Ćwirowatość
.
Zaparkowałam materac przed wejściem do sklepu i zerkałam na niego przez szybę, wybierając z półek dwie kanapki z humusem, chipsy i napój z melisą.
– Jeszcze lufkę poproszę. I zapalniczkę.
Kasjer uśmiechnął się pod nosem.
A potem szybki przystanek w aptece, wyszłam z białym kartonowym pudełkiem. Prawie jak Zolpix, pomyślałam. Tylko mały bobas uśmiecha się z niego do mnie.
Na polanie zdjęłam karton, rozłożyłam materac, zaścieliłam go brązowym kocem. Rzuciłam wzrokiem na krzaki nieopodal, potem znów na buzię z pudełka. Podwinęłam koszulkę, pogładziłam się po brzuchu.
Wyobraziłam sobie, jak nie śpię po nocach, dlatego, że budzi mnie dziecko, a następnego dnia przed dziewiątą padam razem z nim w ramionach, kiedy mleko ścieka jeszcze po piersi. Całe dni mam zajęte zabawą, nauką, wyszukiwaniem nowych śpioszków na Vinted, wielokrotnym praniem wielorazowych pieluszek. Wyobraziłam sobie, że nie jestem sama.
Chodzę z bobasem na spacery, potem prowadzę do szkoły, a w domu pytam cierpliwie, czy na pewno nie chce zjeść rosołku i jajeczka, a jeśli chce, to kupuję, gotuję jajko we wrzącej wodzie, nie rzucam o podłogę marchewkami. Przed świętami u wujków pytam, czy będzie im chciał dać buziaka, a jak mówi, że nie, odpowiadam, że wystarczy uścisk rączki, pomachanie albo zwyczajne cześć. Pytam, jak się czuje, co lubi, czego nie chce, zadaję dużo, dużo pytań i na tak samo dużo udzielam odpowiedzi. Doszkalam się w dziedzinach, na których się nie znam, żeby móc wytłumaczyć, czemu księżyc jest okrągły, a trawa zielona, czemu nasz piesek szczeka, a kotek robi miau miau. Uczę go grać w wojnę, ale mówię, że nie musi, jak nie chce, podaję Stoperan, żeby zapakował do walizki, gdy jedzie na kolonię. Sadzam sobie na kolanach, gdy prowadzę samochód, pokazuję, gdzie i co trzeba wcisnąć. Gdy jest już duży, siedzę na miejscu pasażerki i nie denerwuję się, gdy auto wpada w krzaki, do rowu. Wypychamy je razem.
Spojrzałam znów na te krzaki, wyciągnęłam paznokcie z suchej skóry uda, schowałam pudełko z powrotem do plecaka.
Jadłam pierwszą kanapkę z humusem, kiedy wyłoniły się zza nich dwa wróble, nie musiały przechodzić przez obsikane chusteczki. Mamusiu, a ile lat żyje wróbelek? Nie wiem, kochanie, zaraz się dowiem. Wyjęłam telefon, żeby doszkolić się na ich temat.
Chciałam wierzyć, że moje wróble to były wróble nie byle jakie, ale ich nazwa brzmiała dosłownie: wróbel zwyczajny, dostojniej Passer domesticus. Wróble zwyczajne z roku na rok odzyskują swoją niezwyczajność, bo ich liczba maleje. Wróble zwyczajne są silnie związane z człowiekiem, ale człowiek nie jest zwyczajny, człowiek jest w końcu myślący, więc zamyka nieestetyczne otwory w budynkach, kosi zarośnięte trawniki, rozsypuje sytą chemię po głodnym mieście, wycina pokrzywione krzewy, zabija zwyczajne owady, zabija pożywienie dla wróbli, zabija zwyczajne wróble. W miejscach odludnych wróble zwyczajne nie występują.
Zapytałam jednego z wróbli, jak ma na imię, a on odpowiedział: Ćwir. Drugiego też nazwałam Ćwir, jakbym była jebaną rasistką. Wróbel zwyczajny żyje trzy lata, a najstarszy w niewoli przeżył dwadzieścia trzy, więcej niż ja.
Modraszki nie rozpoznałam od razu, musiałam najpierw wykluczyć pliszkę żółtą, bogatkę i kowalika. Wszystkie są jaskrawe, to ptaki jarmarczne, a w Warszawie już przecież nie ma jarmarków, Warszawa jest na to za mało polska. Cztery warszawskie ptaki jarmarczne zjawiły się jednak w mych progach.
Sikorki to jedne z najpopularniejszych ptaków w Polsce, ale ich liczebność maleje najdrastyczniej ze wszystkich. Rozpuściliśmy sikorki. Daliśmy im ziarna, słoninkę, wodę. Daliśmy im plastikowe butelki i korki, które po zimie walają się po lesie, daliśmy im drewniane domki, wycięliśmy dla nich drzewa na domki.
Czasami wyobrażam sobie, że jestem kotem i wtedy nigdy nie łapię sikorek, czasem może tylko dla zabawy, ale puszczam je zaraz, nie krzywdzę, łowię. Niektórzy mnie czczą, inni chełpią się, że wolą psy, ale większość po prostu robi o mnie memy. Jestem kotem, przebiegłym, kreatywnym, niezależnym i mam dziewięć żyć. Jedno mogę poświęcić na sen.
Gdy byłam mała, mieliśmy kotkę. Nazwałam ją Kicia, bo nie miałam pomysłu na imię. Kochałam Kicię i bałam się o nią, gdy chodziła sama po osiedlu, ale rodzice mówili, że koty tak mają i nie można ich ograniczać. Mówili, że Kicia jest mądrą kicią i na pewno zawsze wróci. Gdy czasem biegłam za nią, próbowałam ją dogonić, dołączyć do jej eskapad, chwytali mnie za ramię i karcili: „Dzieci nie mogą chodzić same po osiedlu, to niebezpieczne”. Nie rozumieli, że przecież nie byłabym sama, bo miałabym ze sobą Kicię.
Gdy włączali mi bajkę, siadałam przed wypukłym telewizorem, zamykałam oczy i wyobrażałam sobie, jak zamiast swoich brzydkich cielistych rąk mam czarne łapki o aksamitnym futerku i liżę je sobie, nie potrzebuję wcale codziennie wieczorem wchodzić do wanny, bo sama czyszczę swoje łapki i jestem samowystarczalna. W moich wyobrażeniach Kicia nigdy nie atakowała ptaszków ani myszek, tylko się z nimi bawiła, ganiała, biegała po osiedlu, wąchając kwiatki i tańcząc z krasnoludkami, i miała dużo, dużo przygód. Któregoś razu tak ją te przygody pochłonęły, że nie wróciła.
Przez jakiś czas miałam złamane serce. Rodzice mówili, że nie wiedzą, co się z nią stało, ale myślałam, że po prostu bali się mi powiedzieć, że Kicia mnie nie kochała. Nie rozumieli, że ja nie potrzebowałam, żeby Kicia mnie kochała. Wystarczyło mi, że ja ją kocham.
Nadal czasami wyobrażam sobie, że jestem kotem. Gdybym tylko miała wybór, zostałabym jakimkolwiek zwierzęciem, nawet wszą. Byle nie człowiekiem.
Ale jestem człowiekiem, ludzką gnidą. Tacy jak ja koty podpalają, związują im ogony, przywiązują do samochodów i ciągną za sobą do ostatniego miauknięcia. Tacy jak ja płaczą na Avatarze, gdy zabijane są tulkuny, a potem idą do Sea World oglądać zniewolone orki i delfiny. Idą oglądać, jak inni tacy jak ja tańczą z orkami w basenie, jak na nich pływają i uczą je sztuczek, więc klaszczą, śmieją się, robią sobie selfie, przyprowadzają swoje dzieci, które jeszcze nie są takie jak ja, ale właśnie się uczą, żeby takimi się kiedyś stać. Tacy jak ja nie dowierzają, kiedy orka zabija swojego opiekuna, bo po którymś z nieskończonych okrążeń w swoim malutkim zbiorniku coś się w niej w końcu złamało.
Chciałabym nie brzydzić się sobą.
Gdy słońce zaczynało zachodzić, znów spoglądałam na krzaki, na uśmiech tego bobasa w plecaku. Widziałam siebie z dużym brzuchem w pokoju w domu rodziców, widziałam, jak odbierają w nim poród, jak we czwórkę wychowujemy dziecko, mama gotuje mu kuskus z tempehem, ojciec czyta gazetę, babcia modli się w fotelu, Norman przychodzi co piątek, zabiera je do Swojego Miasteczka na cmentarz, na obiadki i kotleciki do swoich rodziców, może na obiadki do swojej nowej partnerki.
Odpaliłam lufkę. Ostatni raz paliłam z Szarym, pierwszy raz zresztą też paliłam z Szarym. Szary lubił przysmażyć. Ja przeważnie po zielsku wychodziłam do łazienki, poleżeć na podłodze, pobyć trochę sama, poczekać, aż świat się unormuje. Potrafiłam mieć złe fazy, haluny, najgorszy był seks po jaraniu, musiałam skupiać się na tym, z kim jestem, co robię.
Po jaraniu łatwiej mi się zasypiało, po każdej używce łatwiej, a gdy nocowałam u Szarego, rzadko kiedy zdarzało się nam położyć na trzeźwo. Zawsze było jakieś piwko, jakiś blancik, imprezka, znajomi, on miał tego jeszcze więcej w swoim repertuarze. Spałam przy nim jak dziecko.
Kiedy kopnęło, otworzyłam paczkę chipsów. Nie patrzyłam na ciało, na zbyt miękki brzuch, zbyt rozpłaszczone czerwone uda. Oglądałam virale na Instagramie, z kotkami i pieskami, żeby się pośmiać, zobaczyć, jak kotek się przewraca, piesek wpada w kałużę. Po kotkach i pieskach przyszedł czas na małpki i świnki, kapibary i kaczki, a potem na kolejne buchy. Obejrzałam chyba wszystkie filmiki z jeżem Freddym, jego rodzice kąpali go w umywalce i dawali mu do jedzenia marcheweczki.
Stuk, stuk – dzięcioł zastukał w drzewo.
Dzięcioła nie powinno już tu być, bo było ciemno i późno. Jak byłam mała, mówili mi, że dzięcioły stukają w drzewo, żeby znaleźć pożywienie, ale mówili też, że Pluton to planeta. Łatwiej jest wierzyć, że łza zwierzęcia to pot, ryba to filet, a stukanie dzięcioła to tylko szukanie jedzenia. W internecie mówili mi wcześniej, że dzięcioły w ten sposób się komunikują i ja w to wierzę, bo słyszę przecież, jak dzięcioł mówi do mnie „stuk, stuk” i chciałabym mu coś odpowiedzieć, ale nie umiem tak dobrze kontrolować siły bębnienia, zaangażować wszystkich mięśni, bo jestem w takim stanie, że mogę tylko leżeć.
Gawron, którego widziałam w świetle słonecznym, nagle ujawnił mi się w świetle UV i mienił się wszystkimi kolorami tęczy. Postanowił, robimy rave’a, więc tańczyłam z nim, latałam na jego grzbiecie. Zmieniłam lofi na psytransy.
Para grzywaczy zaczęła poruszać główkami, ich tu przecież wcześniej nie było. Łapały się pod skrzydła i wywijały oberka, tańczyły tango. Doleciał do nich po chwili trzeci i polecieli już ostro, w ślinę, w to tango.
Z prawej strony nadeszły moje wróble, gotowe na dancing. Miały małe brązowe dredy, szybkie okulary i sprzęt do fireshowu. Jeden wymachiwał płonącym kijem, drugi kulami na łańcuchu. Miały przygotowaną całą choreografię. Mijały się, stawały w rzędzie, przechodziły sobie nawzajem między nogami, stawały na skrzydłach, na dziobach. Wszystkie inne ptaki gapiły się na nie, ja gapiłam się na nie, koty z kwiatami na głowach gapiły się na nie. Wróble dawały prawdziwe show i chciałam je podziwiać, kochać, oklaskiwać, ale coś skręcało mnie w środku.
– Jesteście tu, bo ja tu jestem! – krzyknęłam do wróbli. – Jesteście tylko zwyczajne.
Wyrwałam słuchawki z uszu i wróble rozmyły się w powietrzu. Próbowałam zasnąć, ale usłyszałam gołębia, jak robi grru i wydawało mi się, że widzę gołębia, jak robi grru, grru i mówi, że tak się nazywa. Wyrywam mu chleb z dzióbka i płaczę, krzyczę, żeby go nie jadł, bo zawiera za dużo soli, tłumaczę mu, że on nie może jeść soli, ale właściwie sama nie wiem dlaczego. Gołębiu, spóźniłeś się na imprezę. Dałabym ci trochę wódki, ale nie mam, dałabym ci trochę emki, ale nie mam, dałabym ci trochę amfy, ale spóźniłeś się na imprezę. Mogę dać ci tylko to zioło.
Płakałam, bo skrzywdziłam wróble, płakałam, bo skrzywdziłam mamę, płakałam, bo skrzywdził mnie ojciec, i płakałam, bo skrzywdził mnie Norman. Płakałam, bo kiedyś skrzywdził mnie Szary i nigdy mnie za to nie przeprosił, płakałam, bo ostatnio w tym miejscu ja skrzywdziłam Karolinę i się tym nie przejęłam. Płakałam, bo skrzywdzili mnie nauczyciele w szkole, którzy pozwalali chłopcom mnie zaczepiać i się wiercić, bo są chłopcami. Płakałam, bo skrzywdziłam chłopców w szkole, chcąc udowodnić, że mogę być od nich lepsza. Płakałam, bo skrzywdzili mnie w szpitalu, gdy po porodzie zabrali mnie od mamy i od razu wzięli do oceny. Płakałam, bo całe życie jestem oceniana i oceniam innych.
Resztkami sił podniosłam się z materaca i zwymiotowałam na trawę. Po ostatnim zaciągnięciu się, ze słonymi łzami na twarzy i smakiem rzygowin w ustach, przyszedł, niepostrzeżenie, słodki, słodki sen.
.
.
.

.
Julia Śliwowska, urodzona w 1998 roku w Warszawie. Ukończyła hungarystykę na UW i edytorstwo na UJ. Finalistka projektu Połów. Prozatorskie debiuty 2023. Absolwentka Kursu Pisania Powieści KMLU 2024/25 i warsztatów literackich Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie 2018/19. W kwietniu 2026 r. nakładem wydawnictwa JanKa ukazał się jej debiut prozatorski „Śpiątko”.
