proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

Przedwiedziane dowiedziane (fragmenty)
Ewa Engel

 

Julia 2000

 .

Julia stoi na dworcowym peronie z babcią, czeka na nocny autobus do Kolonii, trzyma rączkę walizki kupionej specjalnie na okazję tego wyjazdu, jest wrześniowy wieczór, ciepły i złocisty, miasto wygląda, jakby było spowite miodowym syropem, w którym przyjeżdżające i odjeżdżające autobusy wydają się poruszać łagodnie i z gracją, a twarze czekających przybierają melancholijny, zamyślony wyraz

łaskawa szczodrość natury spuszczającej zasłonę przytulnego światła na niepokój, zmęczenie i frustrację ludzi znokautowanych okresem kapitalizmu łupanego, z nadzieją patrzących na zachód, gdzie ma być łatwiej dochrapać się szczęścia i godnej pensji, więc stoją tu z nylonowymi torbami koło nóg, z papierosami w ustach, zbieranina przyczajonych tygrysów rozmiękczonych miodową poświatą, szykujących się do skoku na zachód.

Babcia wpisuje się w ten obrazek harmonijnie, dla każdego jest miejsce w tej mozaice, także dla letniego, beżowego płaszcza i staromodnej torebki dyndającej na przedramieniu. Julia myśli, jak ją kocha i jak bardzo nie chce od niej odjeżdżać, jak boli opuszczenie babci, właściwie chciałaby zostać z nią i wcale nie wyjeżdżać, więc aby odwrócić uwagę od bolesnego roztrzęsienia, które wypełnia jej ciało, kieruje wewnętrzne oburzenie na wszechobecny dym papierosowy, zatruwają siebie i wszystkich wokół, dlaczego nikt tu nie wyznaczył miejsc dla palaczy

ciągnie babcię i walizkę na koniec peronu, gdzie stoi kobieta z farbowaną blond ondulacją, zieloną torbą i z trzema pogniecionymi reklamówkami
babcia pyta ją, czy pani też do Niemiec.

Pani Krysia, przygodna podróżna, należąca szczęśliwie do frakcji gadatliwych, a nie burkliwych, z chęcią podejmuje rozmowę, intuicyjnie wyczuwając nowicjuszkowską niepewność i niepokój w ich postawach i twarzach, błysk porozumienia miga w jej oczach

jedzie opiekować się pewnym dziadkiem pod Kolonią, a sama jest spod Legnicy, pracowała w zakładzie, ale zakład upadł w dziewięćdziesiątym dziewiątym, nie przetrwał transformacji, wiadomo jak jest, dziadek chodzący, nie trzeba go dźwigać, tak czy siak jest uwiązana, no ale nie ma nic za darmo, ta praca w Niemczech była ratunkiem, może kupić dzieciom wszystko, czego potrzebują i jeszcze starcza na zachcianki, wprawdzie pracuje na czarno, bez ubezpieczenia, ale da się całkiem nieźle zaoszczędzić, przecież nie dla siebie, dzieci zostały z babcią, będą tęsknić, córka nie chciała jej puścić, płakała, a mąż, lepiej nie pytać.

Babcia rytmicznie kiwa głową, rozumie wszystko i się nie dziwi, wnuczka też jedzie do pracy, wtrąca tu i ówdzie małymi półsłówkami, no wiadomo, w Polsce trudno teraz o zajęcie, szczególnie dla młodych, choć to Wrocław, takie duże miasto

na szczęście nie dodaje (może zauważyła minę Julii), że wnuczka skończyła właśnie historię i anglistykę, ale dyplomy na razie się nie przydają

wielkoduszna Krysia wyczuła obawę w głosie babci, niech się pani nie martwi, mówi, wszystko będzie dobrze, taka młoda, wszystko będzie dobrze, niechże bierze los w swoje ręce, jak to się u nas mówi, każdy jest kowalem swojego losu.

Julia właściwie chciałaby teraz mieć babcię tylko dla siebie i skupić się na rytuale pożegnania, który ułagodziłby jej lęk, bierze babcię za rękę, przytula twarz do jej włosów, mruczy coś obolałym głosem, prosi o coś trwożliwie i jękliwie, obiecuje coś bardziej sobie, niż babci
bo babcia zachowuje swój wewnętrzny spokój i dystans, zawsze jest taka dostojnie stoicka, Julia czuje energiczny uścisk jej małej dłoni, niezmiennie krzepiąco ciepłej.

Podjeżdżają kolejne autobusy, kiedy Julia wsiada wraz z Krysią do tego właściwego, usiłuje nie stracić z oczu babci, która odchodzi, przecinając kolejne autobusowe zatoczki, autobus wyjeżdża z dworca i kieruje się na ulicę Suchą, Julia widzi jeszcze beżowy płaszcz znikający w tunelu dworca kolejowego
i wtedy pozwala sobie na łzy, które zaczynają się wylewać z niej bezgłośnie, zamazując wrocławskie ulice przemykające za szybą autobusu

i rozpuszczając wypełniającą ją skondensowaną żałość

na podwieszonym ekranie właśnie zaczyna się amerykańska komedia, Krysia upychnąwszy pod nogami reklamówki z jedzeniem i piciem, umoszcza się obok Julii, swoją miękką okrągłością oddziela jej łzy od reszty świata i choć nie robi żadnego gestu w jej stronę, Julia czuje emanujące od niej fale zrozumienia i wsparcia.

.

Krysia

.

wysyłająca niematerialny eliksir pokrzepienia, rozstały się na dworcu w Kolonii i nigdy więcej nie spotkały, a Julia dopiero wiele lat później zdała sobie sprawę, że Krysia należała do legionu niezauważonych i nierozpoznanych w kamuflażu tanich ciuchów i obciachowych fryzur wojowniczek o lepszą przyszłość, wytrwałych ogarniaczek życia, współautorek polskiego cudu gospodarczego, który tak naprawdę nie był cudem, ale efektem pracy legionu Kryś, była jedną z wielu tych, które same sobie zabroniły pytać, czy tęsknią za swoimi dziećmi, bo odebrały sobie prawa do uczuć w imię wypełniania obowiązków.

Ale wtedy, w autobusie, skąd miałaby to wiedzieć, wtedy stać ją było tylko na biadolące roztrząsanie w duchu słuszności tego wyjazdu, pławienie się w wątpliwościach, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie

przecież już dawno zostało przesądzone, że nie ma dla niej innego wyjścia, nie tylko z powodu marnych widoków na materialną przyszłość w Polsce po 10 latach gospodarczej terapii szokowej, ale też dlatego, że wypełniała ją właściwa młodości tęsknota za zdobywaniem świata, a w tamtym czasie dla większości urodzonych na wschodzie świat znajdował się na zachodzie.

[…]

.

Izabela 2000

 .

Izabela przechodzi przez dworzec kolejowy, przyciska torebkę, tyle tu ludzi dzisiaj, no tak, to koniec września, zjeżdżają się studenci, którzy wkrótce zaczną rok akademicki, stoją w kolejkach do dworcowych okienek z knyszami
Izabela myśli o wnuczce, która uwielbia te knysze i uważa, że tu na dworcu są najlepsze we Wrocławiu, raz przyniosła do domu, aby i babcia mogła spróbować, po prostu bułka z warzywami, głównie kapustą, serem i sosem czosnkowym, mogłam kupić jej na drogę, myśli Izabela, zawsze martwi się o to, czy Julka nie chodzi głodna, bo wiecznie się odchudza.

Juleczka już siedzi w autobusie do Niemiec, wyjechała do pracy, Izabela odprowadziła ją do autobusu i wraca na piechotę, to kawałek, ale wieczór jest piękny i ciepły, to okazja, żeby przejść się przez okolice, w które rzadko zagląda, bo teraz, kiedy jest na emeryturze, zakotwiczyła swoje życie wokół Nadodrza.

Izabela mija Podwale i dochodzi do Parku Staromiejskiego, słońce prześwieca przez żółte liście, a ona myśli o złotych, jesiennych spacerach w Ogrodzie Jezuickim we Lwowie

zaskakujące, jego rozszerzające się albo zwężające alejki, czerwony dom stojący naprzeciw, wychylający i chowający się między parkowymi pagórkami, matka, elegancka w kapeluszu i rękawiczkach, ojciec, w meloniku i przydługiej marynarce
to było tak dawno, wtedy jeszcze miała na imię Rachela, po babce ze strony ojca, która zawsze żałowała, że jej syn wziął sobie za żonę taką bezczelną i wygadaną kobietę, choć podczas nielicznych świętowanych razem szabasów Izabela zapamiętała iskierki zazdrości w oczach babki ukradkiem taksujących szykowną, wyemancypowaną synową.

Izabela myśli o początku końca tamtego świata, rozpoczętym dla niej w dniu, w którym przyglądała się wkraczającym do Lwowa żołnierzom Armii Czerwonej
to też był złoty koniec września, mimo wojny i tłumów uchodźców, którzy przybyli do miasta, Lwów był ciągle czarujący, wykwintny i pełen kurtuazji, a ci sowieccy żołnierze wnieśli ze sobą niepowstrzymany fetor odchodów, rzygowin i spirytusu, zajmowali miasto odziani w łachmany, wynędzniali i wychudzeni, tak że widząc ich, poczuła coś w rodzaju współczucia, choć przecież wokół było wielu godniejszych kandydatów do współczucia
wszędzie koczowali uchodźcy, raczej z tych biedniejszych, bo bogatsi wynajęli sobie jakieś kwatery.

No i tak skończył się czas uroczystych rodzinnych obiadów w restauracji Louvre i wypraw z matką do kina w pasażu Mikolascha, choć przecież na początku wydawało się, że nowa władza ma jednak jakieś zalety
Julian mógł rozpocząć studia, choć nie miał matury, ale w nowej sowieckiej rzeczywistości miał właściwe żydowskie pochodzenie, dzięki któremu wrota Politechniki Lwowskiej otwarły się dla takich jak on.

Julian, jej obiecujący brat, mający sprostać oczekiwaniom rodziny aspirującej do pokonywania kolejnych szczebli drabiny społecznej
była wtedy na niego zagniewana, że chodził sobie na te wykłady, a ona została oddelegowana do stania w kolejkach i zdobywania brakującej nagle żywności, na chleb czekało się godzinami pod nielicznymi państwowymi sklepami otworzonymi przez Sowietów, bo wszystkie sklepy, gdzie wcześniej robili zakupy, zostały zamknięte
a Julian, triumfalny przyszły inżynier, odseparował się całkiem od tej nieznośnej codziennej krzątaniny i nawet nie przejął się za bardzo, kiedy zaczęły się aresztowania, zniknęło kilku sąsiadów i dalszych znajomych, dopiero, kiedy wzięli wujka i kuzyna, Julian zaczął wątpić w nową władzę.

Wtedy była oburzona na Juliana, a przecież koniec końców to stanie w kolejkach przyniosło jej ocalenie, w kolejce po chleb poznała Bolesława
był w jej typie, bardzo przystojny
Bolesław uważał, że zakochał się, kiedy zobaczył od tyłu linię jej szyi, delikatnie pochylony w bok zarys głowy, wysuniętą linię biodra, uważał, że wyglądała jak posąg Wenus z Milo od tyłu, i choć sytuacja wojenna odformalizowała konwenanse, obserwował ją długo, zanim odważył się odezwać
powiedział jej o tym pewnej nocy, kiedy ukrywała się w ogrodzie botanicznym na Centerówce, leżeli, ona utulona w jego ramionach, słuchając wybuchów z sąsiedniego cmentarza Łyczakowskiego, gdzie Niemcy polowali na chowających się w grobowcach Żydów
nie wyjawiła mu wtedy, że to ona go wybrała, zauważyła go już kilka dni przed „posągiem Wenus z Milo”, obserwowała go schowana w kolejkowym tłumie, został bohaterem jej egzaltowanych romantycznych wyobrażeń, delektowała się wyimaginowaną historią miłości z sobą i nim w roli głównej, a kiedy dokładnie wiedziała, że on stoi w kolejce za nią, wystarczyło roztoczyć nieme pajęczyny czaru tylko za pomocą sposobu stania i przechylania głowy.

Miała na sobie letnią białą sukienkę, kiedy poszli razem na pierwszy spacer, to musiał być czerwiec, bo kwitły jaśminy
potem nastąpił jeszcze rok romantycznej miłości, gdy kolejki po chleb przestały być uciążliwe, stając się wręcz pożądanym i wyczekiwanym zajęciem
złota jesień i pierwsze pocałunki
zima, podczas której pierwszy raz w życiu nie chodziła skostniała i przemarznięta, choć wszyscy mówili, że to najsurowsza zima od lat
i wiosna, która przyniosła ze sobą radość życia, jakiej nigdy wcześniej ani później nie doświadczyła, w tamtych dniach umawiali się pod pomnikiem Fredry na placu Akademickim, czekała na niego spacerując po skwerku, spowita w swoje własne światło, wypełniona sprężystą energią, pachniało bzami i ciastem czekoladowym

ojciec i matka byli przytomni tym gwałtownym sprawom sercowym, matka pewnie w normalnych okolicznościach podjęłaby jakieś interwencje, ale teraz poprzestała na nieszkodliwie nadąsanej demonstracji dezaprobaty.

Ten rok minął tak szybko, może dlatego, że według nowego czasu moskiewskiego tydzień miał wtedy tylko sześć dni
i znowu był czerwiec, bomby spadły na dworzec i na pasaż Mikolascha

ona zgłosiła się do pracy jako sanitariuszka i z pomocą Bolesława została przyjęta do kliniki lekarskiej uniwersytetu przy ulicy Piekarskiej
w niedzielę, idąc do kliniki, ujrzała sznury samochodów z uciekającymi Rosjanami, zmierzające w stronę Łyczakowskiej, a w poniedziałek pojawili się Niemcy.

To był początek lipca
była w klinice, kiedy Julian został zapędzony do wydobywania trupów z byłego więzienia NKWD w Brygidkach, gdzie nowa ukraińska administracja odkryła ciała zamordowanych przez sowietów więźniów politycznych
kiedy wróciła po nocnym dyżurze do domu, ojciec siedział nieruchomo z zapuchniętymi oczami przy fortepianie, jakby miał coś zaraz zagrać, choć już do końca życia nic nie zagrał

a matka stała przy oknie z kamienną twarzą, Izabela zapamiętała jej dłoń kurczowo zaciśniętą na parapecie
Julian już nie wróci — powiedziała — zabili go, był tu kuzyn Zygmunt, też zapędzony do Brygidek, on przeżył pogrom, bo pracował w piwnicy, gdzie fetor był nie do wytrzymania i ci, co zabijali, tam nie schodzili, Julian nie wytrzymał tego odoru, wyszedł na górę, Zygmunt widział jego ciało na stosie trupów, kiedy późnym wieczorem puszczono niedobitków do domów.

Przestali wychodzić z domu, na ulicy było niebezpiecznie, grupy mężczyzn z niebiesko-żółtymi opaskami na ramionach decydowały o życiu i śmierci
ojciec całymi dniami leżał w łóżku, w pokoju unosił się zapach kataru i zardzewiałego metalu, matka siedziała w kuchni i stawiała pasjanse
po tygodniu przyszedł Bolesław, powiedział, Rachelo, proszę, chodź, uspokoiło się, czekają na ciebie w klinice, będę cię odprowadzać, Izabela poczuła ulgę, kiedy wyszła z nim z milczącej, ciężkiej atmosfery w domu

ktoś słuchał piosenki Ta ostatnia niedziela, muzyka unosiła się w podwórzu, dostrzegła skrzywienie ust Bolesława, który uważał tę piosenkę za wulgarną

w szpitalu ukajanie wszechobecnego cierpienia nie zostawiało miejsca ani siły na myślenie o Julianie.

I znowu była w klinice, kiedy uzbrojeni mężczyźni z błękitno-żółtymi kotylionami w klapach marynarek wtargnęli do domu, wygnali rodziców na zewnątrz i gdzieś ich popędzili, razem z innymi Żydami
kiedy wróciła, znalazła w kuchni niedokończony pasjans, karty równo ułożone
na stole
i niebiesko-żółty kotylion
na ziemi
ukraińska sąsiadka opowiedziała jej, co się stało, i doradziła — niech panienka się ukryje, bo i panienkę zabiją
to był koniec lipca.

[…]

.

Walter 2025

.

[…]

Walter został nauczycielem, bardzo dobry zawód, aby być potrzebnym i nie musieć nosić garnituru

bo Walter przez całe swoje życie unikał noszenia garnituru

i choć ojciec dał mu w prezencie sporą sumkę z okazji zakończenia studiów na zakup przyzwoitego garnituru, wyobrażając sobie syna, pierwszego w rodzinie, który został magistrem, jako elegancko ubranego, ważnego i szanowanego członka społeczeństwa

Walter, z przykrością, ale jednak go rozczarował, garnituru nie kupił (choć uważa, że szanowanym członkiem społeczeństwa i tak został)

za te pieniądze pojechali z Margit do Pragi, to była podróż przedślubna, podczas której uzgodnili, że jego broda musi być tak długa, aby mogła utrzymać kredki, które będą w nią wsadzać ich przyszłe dzieci.

Ojciec

potrafił się z nim pokłócić o samochody, które dla Waltera mają czysto praktyczny wymiar, ojciec natomiast przez całe życie kupował duże i reprezentacyjne wozy, chciał się pokazać

na koniec miał Daimlera, już w ogóle nieakceptowalnego dla Waltera, bo firma Mercedes uczestniczyła przecież w produkowaniu broni

więc, kiedy ojciec umierał, Walter powiedział, że jest mu niezręcznie otrzymać w spadku tego Daimlera

na co ojciec: wcale nie otrzymasz go w spadku, bo chciałbym, abyś go sprzedał i oddał pieniądze matce

Walter musi się uśmiechnąć na to wspomnienie.

W każdym razie całkiem dobrze przeżył swoje życie bez garnituru

i bez munduru, z odmowy służby wojskowej, wtedy obowiązkowej, Walter jest dumny do dzisiaj

wokół ruchu pokojowego było zbudowane całe ich, jego i Margit, życie, angażowali się, żeby dziewczyny nie mogły wstępować do wojska, przygotowywali petycje i zwoływali demonstracje pod hasłem zakazu kobietom robienia kariery w Bundeswehrze

no i oczywiście byli oddanymi uczestnikami i organizatorami protestów przeciwko rozmieszczaniu rakiet amerykańskich w Niemczech, szczególnie broni atomowej, byli absolutnie przeciwko atomowi

Walter z sentymentem wspomina tamte czasy największych pokojowych demonstracji w historii Niemiec

tłumy na bonńskim Hofgarten, podnoszące na duchu piosenki śpiewane przy akompaniamencie gitar, uściśnięte dłonie, intensywne dyskusje, poczucie braterstwa i sprawczości

on sam był w ścisłym centrum organizacyjnym, jako nauczyciel i wychowawca z ramienia wspólnoty młodzieży ewangelickiej

wychodził wtedy z domu na kolejne demonstracje, żegnając się z Margit i z małymi córeczkami tak, jakby miał nie wrócić na noc albo nawet dłużej, na wypadek ewentualnego aresztowania, choć wiedział, że policja w Niemczech zachodnich jest raczej przyjazna i zdawał sobie sprawę, że ich przyjaciele na wschodzie ryzykują w o wiele poważniejszym wymiarze

aresztowanie nigdy mu się nie przydarzyło.

Nawet wtedy, kiedy na wiele godzin zablokowali wjazd do amerykańskiej bazy wojskowej z pershingami w Arsbeck koło Mönchengladbach

przed której bramą rozłożyli stoły nakryte białymi obrusami i elegancką, wykwintną kolacją

zorganizowali nawet limuzynę, którą podjechali, aby stworzyć wrażenie, że przyjeżdżają tu bardzo prominentne indywidualności

a kiedy policja kazała im się zwijać, stanowczo odmówili, oświadczając, że teraz będą spożywać tu posiłek

i tak zrobili

z satysfakcją odnotowując skonsternowanie policjantów, obserwujących, jak oni godzinami delektują się smakołykami.

Kiedyś opowiedział o tej akcji Julii

zapytała wtedy, czy zastanawiali się nad tym, czy są wśród nich sowieccy agenci, bo przecież Sowietom zależało na podważeniu zaufania do stacjonujących w Niemczech wojsk amerykańskich

i czy wie, że niemieckie ruchy pokojowe popierały prawo do interwencji wojskowej przez Rosjan we wschodniej Europie, co pośrednio uderzyło w polską Solidarność

poczuł wtedy nieprzyjemne ukłucie w sercu, bo intuicja podpowiadała mu, że Julia ma wątpliwości co do absolutnej słuszności ich akcji

[…]

Walter czasem sarkastycznie myśli, że jedyną osobą, która go rozumie, jest Manuela, fizjoterapeutka, do której chodzi leczyć bóle w kręgosłupie

więc, kiedy czuje się samotny, idzie na grób Margit, miejsce na leśnym cmentarzu, przysiada na ławeczce obok pomnika nagrobnego, na którym wśród innych nazwisk widnieje też imię Margit i myśli, co ona sądziłaby o tym, czy o tamtym

te rozmyślania pozwalają mu zachować wiarę w swój wewnętrzny kompas, bo całe jego życiowe zadowolenie pochodzi właśnie z tej wiary

wiary, że stoi po właściwej stronie, niekoniecznie po stronie, która wygra, ale po stronie, która ma moralną rację.

.

.

.

proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

.

Ewa Engel

 

Urodzona w Tarnowie na południu Polski, ale związana z Wrocławiem i Śląskiem poprzez studia (jednak przekonana, że wychodzi się na pole, a nie na dwór). Pisarka doraźna, inspirowana potrzebą opowiedzenia historii jeszcze niedostatecznie opowiedzianych.

Od siedemnastu lat mieszka w Niemczech – najpierw w Kolonii, obecnie w Bonn. Doświadczenie życia w Niemczech, zaangażowanie społeczne, obserwowanie lokalnej rzeczywistości oraz rozmowy i wysłuchiwanie cudzych historii, a przede wszystkim potrzeba zrozumienia i poszukiwanie prawdy stały się  nieodpartym impulsem do napisania książki.

Przedwiedziane dowiedziane to powieść poetycka o polskiej emigracji do Niemiec po 1989 roku, rozgrywająca się na kilku planach czasowych (2000–2025) i przestrzennych – pomiędzy Polską a Niemcami, opowiedziana z perspektywy jednostkowych doświadczeń, które stopniowo odsłaniają swoją wspólnotową i historyczną głębię.

Po pierwsze, chodzi tu o opisanie polskiego doświadczenia, jakim były masowe wyjazdy za granicę w poszukiwaniu lepszego jutra; fenomenu, który w istotny sposób ukształtował naszą współczesną tożsamość, a ciągle mamy zbyt mało świadectw, opisów i refleksji nad tym doświadczeniem – nad tym, czym ono było i co właściwie się wydarzyło (to ta historia niedostatecznie opowiedziana).

Po drugie, książka jest próbą zrozumienia istoty relacji z naszymi zachodnimi sąsiadami. Skąd wzięła się asymetria w naszych stosunkach? Czy antypolonizm wciąż jest żywy i skąd się wziął? Dlaczego tak wielu Polaków doświadcza mikrouprzedzeń? I wreszcie przeszłość – tej nie da się uniknąć. W Niemczech historia wychodzi z każdego kąta, a narracja o przeszłości różni się zasadniczo od tej, którą znamy z Polski. Jak pogodzić niemieckie przeżywanie i interpretowanie historii z polskim doświadczeniem? Kto ma prawo do opowiadania historii i na jakich warunkach?

Julia, główna bohaterka, wyjeżdża do Niemiec w stanie „przedwiedzenia” – z bagażem wyobrażeń, narracji i półwiedzy. Dopiero z czasem przechodzi w stan „dowiedzenia”, który rodzi się z doświadczenia, konfrontacji i życia pomiędzy językami, historiami i tożsamościami.

PODZIEL SIĘ