proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

Potwór (fragment powieści)
Wawrzyniec Stańczyk

A kiedy on wziął już wszystkie jej rzeczy, spojrzał na nią i odwrócił się w kierunku brzegu; a ona poszła za nim. A kiedy dotarli do brzegu, on skręcił w lewą stronę, idąc po mokrym piasku, w który nieustannie wsiąkała piana z rozlewających się po nim fal. I chociaż ona, patrząc na tę pianę i na powstające z niej pęcherzyki powietrza, przypomniała sobie, co myślała, wpatrując się w nie wiele godzin temu, tak nie poczuła ani smutku, ani lęku; a wspomnienia, które pojawiały się w jej wzroku, szybko zamazywały się; a idąc za tym nieznanym jej, ale już posłusznym chłopakiem, wiedziała, że opuszcza plażę; i odwróciła się, i zobaczyła cienie tych, których już nie było, migocące między ciemnym piaskiem; a chociaż je widziała, nic nie czuła; i odwróciła się z powrotem, uśmiechając się z zadowoleniem; a idący przed nią mężczyzna starannie niósł wszystkie jej rzeczy, nie upuszczając żadnej z nich do wody, chociaż musiało mu być ciężko; a jedyne, co widziała, to jego ciemne plecy i pokryte matowym światłem obrzeża ramion, po których spływał pot; a kiedy tak szedł, ciało, którym była tylko Anna, wyobrażało sobie, że ciało chłopaka jest nagie; nie mogła jednak kazać mu się rozebrać, ponieważ na plaży, wzdłuż której szli, rozkładały się z kocami i parawanami rodziny, które dopiero dotarły nad morze; „ciekawe, gdzie mnie prowadzi”, pomyślała, przyglądając się jego brązowej skórze, mieniącej w swojej ciemności drobnymi srebrnymi iskierkami; „barwa jego skóry bardziej podobna jest do ciemnego bursztynu niż do barwy zwykłej, często wulgarnej opalenizny”; i przypomniała sobie widok tych wszystkich ciał leżących nieruchomo na kocach i leżakach, pragnących pięknej opalenizny; „nie, on opalił się w chłodzie i ciemnościach morza”, pomyślała.

A wydmy, plaża i brzeg zaczęły się zmieniać; i tak wydmy nie były już gładkimi stromościami, których zetknięcie się porośnięte było gęstym lasem, porastającym niejako sam siebie kolejnymi warstwami drzew, a zapadniętymi zwałami szarego piasku, odsłaniającego wszystkie korzenie, które od dziesiątek lat drążyły wydmę; i tak plaża nie była już szeroka i wypełniona szorstkim, przesypującym się między krokami piaskiem a popękaną i szarą skorupą; i tak brzeg nie był już wyłożony mokrym piaskiem i ostrymi kamyczkami, a okrągłymi kamieniami, gładkimi i grubymi, na których śliskiej powierzchni trudno się było Annie utrzymać; a słońce, które zdawało się tracić swoją moc, teraz nagle stało się wszechobecne, wżerając się we włosy i skórę; i przez moment poczuła irytację, szarpiącą każdy wydech, po chwili jednak spodobało jej się, że pokrywa się potem; „będzie go zlizywał”, powiedziała do siebie, a znajome jej uczucie gorąca znowu rozeszło się po mięśniach, stawach i ścięgnach, przyjemnie uciskając podbrzusze; i poczuła, że ogarnia ją jakaś nieznana jej agresja; i musiała powstrzymywać to ciało, którym była, i które wybiegało przed siebie ku temu idącemu przed nim ciału, chcąc powalić je i topić w płytkich falach, jednocześnie dotykając jego penisa; „czym to jest?”, pytała samą siebie; a pytała radośnie, z przyjemnym bezdechem, a nie przerażona, z dławiącą dusznością; i pomyślała nagle, że idący przed nią młody mężczyzna powinien mieć waginę, ona zaś penisa; czuła bowiem, że chciałaby na niego napaść, brutalnie w niego wejść, po czym wytrysnąć całym swoim szałem i bezmyślną dzikością; i chociaż wiedziała, że były pewne przedmioty, które umożliwiały coś podobnego temu, co sobie teraz wyobrażała, tak czuła, że nie byłoby to czymś, co by ją zadowoliło; „zapładniać nie tylko językiem, ale i penisem; wchodzić w nich przez uszy i waginy”; i poczuła, jak w tej ogarniającej ją agresji, którą musiała krępować pewną sztywnością, zgromadzoną w stawach nóg, pozwalających na rozbieg i skok, i w tych tworzących się w niej wyobrażeniach na moment pojawia się jakiś żal, jednocześnie rozbawiający i zasmucający Annę (…)

I uświadomiła sobie nagle, że cały czas omija fale; i spojrzała na swoje stopy i nogi, w których zręczności i lekkości była zakochana, jak napinają się same z siebie i odskakują od każdej fali, która mogłaby je zmoczyć; a jej stopy były wąskie i długie, z wysokim podbiciem; a paznokcie twarde, zdrowe i starannie obcięte; a pięty gładkie i miękkie; a nogi umięśnione i twarde, tak samo jak ramiona; i przez chwilę nie myślała o tym, że coś w jej ciele każe jej unikać morza, a o tym, jakie piękne ma ciało; „zapomniałam o tym”; i poczuła nagle, jak z tej agresywności, która cały czas krążyła w niej napiętym oczekiwaniem, wyrasta uczucie nadziei, a z niego surowe poczucie pewności, że jej ciało zawsze będzie pożądane, niezależnie od tego, w jakim miejscu przyjdzie mu żyć; „tak, tacy jak ten, który przede mną idzie, zawsze będą lgnąć do mnie, ponieważ we mnie zbiega się i wytryskuje to, co utracili, a czego nie mogą doznać z żadną dziewczyną; a nie mogą doznać, ponieważ żadna z tych dziewczyn nie przypomina tego, co utracili”; a kiedy to wszystko pomyślała, spojrzała znowu na swoje stopy, niosące ją po suchym piasku; i zatrzymała się, i powiedziała do idącego przed nią ciała:

– Stój.

A on zatrzymał się; i chociaż chciała mu powiedzieć, aby się nie odwracał, poczuła, że on wie, co powinien robić; i rozebrała się do naga i wyprostowana zaczęła wchodzić do morza; a ono okazało się być ciepłe, a nie zimne; „jest ciepłe jak ciało”, pomyślała; a gdy weszła do niego po kolana, a fale przelewały się między jej udami, powiedziała cicho do przelewającego się ogromu, pachnącego solą: „nie masz nade mną władzy”, (…) a gdy wynurzyła się po raz ostatni, nie czując ani zadyszki, ani zmęczenia, spojrzała na tego, który pojawił się znikąd, mokry i zimny, a teraz stał posłusznie, nie odkładając na piasek żadnej z jej rzeczy, suchy i ciepły; a widząc go takim, poczuła Anna podniecenie; i zaczęła iść powolnym krokiem w kierunku brzegu; a gdy na nim stanęła, zebrała swoje ciemne włosy i zaczęła wyciskać z nich wodę; a gdy to zrobiła, ubrała się; a gdy poczuła, że jest gotowa, on zaczął iść, nim Anna cokolwiek powiedziała; i ponownie pomyślała, że spotkała tego, którego zawsze pragnęła.

A po jakimś czasie wydmy, plaża i brzeg zmieniły się jeszcze raz; i nie było już wydm, a ogromne obsuwiska, które pokrywała ciemna, grudkowata, wilgotna i ciepła glina; i nie było już plaży, a twarda skorupa, pokryta ostrymi drobinkami, których stopy Anny nie mogły skruszyć; i nie było już brzegu, a tysiące okrągłych kamieni, spomiędzy których wynurzały się ogromne głazy, blokujące drogę; i zatrzymała się, a wraz z nią ten, który przed nią szedł; i zaczęła Anna krążyć po tym dziwnym dla niej miejscu, dotykając wszystkiego, co ją zainteresowało; a dotykała tego (tak czuła) nie po to, aby to poznać, przeniknąć i nazwać, a po to, aby przejąć od tych rzeczy coś, co wyczuwała, że się w nich znajduje; i ta agresja, cały czas pulsująca w jej nogach i ramionach, zaczęła potężnieć, wypełniając zęby i paznokcie; a kiedy obeszła stojącego chłopaka i spojrzała w kierunku, w którym szli przez ostatnią godzinę, zobaczyła, że kończy się on jakąś w odczuciu Anny poskręcaną z szału wydmą, z której wyrastały (we wrażeniu Obramskiej) zęby w postaci ostrych skał, uniemożliwiające obejście wydmy; a wszystko to wydawało Annie uwięzione w jakimś masywnym, rozpalonym milczeniu, trwającym miliony lat; i nie wiedząc dlaczego, wyobraziła sobie, że otaczające ją głazy mają w sobie krew; że tak jak niektóre głazy, rozłupane, ukazują tkwiącą w nich od miliona lat wodę, tak te, które otaczały Annę, rozłupane, ukazałyby tkwiącą w nich od milionów lat krew; a kiedy wyobrażała sobie tę krew, zaczęła wyobrażać sobie, że ten, który ją zdradził, jest tu z nią, przywiązany do jednego z tych ogromnych głazów, a ona kamienuje go, używając tych okrągłych kamieni, leżących w morzu; i na moment wystraszyła się swoich fantazji; „nie, to już za daleko”; i rozbolała ją głowa, a wciąż czekający na nią chłopak nagle wzbudził w niej obrzydzenie; „co ja robię?”, pomyślała; lecz kiedy znowu spojrzała na osuwisko pokryte gliną, na ogromne głazy, szarą skorupę i ciało tego, który pojawił się znikąd i którego imienia nawet nie znała, ból głowy zniknął, a agresja, którą na moment wyparł strach, powróciła. I nagle poczuła, że to ciało, którym była, musi ruszyć na to ciało, które stało bez ruchu, oczekując na to, co ona, Anna, postanowi; a kiedy ruszyła, poczuła, jak to coś w niej, co przez ostatnie dni i noce odczuwała jako coś, co stało w swojej ogromności za żołądkiem, tworząc ciemną i głęboką jamę, pełną tego, czego nie rozumiała, próbuje powstrzymać ją uczuciem silnych mdłości i silnego przerażenia; ona jednak nie cofnęła się, ponieważ to ciało, którym była najbardziej, i którym nie było żadne inne z mieszczących się w jej ciele, w niezrozumiały dla ciała Anny sposób weszło w tę jamę, nie zważając na to, że wnika w to, w co wnikać nie wolno; ponieważ to ciało, którym ona i tylko ona była, było ciałem znanym, a to, ku któremu teraz pędziła (pędząc ku młodemu mężczyźnie), było ciałem ogarniętym ciemnościami; i chociaż to drugie ciało próbowało przez pośrednie ciało przekazać temu znanemu ciału, aby pozostało tam, gdzie jest, i czekało, tak to znane ciało, którym była Anna, przekroczyło ciało pośrednie, czerpiąc z ogarniętego ciemnościami nie to, co było potrzebne, a to, co od lat niszczyło ją zbędnością; Anna jednak nie mogła o tym wszystkim wiedzieć, ponieważ jej ciało przybyło wczorajszego dnia do tego miejsca, nie wiedząc, co to znaczy czekać; i była skazana na ten błąd, ponieważ nie wiedząc, czym jest czekanie, nie wiedziała, co powinna była zrobić, kiedy podszedł do niej ten chłopak; a wszystko to myślało jej ciało, które nie używało do myślenia słów; ciało, które myślało zupełnie inaczej niż to, które uważa, że myśli; i tak pędziła Anna ku chłopakowi, aby runąć na niego; i czuła się podobna do dzikiego zwierzęcia; i nie obchodziło jej to, co robi, ponieważ nie obchodziło jej czekanie; i nie wiedziała, że przekracza granicę, której nie wolno przekraczać, ponieważ ta granica była niewidzialna widzialnością tego, co na zewnątrz ciała i co wewnątrz niego; niewidzialną widzialnością tego, co w miazdze tego, co oddziela te dwa wymiary; i chociaż ona się nad tym nie zastanawiała, tak zastanawiało się nad tym to ciało poniżej Anny, które bardziej nie było nią, niż było; i ono też nie mogło zrozumieć, jak to znane ciało, potężne i nieskończenie odległe, dalej musi potykać się z powodu tej niewidzialnej widzialności; lecz myśleć już nie mogło, ponieważ przeszło przez nie coś, co szło od tamtego ciemnego ciała, a co musiało zostać z jakiegoś powodu przekazane temu, które pędziło po szarej skorupie ku ciału, które cały czas stało nieruchomo, jakby wiedząc wszystko o ciele, które już za moment na nie runie.

A kiedy dopadła go i przewróciła na szorstką szarość, zakrywającą piasek, on wydał z siebie głuchy jęk; a kiedy na niego weszła i zaczęła go rozbierać, on nic nie mówił, wpatrzony w morze; a kiedy prowadziła go nagiego ku ciemnej, rozlewającej się po obsuwisku glinie, szedł z nisko pochyloną głową; a gdy doszli do obsuwiska, Anna zanurzyła dłonie w ciepłej i wilgotnej glinie; i poczuła, jak glina przylega do jej skóry rozmiękłą grudkowatością; a gdy tak przesuwała dłońmi w glinie, poczuła, że nie tylko ciało tego, który stał za nią nagi, musi pomazać gliną, lecz także własne; i tak podeszła do ciała mężczyzny, nakładając na nie glinę; a penis mężczyzny był naprężony; a kiedy już jego ramiona i nogi, dłonie i stopy, pachy i pachwiny, twarz i penis były pomazane gliną, rozchyliła swoją mokrą sukienkę i pomazała się ciepłą i pełną wody ciemnością po piersiach i łechtaczce; a ciemna wilgoć gliny mieszała się z ciemną wilgocią śluzu, który czuła pod palcami; a gdy wszystko zostało zrobione (a ona nie wiedziała, dlaczego to robi), zaczęła iść w kierunku ogromnego, czerwonego głazu, znajdującego się na środku wąskiej plaży; a gdy na nim usiadła, rozłożyła nogi, grzejąc je w cieple słońca, do którego (znowu nie wiedziała, dlaczego) czuła w tym momencie miłość, pulsującą na powierzchni tej agresji, która nie opuszczała jej ciała; a on, znowu nieproszony, był już przy niej, klęcząc w piasku; a ona przybliżyła się do niego, a jego ciało, drżąc, zanurzyło się głową między jej nogi; i poczuła, jak język chłopaka zaczyna delikatnie ryć w jej sromie; a czubek jego języka zanurzał się i wynurzał z gorącej ciemności; i zaczął coś mówić, Annie jednak było zbyt przyjemnie, aby zapytać go, co mówi; i czuła się tak, jakby była potężnym zwierzęciem, które może powstrzymać jedynie niekończąca się przyjemność; i wyobraziła sobie (śmiejąc się przy tym; a chłopak tylko na moment oderwał od niej język), że jest niedźwiedzicą, która napada na pierwotnego człowieka, chodzącego po puszczy; i że on robi to, co robi ten, którego imienia wciąż nie znała; a kiedy doszła, wytryskując z siebie wodę, on nie cofnął się, tylko otworzył usta, a potem spijał jej resztki z waginy; a kiedy to sobie uświadomiła, poczuła zadowolenie; i nakazała mu wstać; a on wstał; i wzięła go za penisa i zaczęła szybkimi ruchami doprowadzać go do wytrysku; i chociaż mężczyzna wydawał z siebie zachrypnięte jęki, tak w pewnym momencie wyrwał się Annie, kręcąc głową; i usłyszała jakąś dziwną mowę, podobną do urywanych, cichych jęków; i nagle zrozumiała, o co mu chodzi; a kiedy zrozumiała to, o co mu chodzi, zrozumiała, że i on ucieka; i spojrzała na niego, pełna podziwu dla głębokości wejrzenia, które wykopał on w swoim ciele swoim ciałem.

(…) wyszli z wody, a ona usiadła na tamtym głazie, on przylgnął całym swoim ciałem do jej nogi, owijając się wokół niej; i poczuła to, co myślała, że już na zawsze utraciła; i przypomnieli jej się ci wszyscy, którzy przylegali do jej nóg tak, jak ten; i poczuła, jak jej ciało drży od podniecenia, które było zupełnie inne od tamtego podniecenia; a te dwa podniecenia łączyły się ze sobą w sposób dla Anny całkowicie nieuchwytny; ona jednak nie chciała się nad tym zastanawiać (i była to jedyna rzecz, nad którą nigdy się nie zastanawiała); i nim się zorientowała, już głaskała tego chłopaka, już całowała jego głowę, już postanawiała, że po powrocie zrobi mu kąpiel, że kupi mu słodycze, że zobaczy z nim coś w telewizji, że coś z nim poczyta, że będzie się nim opiekować tak, jak nikim przedtem się nie opiekowała.

A gdy i ona, i on wyschli, i ubrali się, Anna wzięła w dłonie wszystkie swoje rzeczy; a rozglądając się za innym wyjściem z plaży, zobaczyła je na lewo od glinianego obsuwiska; i pokazując głową w kierunku drewnianych schodów, wynurzających się z gęstej i milczącej ściany drzew, zaczęła iść w ich stronę; a przed nią biegł ten, którego imienia dalej nie znała, cały czas tańcząc i podskakując.

.

.

.

proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

.

Wawrzyniec Stańczyk – urodzony w Tychach, obecnie mieszkaniec Krakowa. Ostatnio skończył 29 lat. Absolwent studiów filozoficznych (UJ) i polonistycznych (UŁ). Trzykrotnie zakwalifikował się na warsztaty organizowane przez Biuro Literackie w ramach TransPortu Literackiego (pracowania debiutu przed prozą). Uczestnik warsztatów w 2024 r. Miłośnik symboli i modernizmu. Na co dzień nauczyciel języka polskiego.

PODZIEL SIĘ