Wieczorem, stęskniony za miastowymi rozrywkami, idę do klubu.
Rano zastaję siebie w poniekąd banalnie klasycznie sytuacji, znanej głównie z komedii lub kawałów. Obok mnie w łóżku spoczywa jakaś panna. Leżę przez chwilę bez ruchu, starając sobie przypomnieć, co zaszło minionej nocy. Wpatruję się to w sufit, to w okno. Mam nadzieję, że to nie ktoś z rodziny lub kolejna sąsiadka. Panna ma czarne włosy. Takich nie ma ani Mona, ani Ilona, ani także Aldona. Czyli ktoś nowy. Pamiętam, że w klubie byłem dość aktywny, szczególnie po północy. Rozmawiałem z wieloma osobami i tryskałem przy tym elokwencją i swobodą. Przynajmniej w moim mniemaniu. Zaczepiałem wiele kobiet. Właściwie nawiązywałem znajomość. Ale jeśli chodzi o moją łóżkową towarzyszkę, nic mi nie przychodzi do głowy. Nigdy bym nie przypuszczał, że coś takiego może przydarzyć się mnie samemu. Owszem, Patykowi. Ale mnie? Już nigdy tak wesoło nie będę się śmiał z tych kawałów.
Nadal leżę bez ruchu, choć chętnie bym wstał, żeby się odsikać i najlepiej gdzieś ulotnić. Kiepska sprawa. Nie muszę chyba dodawać, że boli mnie głowa i mam mdłości. Zerkam, nie ruszając głową, na dziewczynę. Jej twarz jest jednak zasłonięta długimi, czarnymi włosami. Zastanawiam się, na ile okaże się brzydka i ile czasu zajmie mi pozbycie się jej.
Postanawiam wymknąć się jednak do łazienki. Tam się trochę ogarnę i wtedy, pewniejszy siebie i z pozycji stojącej, ocenię właściwiej sytuację.
Złażę z łóżka i zaczepiam o lampę, która stoi obok. Zwalam się z nią na podłogę. Dziewczyna podnosi głowę z poduszki. Patrzymy się na siebie zdziwieni. Ja – ponieważ jej twarz jest mi kompletnie nieznajoma, ona – ponieważ muszę chyba wyglądać jak przestraszony idiota. Jestem cały goły i ze wstydu zakrywam przyrodzenie skarpetką.
- Jakieś problemy? – pyta dziewczyna.
- Właśnie nie chciałem cię budzić – czuję mdły wstręt, przede wszystkim do siebie.
- Pomóc ci w czymś? – panna patrzy na mnie uważnie.
Stwierdzam, że spodziewałem się czegoś gorszego, jeśli chodzi o wygląd mojego nieznajomego gościa. Jej uroda jest może specyficzna, trochę nazbyt oryginalna, ale nie mogę powiedzieć jednak, że dziewczyna jest brzydka. Typ takiej Andaluzyjki, czarne oczy, brwi i oczy. Szerokie, ciemnoczerwone usta. Śniada cera. Ruchy i głos zdradzające temperament.
- Coś ty, spoko – uspakajam. – Po prostu rano mam niskie ciśnienie. Wszystko mam spowolnione, łącznie z reakcjami. Wiesz, długo się rozkręcam. Poza tym czuję się świetnie – bekam z mdłości w zapewnieniu.
- Nie musisz się tak zasłaniać. Już go widziałam. Poza tym ta skarpetka jest raczej za duża na niego – ziewa dziewczyna. – Chyba on też cierpi na niskie ciśnienie, tyle że w nocy.
- Alkohol, a szczególnie jego nadmiar, nie wpływa stymulująco na te sprawy, jak wiesz. – tłumaczę się.
- To dlaczego pijani faceci zawsze mnie zaczepiają?
- Bo są pijani i nie wiedzą, że i tak by im nie wyszło – gramolę się z podłogi.
- To po co piją?
- Są nieśmiali i nie wiedzą jak zagadać do kobiety.
- Czyli koło zamknięte.
- Nie jest tak źle. Niektórym jakoś tam mimo wszystko wychodzi. Nazywa się to wpadką. Dzięki tym wpadkom rodzaj ludzki jeszcze nie wyginął – staję wreszcie na dwie nogi. Skarpetkę wieszam na lampie, którą stawiam z powrotem w pionowej pozycji. Wychodzę do łazienki.
W łazience wpadam do wanny i zaczynam się oblewać obficie wodą. Po omacku sięgam po mydło, gdy ktoś wkłada mi je w dłoń. Otwieram oczy.
- A kuku – dziewczyna siedzi naga na brzegu wanny.
Mydło wyślizguje mi się z rąk.
- Umyć ci plecy? – ofiaruje się czarnulka, podnosząc mydło.
Jakie to kobiece. Natychmiast budzi się we mnie starokawalerska czujność. Nie chcę być jednak zbyt grubiański.
- Chce ci się?
- Słuchaj, gdzie ja właściwie jestem?
- No, u mnie.
- Ale jaka to dzielnica?
- Żolimont.
- Ale numer. Mam paru kumpli z Żolimontu.
- Ale numer.
- Znasz może Dziuplę i Gwizdaka?
- Jeszcze nie.
- A Chromolca i Perłę?
- Wiesz, ja nie jestem chyba z tego kręgu. Ja znam Patyka i Molka.
- Bolka? Którego, Wiagrę?
- Bolek Wiagra? – pluję wodą.
- Ja znam Molka. Nie Bolka. Em jak Malwina. – puszczam więcej gorącej wody.
- Coś mi to mówi, ale nie kojarzę. – Hiszpanka ogląda siebie w lustrze.
- Nie masz czego żałować.
- Przecież to twój kumpel. – dziwi się dziewczyna. Płuczę sobie gardło.
- Ja mam sporo kumpli i kumpeli. Chociaż więcej kumpli. A ty? – czarnula staje profilem do lustra.
Ma nawet niezłe piersi. Niezbyt może duże, ale za to jędrne, stojące i zadziorne. Naprawdę okej.
- No, mówiłem, Patyka i Molka – patrzę się na jej ostre, ciemne sutki.
- Tylko dwóch?! – dziewczyna zdziwiona wciąga brzuch.
- Czasem nawet ich mam dosyć.
- Kto by wytrzymał tylko z dwoma kumplami? Musisz poznać więcej ludzi – panna obraca się tyłem do lustra. Z odwróconą głową bada swoje pośladki. Pupę ma podobnie jak piersi; zwartą i odstającą. Porasta je lekki meszek. Jak dwie połówki brzoskwiń.
- Podoba ci się moje imię? – pyta nagle Andaluzyjka.
Oczywiście jak to w komediach i kawałach bywa, nie pamiętam jej imienia. Na drugi raz będę sobie zapisywał. W podobnych okolicznościach.
- Jest ok – mówię, bo pewnie jest.
- Prawda? Ale muszę ci coś powiedzieć. – Hiszpanka wpija we mnie swoje ciemne oczy.
Robi mi się nieswojo. Zastanawiam się czy mi zaraz oznajmi, że ma jakąś chorobę weneryczną, czy że jest transwestytką.
- To nie jest moje prawdziwe imię.
- Och, naprawdę? – znowu udaję głupa.
- Mówiłam ci, że chcę zdawać na iberystykę, bo jestem zakochana w Hiszpanii. Stąd to imię. Zawsze marzyłam, żeby nosić hiszpańskie imię.
- Właśnie, trochę byłem zdziwiony, gdy się przedstawiłaś, chociaż z twoim wyglądem.. Całkiem pasuje.
- A jakie inne hiszpańskie imię mogłoby do mnie jeszcze pasować, jak myślisz? – iberystka in spe przeszywa mnie swoim czarnym spojrzeniem i zaczyna kręcić biodrami jakby w rytm flamenco.
- Ja wiem… – usiłuję sobie przypomnieć jakiekolwiek latynoskie imię kobiece. – Może Ramona? – przypomina mi się starożytna piosenka Armstronga.
- Przecież ja jestem Ramona! – sztywnieje panna.
- O jej, jasne, pewnie, no tak, przejęzyczyłem się po prostu, cholera. Miałem na myśli tą.., no, Dolores. – szczęśliwie szybko wymyślam.
- A tak, Dolores brzmi bardzo ładnie – zgadza się udobruchana Ramona. – Ale póki co, będę jeszcze Ramoną. Noszę to imię dopiero miesiąc i jeszcze się nim nie nacieszyłam. A ty jakie hiszpańskie imię chciałbyś mieć? – Ramona pakuje mi się do wanny.
- Na pewno nie Alfonso – usiłuję być dowcipny. – Mogę być Juan, ale koniecznie z przydomkiem don.
- No, nie wiem. Jeśli zawsze się tak sprawujesz jak w tę noc… – powątpiewa Ramona. – Chociaż ja mogłabym się wtedy nazywać Juanita.
- Czyli Janina.
- Powiedziałam Juanita.
- Juan to odpowiednik naszego Jana, czyli Juanita to Janina – wyjaśniam.
- Dobra, ale ponieważ z ciebie żaden don Juan, nazwę cię Enrique, tak jak Enrique Iglesias. – decyduje Ramona. – Jesteś taki chłopięcy jak on. – Ramona wylewa mi pół butelki szamponu na głowę. Zamieniam się w pianoluda.
- Czyli Henryk – mówię, podczas gdy Ramona spłukuje mi głowę.
- Co Henryk?
- Zdrobniale Henio, Heniuś, Heniek. Twój hiszpański Enrique.
- Oj, gadasz jakieś głupstwa. Język hiszpański jest zbyt piękny i romantyczny, aby go przekładać na inne języki. To co robisz, to chamska profanacja.
- Słuchaj, wyjmij korek, bo się woda przelewa.
Ramona zakręca wodę.
- Chyba ktoś dzwoni – nadstawia ucho.
- Aha, to do drzwi. Pewnie zalaliśmy sąsiadów z dołu – stając na posadzce w kałuży wody z pianą, wpadam w poślizg.
Wylatuję z łoskotem do przedpokoju. Słyszę kolejny dzwonek i pukanie, gdy leżę z nosem przy drzwiach wejściowych.
- Kto tam? – pytam z podłogi.
- Kominiarz.
- Ja nie mam komina. – wyjąkuję.
- Kalendarze na nowy rok roznoszę.
- Na nowy rok kupiłem od was w maju.
- Mam jeszcze nowszy.
Gdy udaje mi się wstać, otwieram drzwi.
- O, przepraszam, przeszkodziłem chyba w toalecie porannej – kulturalnie zaczyna pan kominiarz. – O, proszę tylko popatrzeć, jaki ładny kalendarzyk – rozkłada kalendarz – Piękne zdjęcia. Zwierzątka futerkowe.
- Ale ja już kupiłem kalendarz na nowy rok. Kupiłem w maju. Entomologiczny.
- Że co?
- Z owadami.
- A to nie u mnie pan kupił. A poza tym, po co panu jakieś robale. Zwierzątka futerkowe to co innego. Pan popatrzy, jakie one milutkie.
- Niech pan mnie źle nie zrozumie, ale zwierzęta futerkowe jakoś źle mi się kojarzą – oponuję lekko. Chyba za lekko.
- Co pan, dlaczego? Tu proszę, pan popatrzy, jaki fajny chomik. Tu świnia morska. Widzi pan te czerwone oczka? A tu znowu, niech pan zerknie na marzec; biała myszka. Pan zobaczy jaki ma sympatyczny pyszczek. Nie przygarnie pan takiej małej myszki?
- Zaraz, a tu? – patrzę na kwiecień przyszłego roku. – Przecież to szczur! – wzdrygam się.
- Panie, zgoda, szczur, ale udomowiony. Wie pan jakie to jest mądre stworzenie? Taki szczur to więcej niż pies i kot razem wzięci.
Otwierają się drzwi z przeciwka i wygląda ciekawsko mój towarzyski sąsiad.
- A, pan kominiarz, zaraz, gdziej mam jakiś guzik.. – sąsiad maca się po ubraniu. Zadziera w końcu kusy sweterek, aby dostać do guzików od koszuli. – O, jest. Teraz będę musiał spotkać kogoś w okularach.
- Mam tu dyżurne. – Kominiarz wyciąga okulary z kieszeni i nakłada na nos. – Klient nasz pan.
- Nie, nie – nie zgadza się mój sąsiad. – Reguła jest taka, że w okularach ma być ktoś inny.
- Inny? – dziwi się kominiarz w dyżurnych okularach.
I rzeczywiście, dość dziwnie wygląda on w okularach.
- Nie kominiarz. Musi być cywil – twierdzi staruszek. – Nosi pan, sąsiedzie, jakieś okulary? – zwraca się do mnie.
- Nie noszę.
- No tak, pan jeszcze młody..
- Dam panu moje na chwilę – wymyśla kominiarz.
- Nie, nie. Jeśli ten pan nie nosi okularów, to nie może udawać że nosi. To fałszerstwo. Reguła jest taka, że muszą być własne – upiera się dogmatycznie staruszek.
Stoimy we trójkę, myśląc nad rozwiązaniem tego problemu.
- Mam co prawda przeciwsłoneczne, ale nie wiem czy takie się liczą?
- W końcu to też okulary – decyduje po namyśle mój sąsiad. – Mógłby je pan na chwilę założyć?
Wracam po chwili w przeciwsłonecznych okularach, przepasany ręcznikiem. Ramona woła za mną, czy idę na plażę.
- Klawo! – ucieszony staruszek na mój widok puszcza guzik
- Więc jak będzie z tym kalendarzem? – upomina się kominiarz.
- Musi pan wiedzieć panie kominiarzu – zabiera głos mój sąsiad – że ja już mam trzy; jeden z owadami, drugi budowlany, z koparkami spychaczami i dźwigami, zatytułowany jest: „Inżynieria ekstremalna”, tak właśnie.. Jest też, w istocie, ekstremalnie duży. Zajmuje mi w sypialni pół ściany. Powiesiłem go tam, bo tylko tam miałem jeszcze na ścianie dość miejsca. Trzeci jest na rok bieżący. Wisi w liwingrumie. Płazy i gady. Ohyda. A więc, krótko mówiąc, nie mam już miejsca – kręci głową staruszek. – Chyba, żeby pan miał…
- Mam ze zwierzątkami futerkowymi – podsuwa kominiarz.
- Niee, nie to miałem na myśli.. Pokaż pan.. Nie no, co pan, jakieś myszowate będę sobie wieszał na ścianie. Przecież to cały rok trzeba się potem na to patrzeć. Już mam dosyć tych krokodyli i węży. Śnią mi się po nocach. Jakiegoś przyjemnego, z laseczkami, typu Pirelli, pan nie masz? Hę? – podpala się staruszek.
- A ty co tak długo tu robisz? Co tu się dzieje? – dochodzi do mnie z tyłu głos Ramony. – O, pan kominiarz – Ramona zdziwiona patrzy na korytarz. Ponieważ jest tak jak ja, przepasana tylko ręcznikiem, nie może złapać się za guzik.
- Mógłby pan chwilę poczekać? Narzuciłabym na siebie coś z guzikami – Ramona zwraca się do kominiarza.
- Oczywiście droga pani – uprzejmie odpowiada pan kominiarz.
- Che, che, sąsiad to widzę w czepku urodzony, ciągle jakieś panny. Ech, młodość! – staruszek wyraźnie się ożywia na widok Ramony.
Pojawia się z powrotem Ramona w zapinanej na guziczki bluzce. Jest widoczne, że jest to jedyna część garderoby, jaką ma aktualnie na sobie. Trzy pary męskich oczu zawieszają się przez moment na jej młodych wdziękach.
- Teraz trzeba spotkać kogoś w okularach – Ramona rozgląda się po korytarzu, trzymając się za guzik.
- Ja mogę założyć moje dyżurne – proponuje bardzo nieśmiało kominiarz.
- Nie, już mówiłem panu, że to się nie liczy. Panienka poczeka, przyniosę swoje do czytania. – ordynuje staruszek.
- Super! – wykrzykuje Ramona.
- To jak będzie z tym kalendarzem? – zwraca się do mnie ponownie kominiarz.
- O, jakie fajne zwierzątka! Jaki kochany szczurek! Miałam kiedyś podobnego. Skąd pan ma taki fajny kalendarz? – pyta Ramona.
- Proszę pani, ja je sprzedaję, na szczęście na nowy rok.
- Super! No tak. Przecież pan jest kominiarz. Kupmy ten kalendarz – Ramona tuli się do mnie we drzwiach. W tym czasie wraca mój sąsiad.
- Uwaga panienko, zakładam.
- Och, dziękuję! Ramona puszcza guzik i całuje w policzek staruszka. Gość jest wniebowzięty.
Wygląda na to, że wszyscy bawią się w najlepsze oprócz mnie. Może powinienem się rozluźnić i przyłączyć do happeningu. Może dlatego to moje życie się tak drętwo toczy, bo jestem zgorzkniały drętwus.
- Dobra, biorę ten futerkowy kalendarz – próbuję być jajcarski. – Ma pan jeszcze jakieś inne gadżety na szczęście?
- Gadżety? – kominiarz unosi brwi za służbowymi okularami.
- Właśnie, powinien pan nosić cylinder – wtrąca Ramona. – Tak jak dawniej. Dużo fajniej by pan wyglądał.
- I drabinę – dodaję luzacko. – Cóż to za kominiarz bez drabiny?
- Drabina? Co pan, do piętnastopiętrowych bloków? Drabiny to przeżytek.
- Ale kominy jeszcze są? Czy już tylko sprzedajecie kalendarze?
- Teraz są przewody wentylacyjne.
- I do nich są potrzebni kominiarze?
- Oczywiście! Dbamy o ich drożność.
- Przepychacie je laserem, bo żelazna kula to już pewnie przeżytek?
- Co?! – kominiarz w zdumieniu zdejmuje służbowe bryle.
- Sąsiad jest oczywiście ociupinkę żartobliwy – wtrąca mój sąsiad – ale jednak coś w tym jest, że w epoce budownictwa płytowego, pański fach został częściowo odarty z romantyki.
- Tak, to ja już pójdę. Muszę jeszcze oblecieć parę pięter – kominiarz chrząka nieswojo i chowa służbowe okulary. – Do siego roku.
- Do siego – odwzajemniamy życzenia.
Po jego odejściu Ramona i mój sąsiad oglądają jeszcze chwilę kalendarz z gryzoniami.
- Myszka jest naprawdę słodka! – zachwyca się Ramona.
- Owszem, przyjemna, a tu niech panienka popatrzy na tego świstaka, jaki z niego przystojny kawaler.
- Przypomina bardzo ciebie, macie identyczne profile – chichoce Ramona.
- Chyba żartujesz – powracam znowu do swojej drętwej postawy.
- Oczywiście, że żartuje sąsiedzie – uspakaja staruszek. – Pan ma dużo większe uszy.
- Przepraszam, ale muszę dokończyć kąpiel – tracę kompletnie cierpliwość i poczucie humoru.
Ramona gawędzi jeszcze przez chwilę z sąsiadem, który zaprasza ją do siebie na oglądanie kalendarzy i zegara z kukułką. Mogłaby pójść już zaraz. Nie miałbym nic przeciw.
Po obiedzie złożonym z chleba i puszki sardynek w oleju o apetycznej nazwie „Liberator”, Ramona żegna się ze mną raczej chłodno.
- Hasta la vista, caballero – odbija jej się sardynką „Liberator”.
- Hasta la vista, senorita – przybieram wymuszony uśmiech.
Nie pytam jej o numer telefonu. Ona mnie też. Mówimy hasta la vista, ale powinniśmy powiedzieć adios. Adios Conchito, czy tam Ramono.
.
.

.
Jacek Serwach pseudo Kuba Chawres.
Na co dzień lektor jęz. angielskiego.
Zamieszkały w Warszawie.
Pierwszy krok w „karierze” literackiej to udział w ogólnopolskim festiwalu „Pora Prozy” organizowanego przez Instytut Książki w roku 2005. Zostałem tam zgłoszony przez wydawnictwo Nowy Świat, aby zaprezentować swój debiut książkowy.
Drugi krok to wydanie mojej książki „Metafizyczne Peregrynacje Wróbla & Nochala” przez wydawnictwo Novae Res w 2026. (Empik.com, Lubimy czytac, Świat Książki, Facebook, Instagram)
Prezentowany fragment pochodzi z książki pt. „One”, która to czeka na ujrzenie światła dziennego;)
Moją motywacją do pisania jest ciekawość, a inspiracją obserwacja:)
