościeli. Potem kładła swoją tłustą dłoń na moim brzuchu, wzdrygałam się mimowolnie, od razu zdjęta przerażeniem wobec nowego odruchu i tego, że zauważy – nic jednak się nie działo, nie odrywała wzroku od ekranu, oblizywała wargi. W nocy nie mogłam spać, prześladowana uczuciem sklejania, tego, jak bardzo nasze ciała lepią się do siebie, do otaczającego nas pomieszczenia kapiącego mi na czubek nosa, monotonnie, nieubłaganie, kap kap kap. Skopywałam z siebie kołdrę, przesuwałam się na skraj materaca i tak leżałam, lewą piętą dotykałam podłogi, żeby się jakoś uziemić, a tam chlup, rozlewająca się żółta kałuża, cofałam nogę zdegustowana, ale było za późno, już wstałam lewą i nie dało się tego cofnąć. Resztki mojego masła wytapiały się, spływały wzdłuż skroni i pleców, by wsiąknąć w napitą gąbkę, magazyn naszej esencji, pamiętnik wszystkich zamglonych miękkich maślanych chwil. Było mi słabo, wychylałam głowę i wstrząsana torsjami patrzyłam w odbijającą się w kałuży dziurę, przez którą nieubłaganie i brutalnie wdzierał się świat. Miałam sól w oczach, pot na skroniach i masło na ustach, zaciskałam dłonie w pięści, wbijając paznokcie w śliską cienką skórę. Ani razu nie zwymiotowałam.

Najbardziej niepokojący był jednak brak zmiany w niej, zdawała się wcale nie dostrzegać zbliżającej się katastrofy – co dzień niezmiennie tuż po przebudzeniu, z zamkniętymi oczami sięgała po bletkę i tłustymi palcami zwijała śniadaniowego blanta, wylizując w międzyczasie opakowanie po maślanych ciastkach. Podawała mi go, nie umiałam odmówić, udawałam więc, że się zaciągam, ona niewzruszona scrollowała coś w telefonie, opierając głowę na moim ramieniu. Poziom płynu na podłodze sięgał już poziom łóżka, materac zaczynał śmierdzieć zgnilizną jak leżąca w naszym zlewie, niezmieniana od miesięcy gąbka do naczyń. Brak niepokoju w jej oczach podsuwał mi jednak zatrważającą, lecz logiczną konkluzję – zwariowałam, bez wątpienia miałam omamy, zwidy, pomieszało mi się w głowie, nie odróżniam snu od jawy. Miałam problem, to pewne – bałam się w nocy zmrużyć oczy, bałam się utonięcia w maśle, nigdy nie nauczyłam się dobrze pływać. Przestałam więc jeść i spać, przestałam palić i scrollować, całe dnie kręciłam się w tę i z powrotem, odbijając się od ścian, brodząc po kolana w mętnym płynie wypełniającym sypialnię, w nocy zaś szczypałam się po przedramionach, by odgonić podstępnego Morfeusza żeglującego maślanym Styksem przez nasze mieszkanie. Przeczekam to, myślałam sobie, to tylko lato, to na pewno kwestia ciepła, upału i duchoty, wszystko uspokoi się z pierwszymi jesiennymi wieczorami, liście zabarwią się na kolor masła, masło stężeje i znów będzie stabilnie, znów będzie miło miękko i przyjemnie, znów będzie dobrze. Znów zjem maślane ciastka, dam jej do wylizania palce, a potem będziemy się kochać, powoli i leniwie, pod błyszczącym maślanym sufitem. A potem obejrzymy „Gotowanie na marihuanie”, zapalimy blanta, zjemy czipsy i znów będziemy się kochać, znów będziemy lizać swoją błyszczącą skórę, znów poczujemy masło na języku, na opuszkach palców i między udami. Znów będziemy naprawdę szczęśliwe.

Którejś nocy, po zrobieniu kilku rundek wokół mieszkania, starając się pohamować mdłości, wpełzłam na śmierdzący zjełczałym tłuszczem materac. Oparłam się o ścianę, będącą w tamtym momencie już ledwie nędznym maślanym murkiem, sięgającym poziomu moich łopatek. Spojrzałam w górę, była połowa sierpnia, nad nami bezchmurna noc pachnąca ostatkami ciepłego powietrza, dymem papierosowym i gnijącymi mirabelkami. Wciągnęłam w płuca tę obietnicę końca lata, zakręciło mi się w głowie, w nagłym przypływie błogości zamknęłam oczy. I wtedy poczułam jej dłoń wsuwającą się w moją i jej usta, lepkie i maślane, przy moim uchu. I usłyszałam, jak szepcze a jej słowa są jak ciepłe masło wlewające się do mojej głowy:

– Pójdzie jak po maśle, tylko się nie oglądaj.

I wytopiła się, wyciekła mi przez palce, gorąca i płynna, bez żalu, łagodnie, z pokorą. I zrozumiałam wtedy, w końcu do mnie dotarło: była księżniczką tego pałacu, była tym maślanym miejscem, a ono było nią, płynęło w jej żyłach i tętnicach, napędzane jej maślanym sercem. Zwolniłam uścisk, nie miałam siły walczyć; od tamtej chwili nie było już niczego, czego mogłabym się złapać, wszystko płynęło. Otworzyłam oczy i spojrzałam w górę, pierwsze promienie porannego słońca łagodnie rozprawiały się z resztkami jasnych fundamentów naszego domu. Przeciągnęłam się leniwie, z kącika lewego oka wytoczyła się, po raz pierwszy od dawna, kropla słonej wody, zlizałam ją z policzka. A więc jednak, świat. A więc jednak. Jak nóż w masło.

.

.

proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie
fot. Emilia Oksentowicz

.

.

justyna hrycyk (1997)
animatorka kultury, pisarka, artystka interdyscyplinarna, torciara i fanatyczka czipsów duszków. ulubiony cytat: wszystko wszędzie naraz. ulubione tematy: ciało, relacje, wspomnienia, jedzenie. od dwóch lat w rozkroku pomiędzy wsią a miastem; głównie (lecz bez wyłączności) we Wrocławiu.

PODZIEL SIĘ