5
.
Emma
.
Rodzice pojechali na ceremonię podpisania pism rozwodowych, a my zaczęłyśmy skakać po ich małżeńskim łóżku i liczyć zapamiętane awantury nad mleczną zupą z żółtym makaronem. Migały nam w oczach jak kulawe baranki, maskotki bezsenności.
Nieparzysta liczba przegrywała.
.
Alba
Zostałyśmy same.
I to był poranek.
I to był jeden z tych naszych dni.
.
6
.
Emma
Zaczęłyśmy od francuskiego śniadania. Zjadłyśmy za dużo i przeszłyśmy do łazienki. Teraz należało nanieść wszystkie szminki na szyje i policzki. Potem obrysować usta tuszem do rzęs, nie myląc się ani razu. Potem przymierzyć lustra przed koralami, naszyjnikami i łańcuszkami. Lustra były duże i małe. Wanna była duża. Kąpiel była długa. Woda zabarwiła się na zupełnie nowy kolor. Szkoda ją było wypuszczać, więc poszłam po kieszonkowe lalki z pokoju Alby i firanki z okienek ich trzypiętrowej willi. Nakryłyśmy im uda ślubnymi sukienkami i sprawdziłyśmy, czy umieją już pływać. Żadna nie umiała.
.
Alba
Sukienki zmieniły kolor, a one leżały na plecach, patrzyły w sufit i czekały, aż panowie młodzi spadną z białego nieba i je nakryją. Ale panami młodymi dzisiaj nie obrodziło. Najlepszy kumpel Emmy nie żyje, a jego mali plastikowi żołnierze zginęli na froncie.
No więc skoro tak, trzeba było wypić za ich krew. Jedna butelka po wczoraj leżała rozbita w ogródku, ale druga jeszcze w lodówce i zostało akurat na dwa wysokie kieliszki. Wypiłyśmy duszkiem. Raz się zakrztusiłam, ale popiłam mlekiem, którego nie lubię, ale jest dobre na przepijanie.
.
7
.
Emma
To był nasz dzień.
A potem rodzice wrócili, osobno, do siebie.
I sny nam wróciły. I lunatyczne rozmowy.
I mieszkałyśmy jakby nigdzie, pomiędzy nimi.
.
Alba
Chodź ze mną.
Pokażę ci wieżę,
a w niej okienko,
siwego czarodzieja,
biały scyzoryk
i czarny balon
z dobrej pępowiny.
Zrobimy
sen.
Dziecko.
Pierścionek z ognia.
.
8
.
Emma
W dniu dwudziestych siódmych urodzin Alba była niespokojna.
Cóż, znak czasu. Sprawa księżyca, mchu, rozmarynu. I sprawa dla Hildy.
Hilda.
Kocham jej piwniczny niepokój. Dyskretną furię, którą można polizać. Possać. Pocałować.
Hilda, z którą mam sny. Wszystko, co dobre, robimy w cudownie przenośnych trójkątach z ust, oczu i palców. Na skraju języka rozcieram czasem zasuszone rodzynki jej sutków. Zawsze jest wtedy świeżo po deszczu. A ona, pochylona z karmazynowym nożykiem, nacina lepką pochwę październikowego borowika.
.
Alba
Hilda.
Babcia, czarownica i zimorodek.
Musimy iść do Hildy.
.
9
.
Emma
Z początku ciemność. Głuchy zapach kamiennych progów. Trzepot nad nami. Nietoperz drasnął czarną zasłonę. Nawet nie zdążyła się poruszyć.
Weszłam pierwsza.
Znikliwa woń prażonych nasion miłorzębu jakby dusiła się w piwnicznym powietrzu tej izby. Ścinki węgla. Dawno domknięte słoiki. Słodkawe próchno. Jaszczurki zastygłej wilgoci. Dyskretna pleśń i pokrewne zjawiska przyziemne. Ukazała się ciemnodębowa sień z niskim sufitem. Okno wyścielone czarną poduszką między podwójnymi szybami. Na wprost od sieni (nie mogłyśmy jednak odnaleźć otwartych przed chwilą drzwi) równie drewniany okrągły stolik z martwymi plamami wosku i prawdopodobnie atramentu lub soku z jagody (zapach wsiąkł). Popatrzyłam na piękny, spękany kuchenny blat i zrozumiałam, że nie mamy już odwrotu.
Alba
Hilda położyła przed nami błyszczącą tacę z naparem i trzema fajansowymi filiżankami, drobniutkimi jak z domku lalek. Coś strzeliło w zaroślach, poruszył się kot śpiący pod piecem. Poza tym bezwietrzna cisza. Kątem oka widziałam, że lewa dłoń Emmy lekko drży na szmaragdowym obrusie, grubym i szorstkim. Pod nim była ciężka, emaliowana szuflada. Otworzyłam ją cichutko i namacałam sztywną dratwę.
.
10
.
Emma
Nic nie mówiłyśmy nad herbatą. Był to w każdym razie napój podobny do zielonej herbaty, o nieco pieprznym, rozgrzewającym posmaku. Hilda poprosiła, żebym nakarmiła Zulę, jej papugę żałobnicę. Przysypiała na strychu: uwielbiała ten lufcik na niebo, zawsze gotowy do otwarcia. Wiedziałam, gdzie znajdę kwiatowy pyłek, zamknięty w gigantycznych słoikach z nalepkami egzotycznych nazw. Zeszłam do piwniczki pod sienią, która znowu pachniała odkwitającymi bulwami kartofli i pyszczkami otrutych szczurów. Nie wiem dlaczego, ale zawsze cieszyłam się, że piwniczka nie jest zamykana na klucz. Dawało to wprawdzie pewność, że nie natknę się na plamy czegoś, co przypomni krew. Wiśnie, wino, wywar z buraków. To mi zupełnie wystarczało.
.
Alba
Mam dwadzieścia siedem lat.
Alba mówi, że wtedy miałam dziesięć. A teraz mam dokładnie tyle, że mogłabym leżeć tylko w swojej skórze na małżeńskim łóżku rodziców i skubać tacie stwardniałe, przyprószone witki na podbródku, a tata gładziłby moje włosy, niepodobne do jej włosów, ale też rosnące od dwudziestu siedmiu lat, i nic by przy tym nie mówił, a ja mówiłabym dużo w tym brudnoróżowym amoku, do mężczyzny w wieku mojego taty, z którym chodzę do łóżka, bo mój tata tak rzadko całował mnie w łóżku na dobranoc, kiedy miałam siedem, sześć i pięć lat.
Mam dwadzieścia siedem lat i mogę już być kochanką swojego taty. Dlatego jestem tu, z Hildą, u Hildy. Bo Hilda za dobrze wie, co to znaczy dożyć wieku kochanki taty. Bo żyje już tyle, ile żyją trzy kochanki taty razem, chociaż tata podobno miał jedną. Bo Hilda co roku, na wiosnę, na wczesną wiosnę topi w rzece pluszowe kukły zimnych chłopców, którzy pili zimne mleko, bo mieszkali w zimnych chatach, gdzie zawsze wisiały noże, siekiery, harpuny i łomy do zimnych przerębli na rzece i w ziemi, bo zimy były długie i nieustępliwe, a ogień słaby i łatwo topniejący.
Mam dwadzieścia siedem lat.
.
11
.
Emma
W sypialni zostały same. Hilda rozkłada karty. Jaką talię wybierze Alba.
Są dwie. Perrault i Andersen.
Wróciłam na strych i podałam kolację Zuli. Nic nie mówiła, a ja nie miałam słów, które nadałyby się do powtórzenia.
Teraz trzeba było poczekać, aż Alba zaśnie. Hilda natarła jej powieki i policzki zimną maścią z natki pietruszki i rozmarynu. Zielna woń szybko oplotła kuchnię.
Było parnie, trochę mgliście. Gryząc lekko dolną wargę, wywołałam swój dawny sen. Stałam na baczność w ciemnym gabinecie dyrektora legendarnego hotelu, w którym pod łóżkami dywaniły zeszłoroczne liście, a na dole w salonie baczkowaci harpagoni odziewali gości-kuracjuszy w uroczyste stroje z minionego wieku. Za godzinę miała być zabawa: noworoczny bal w puszystej asyście późnoromantycznych uczniów fortepianu. Jednym z nich był mój ojciec, który w gabinecie swojej kancelarii trzymał nieczynnego od dawna Steinwaya z ukrytą w tylnej nóżce złotą papierośnicą dziadka. Na korytarzu pachniało pieczoną cebulą i karmelizowaną gruszką. Ale na razie dyrektor hotelu dwuznacznie rejestruje moje przybycie i cedzi opryskliwym basem, że nie widzi mojego nazwiska na liście kelnerek.
.
Alba
Miałam sen. Nie — Jeszcze jeden się zbliża. Poczekajcie —
Jeszcze jeden i zaraz wstanę – – –
.
12
.
Emma
Teraz w kuchni było tyle światła, ile dawał księżyc. Na palcach, żeby nie obudzić, zaczęłam szukać ziarenka gorczycy ukrytego gdzieś nad piecem w maleńkim jedwabnym woreczku przewiązanym lnianym sznurkiem. Hilda pozwalała mi rozgryźć to jedno, jeśli sama je znajdę. Szukałam powoli, ale bez powodzenia.
Alba pogrążyła się w letargu. W księżycowym świetle pod smukłymi jemiołami łuskałyśmy z Hildą groch. Opowiadała nowe historie z czasu młodości. Ale wcześniej podała mi talię. Dwadzieścia dziewięć z trzydziestu kart. No oczywiście: brakowało tej z czarno-białą fotografią mężczyzny leżącego na wznak na pryczy. Ociężały brodacz w grubym pasiastym szlafroku zaczyna płonąć od bosych stóp. Języki ognia sięgają już potężnych ud. Pod łóżkiem leżą dwa duże klucze, które kiedyś były pantoflami, ale ogień je odmienił. Z sufitu jakiejś piwnicznej celi zwisa klosz w kształcie ogromnej dyni.
Hilda uśmiechnęła się wąsko. Jej spękane usta coraz głębiej wsiąkały. Oczy wciąż nie gasły. Nadal miały to punktualne światło pełni. Chciałam coś powiedzieć, ale opadłam z sił. Słowa nie były nam potrzebne, ale drapały w gardło. Trochę jak ta podława benzyna, którą pod garażowym regałem smarowałyśmy z Albą szyje, żeby przymierzyć przed niewidocznymi lustrami zapach sześćdziesięcioletniego mechanika. Hilda poszła po ziarna dla kur. Alba spała.
.
Alba
Nigdy nie miałyśmy brata – Brat by nam się przydał –
Trzeba sobie radzić – Sztuczne mleko, sztuczny brat –
Byłam w ósmej b – I był tam chłopak nadający się –
To nie było trudne – Z sypialni rodziców do piwnicy jest naprawdę blisko – Chłopcy lubią piwnice –
Ciągle powtarzał, że chce uciec z domu, jak tylko zaczną się wakacje – No to pomogłam i umeblowałam mu ucieczkę –
W piwnicy jest wszystko, co trzeba – Nawet okienko, bez krat i pajęczyn – Załatwiłam dziwne książki, pudła modelarskie, męskie kosmetyki –
Był mi wdzięczny – Hilda się zgodziła – Mama miała bezterminowe wczasy w porządnej klinice bez mężczyzn i chłopców – Nie dała nam brata i miała tam co robić –
.
.
.

.
Adam Buszek
Poeta, nauczyciel, animator literatury. Absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor książki poetyckiej Cztery strony twarzy (2016). Laureat ogólnopolskich konkursów literackich. Współpracownik prasy literackiej oraz instytucji kultury. W latach 2019-2022 redaktor serii wydawniczej PIW „Poeci do kwadratu”. Instruktor zajęć literacko-językowych dla dzieci w krakowskich klubach kultury. Twórca mobilnej pracowni edukacyjnej Dam Słowo organizującej warsztaty literackie, spotkania czytelnicze i akcje społeczne promujące kulturę słowa. Jej główną ideą jest praca nad rozwojem twórczym, kulturą języka, dialogiem międzypokoleniowym oraz integracją społeczną. Od 2022 roku odbyło się kilkanaście cyklicznych wydarzeń w Małopolsce oraz Wielkopolsce. Strona społecznościowa Dam Słowo: www.facebook.com/klubslowa.
