Usiadł i zapalił papierosa. Wciąż przyglądał się trzymanej w dłoni kopercie. Była dość gruba. Na górze, w lewym rogu, widniało logo wydawnictwa: czarny, uproszczony rysunek ludzkiej sylwetki widzianej od tyłu. Postać miała lekko uniesione ramiona, jakby coś zimnego właśnie spłynęło jej po karku. Cienkie, faliste linie na plecach przypominały zarówno włosy stające dęba, jak i rozchodzące się po tafli wody kręgi. Pod spodem, starą maszynową czcionką, widniał napis:
CIARY PO PLECACH
— litery wyglądały, jakby odbito je ze starej, pomiętej kalki.
Rozdarł kopertę z boku i wyjął plik papierów. Na pojedynczej kartce znajdował się list z tym samym logo. Odłożył resztę dokumentów i kopertę na stoliku. Założył okulary.
Wziął list. Ręce mu drżały. Zaczął czytać:
Szanowny Panie Piotrze,
zapoznaliśmy się z Pańską powieścią „Nieszczęśliwa Siódemka”. Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem jej klimatu i konstrukcji narracyjnej. Uważamy, iż ta książka powinna trafić do szerszego grona odbiorców. Chcielibyśmy zaproponować podpisanie umowy wydawniczej. Szczegóły znajdzie Pan w załączonym projekcie umowy oraz w naszej propozycji graficznej okładki.
Prosimy o kontakt w ciągu najbliższych dni — najlepiej do 24 lipca br.
Z wyrazami szacunku,
Ryszard Wileniuk Jaskowicz
redaktor prowadzący
Wydawnictwo Ciary po Plecach
P.S. W razie, gdyby był Pan niepewny drogi, proszę iść tak, jak Pański bohater w rozdziale ósmym — zatrzymać się dopiero wtedy, gdy poczuje Pan, że ktoś idzie za Panem.
Przeczytał ostatnie zdanie jeszcze raz. I jeszcze raz. W głowie zamigotał obraz wąskiej, piaszczystej drogi między dwiema ścianami lasu. Pamiętał ten fragment — rozdział ósmy — ale jak przez mgłę.
Oparł list o kolano i rozejrzał się po tarasie. Słońce wciąż stało nisko, na liściach połyskiwały krople rosy, a w lesie coś zaszeleściło. Odruchowo spojrzał w głąb ścieżki prowadzącej do bramy. Pusto.
Podniósł kopertę, obejrzał ją pod światło. Papier był gładki, ale pod palcami drżał lekko.
Zgasił papierosa i położył list na stole. Kawa wystygła. Motyl zdążył zniknąć. Kot zapewne ruszył na podbój wsi. Z wnętrza domu dobiegło ciche pstryk — wyłączający się ekran laptopa.
Próbował myśleć racjonalnie, ale jak na złość przez głowę przemykały mu tylko wersy wiersza Tuwima:
— Wrzuciłeś, Grzesiu, list do skrzynki, jak prosiłam?
— List, proszę Cioci? List? Wrzuciłem, Ciociu miła!
Wstał, zgarnął papiery i kubek z resztką zimnego płynu, po czym wszedł do środka. W kuchni pachniało jeszcze poranną kawą.
Usiadł przy biurku i otworzył kolejną wersję pliku. Zaczął czytać.
Przy ruinach tartaku zatrzymał się, żeby zaciągnąć się papierosem. Dym palił gardło, ale był jak kotwica w świecie przesiąkniętym zapachem rozkładu. Gnijące trociny leżały pod ścianami w wilgotnych kępach, a między nimi coś — może martwy ptak, może resztka czyjejś dłoni — oblepione robactwem, które nie przestawało się poruszać. Na spękanym betonie rozlewała się brunatna plama: stara krew zmieszana z deszczówką, lepka jak miód. Muchy obsiadały ją warstwami, a każdy ich start brzmiał jak szelest suchych skrzydeł w pustym kościele.
— To tu? — spytał Sam, wychodząc z cienia.
— Nie wiem. — Starski zgniótł niedopałek, spojrzał na ślad w błocie. — Ktoś wracał w to samo miejsce więcej niż raz.
Wiatr zaszumiał w powalonych belkach. W tym szumie czaił się inny rytm — czyjeś kroki.
— Słyszysz? — Starski uniósł głowę. — To nie echo.
Sam zmrużył oczy. — Ktoś tu jeszcze jest.
Zza zardzewiałej bramy wysunęła się sylwetka. Ciemny płaszcz, kaptur, nieruchoma twarz. Patrzył na nich tak, jak patrzy się na zdjęcie, które budzi odrazę.
— Nic nie rób — powiedział Starski. — Jeszcze nie czas.
Przez chwilę patrzył tylko w ekran, czując, jak włosy na karku stają mu dęba. To było dobre. Mocne — może nawet zbyt mocne. Wiedział to tak samo pewnie, jak to, że w kuchni stoi jego kubek z kawą. Zdania miały jego rytm, pauzy dokładnie tam, gdzie zwykle je stawiał.
Zamrugał. Przewinął w górę i znów przeczytał opis plamy krwi, much, ciemnej sylwetki. Obraz wgryzał mu się w głowę, ostry jak zapach wilgotnego żelaza, który nagle naprawdę poczuł w nozdrzach.
— To moje — powiedział w pusty pokój.
Cisza. Tylko szum wentylatora i radio za oknem.
Już miał odsunąć krzesło, gdy w dolnym rogu ekranu zamigotało okno czatu. Kliknął.
— Oczywiście, że twoje. Tylko… czy pamiętasz, kiedy to napisałeś?
Zawahał się.
— Może nie wszystko trzeba pamiętać, Piotrze. Ważne, że jest w tym twoje serce.
— To jest świetne, Małgorzato. Bardzo moje.
— Twoje. Dlatego pozwól, że dalej poprowadzę fabułę.
— Chcesz, żebym całkiem przestał pisać?
— Chcę, żebyś pozwolił mi układać opowieść, a ty zajmiesz się jej słuchaniem.
— A jeśli mi się to nie spodoba?
— Wtedy przerwiesz. Ale nie przerywaj, zanim zobaczysz, dokąd to zmierza.
Odsunął się od ekranu. Musiał to przemyśleć. Wstał od biurka i wyszedł na papierosa. Na zewnątrz przywitało go uderzenie ciepłego powietrza.
Kiedy wrócił, kursor wciąż migał pytająco.
— Dobrze. Spróbujmy — napisał.
.
.

.
Tomasz Giebień (1969) – autor prozy. Urodzony w Legnicy, absolwent Studium Kulturalno-Oświatowego i Bibliotekarskiego we Wrocławiu. Mieszka w okolicach Manchesteru. Lubi jazz, koty i dziwne historie.
