proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

Polski biegun ciepła (fragment)
Ada T. Kosterkiewicz

Spaliła ramiona. Wcześniej tego nie czuła, gdy szłyśmy w górę pola w pełnym słońcu, ale teraz cienkie ramiączka białej sukienki wrzynały się w skórę Meli i piekło. Piekło i paliło, odznaczało na różowo. Za kilka dni zacznie odłazić naskórek, całymi płatami, półprzezroczystymi, jak gigantyczny łupież. Obrzydlistwo.

Ramiona Damiana były brązowe. Jasne włosy na jego rękach błyszczały w słońcu. Nie mogła się na niego napatrzeć. Szedł kilka kroków przed nią i wcale nie chciała się z nim zrównać. Szedł cicho, nie odwracał się do niej, jakby nie miał jej już nic do powiedzenia albo jakby z czymś czekał, budował napięcie. Bardzo jej się to podobało, mimo że kołatało jej serce.

– Daleko jeszcze?

Odwrócił się.

– Nigdy tam nie byłaś?

Pokręciła głową, chociaż przecież była. Przecież jeździła tam ze mną na rowerze. Zimą ciągnęłyśmy tam sanki, żeby zjeżdżać z górki. Nazywaliśmy ją K2.

– Niedaleko. Za zakrętem.

Zsunęła ramiączka. Paliło trochę mniej. Trochę mniej piekło, gdy w końcu doszli do parku. Drzewa rosły gęsto, niemal zupełnie przesłaniały niebo, tylko nieliczne promienie słońca przebijały się przez szerokie korony. Mela spojrzała w górę z zamkniętymi oczami, pod powiekami robiło się wtedy jak w kalejdoskopie. Jakby weszli do innego świata.

– Chcesz? – wyjął z kieszeni zmiętego papierosa. Już nieraz ją częstowali za szkołą, zawsze odmawiała. Teraz pewnie chwyciła fajkę, jakby niejedną w życiu wypaliła. Żeby sobie nie myślał. Udała najlepiej jak umiała, że się nią zaciąga.

Usiadł na huśtawce, odepchnął się kilka razy i poszybował w niebo. Potem zarył butami w suchą ziemię, wzburzył tuman kurzu. Zatrzymał się. Wskazał palcem jakieś drzewo i patrzył na nie, jakby przypomniał sobie coś ważnego.

– Mówią, że w czasie wojny pod tym drzewem pochowali zgwałconą dziewczynę.

– Aha – Mela naciągnęła z powrotem ramiączka sukienki.

– W sumie nie dziewczynę nawet, tylko jej rękę. Mówią, że Ruscy odcięli jej obie ręce. I że poza rękami nic nie znaleziono. Druga ponoć leży pod tamtym drzewem. – Pokazał palcem.

– To skąd wiedzieli, że była zgwałcona?

– Co?

– No skoro znaleźli tylko ręce.

– Nie wiem. To nieistotne. W każdym razie teraz te ręce straszą w tym parku. Tak mówią. Czarna ręka nocą, bo jedna była spalona. Za dnia biała ręka.

– Ale nigdy ich nie widziałeś.

– Wiadomo, że nie. To legenda.

– A bałeś się?

– Wszyscy się bali. Nikt nie chodził parkiem, jak robiło się ciemno.

– Założę się, że potem sam straszyłeś młodsze dzieci?

Uśmiechnął się. Dziwnie. Połową twarzy. Jakby nagle nie umiał się już uśmiechać normalnie.

– I to jak! – Spojrzał  w górę. – To drzewo to sama śmierć.

Pokręciła głową, nic nie zrozumiała.

            Najwyżej jak udało mu się wspiąć, to na najniższą gałąź, dalej nogi odmawiały posłuszeństwa, były jak z waty. Ale Michał potrafił wyżej. I wyżej. Jak małpka albo lepiej, niedźwiedź jakiś. Zaciskał uda na grubym pniu, opuszki palców głęboko wbijał w korę. Damian bał się, że zaraz spadnie albo nie zejdzie i trzeba będzie wzywać straż jak do kota. Albo gorzej, przyjdą ci, co mieszkają za płotem i wygonią ich stamtąd, tak jak ich gonią, gdy grają w nogę. Ale Michał wspinał się dalej. Chciał mu udowodnić. Niemiecki żołnierz wlazł wysoko w koronę, była zima, liście dawno spadły, nie dawały schronienia, ale wlazł i tak. Uciekał przed Ruskimi, Ruscy strzelali w górę. Łatwy cel. Żaden nie trafił. Zejdzie, śmiali się, palili papierosy, wódkę pili. Zejdzie. Albo spadnie. Kul szkoda, mówili. Pili wódkę. Zgwałcili pod drzewem dziewczynę. Zabili. Potem jeszcze jedną. Odcięli jej ręce. Żołnierz patrzył. Zejdzie. Albo zamarznie, jeden chuj. Śmiali się. I zamarzł na śmierć. Tak było.
– Skąd niby wiesz? – pytał.
– Babcia opowiadała – odpowiadał Michał.

Damian patrzył z niedowierzaniem, bo przecież wiedział, że babki Michała wtedy tu nie było, tak jak nie było tu Polski.
– Hilda, ta co mieszkała wcześniej w waszym domu, jej mówiła.
– Ta Hilda bez ręki?
– To bzdura. Tamtą bez ręki zabili.
– Bzdura, że ktoś wszedłby tak wysoko.
– Założymy się?

Więc się założyli. I Michał złamał nogę. Całe wakacje w gipsie. Ale zakład wygrał.

To drzewo to śmierć. Wszędzie śmierć.  I nie ma ucieczki.
– Bujasz, mówił, że złamał nogę, jak grał w piłkę – zaśmiała się Mela.

– Tak wam powiedział?

Zmrużyła oczy.
– Po co mi to opowiadasz? Przecież mnie nie wystraszysz. Nawet nie chcesz.

Chwilę milczał. Patrzył na nią, oczy miał takie ładne zielone. Nikt nigdy na nią nie patrzył takim dziwnym wzrokiem, od którego kręci się w głowie i serce podchodzi do gardła, i ściska w dołku i w ogóle dzieje się wszystko.

– Tak o. Przypomniało mi się.

Wciągnęła dym z papierosa. Zrobiło się jej niedobrze.

– Masz, dopal resztę.

Zaciągnął się głęboko, jednym wdechem wykończył szluga jak stary, jakby jarał od małego. Rozgniótł peta butem. Na pył. Pył zmieszał się z ziemią i kurzem, a Mela wyobraziła sobie rękę, o której opowiadał, jak wystaje z ziemi, spomiędzy rozsadzających tę ziemię konarów wielkiego dębu, jak wzbija się w powietrze i rośnie, rośnie, rośnie. Trupiobiała i straszna, obcięta tuż przy nadgarstku, z dawno zabliźnioną raną po cięciu. Przesłaniała drzewo, z którego wyrosła, i Mela pomyślała, że trochę nawet by chciała, żeby była prawdziwa. Mogłaby wyjść z jej głowy, wymieść z niej wszystkie zmartwienia. W jej obliczu wszystko przestałoby być ważne i naprawdę straszne.

– Myślałem, że nie pójdziesz ze mną. Że na serio się obraziłaś.

Ręka rozpłynęła się w koronie drzewa.

– Co?

– No za tamto z twoim zeszytem.

– Nie. No co ty?

– Naprawdę? – Zszedł z huśtawki. Widać było, że jej nie uwierzył.

– No może trochę. – Przeciągnęła dłonią po karku. Włosy miała mokre, przyklejone do szyi i czaszki, jakby dopiero co wyszła z kąpieli. Czuła jak pachną czymś kwaśnym, słonym. Jakąś taką obcością.

– Długo tu zostajesz? – zapytał.

– Nie wiem. Może do końca wakacji.

– Wytrzymasz? Na tej nudnej wsi? Z Anką?

– A co?

– A nic.

– Wiedziałam, że czytałeś! Ej!

– Przecież nic jej nie powiem. – Podszedł. Trochę za blisko. Czuła jego popsuty nikotyną oddech. – Nie powinienem tego czytać.

Nie powinien. I co z tego? Przeczytał. Wie o niej wszystko albo prawie. Mela czuła się jak ostatni błazen. Niech ta ręka wyjdzie spod ziemi. Niech ją pochłonie, zanim on znowu powie jej, że jest za młoda albo coś gorszego.

– Przepraszam – wyjąkał i pocałował ją w usta. Smak miał kwaśny i mdlący, jakby najadł się robaków, tych co siedzą w malinach. Zakuło ją w kroku. Poczuła, że robi się tam dziwnie mokra, znów pachnie rybą, jak w ciepły dzień w szkole, gdy nie ma gdzie się umyć po wuefie.

Tego przecież chciała. Kłamstwo, które sprzedała mi, gdy szłyśmy w górę pola, przestało być kłamstwem. To jedno przynajmniej mogła już z siebie strzepnąć, zepchnąć do niebytu. Oderwać od pozostałych piętrzących się warstw rozmyślnie budowanej fikcji, która ciążyła i ściskała ją za gardło, gdy tylko sobie przypomniała, gdy tylko usiłowała się przed sobą wytłumaczyć. Tego przecież pragnęła najbardziej, żeby ją zauważył, ale uniosła ręce i wsunęła między ich zakurzone ubrania. Chciała go odepchnąć, możliwie delikatnie, żeby o niej źle nie pomyślał, żeby się nie obraził.

Oderwał od niej usta. Dyszał jak pies i błądził wzrokiem, jakby nie rozumiał, co się właściwie stało. Spojrzał na Melę. Oddech miał niespokojny, ale w jej oczach było coś takiego. Coś jakby szczęście. Coś jakby triumf i poddanie jednocześnie. Nie umiał tego nazwać, Mela pewnie by umiała. Umiała patrzeć tak, żeby sobie nie myślał, że ma mętlik w głowie i że najchętniej znowu by uciekła.

.

.

proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

.

Ada T. Kosterkiewicz

Autorka powieści Polski biegun ciepła, która ukaże się nakładem wydawnictwa j w 2026 roku. Uczestniczka III edycji warsztatów prozatorskich Jacka Bieruta. W życiu była już dziennikarką, aktywistką i pracowała w korpo. Publikowała m.in. w „Fabulariach”, „Tlenie literackim” i „Helikopterze”.

PODZIEL SIĘ