Poezja współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

Strażniczka snów (fragmenty)
Dorota Węgrzyn

[…] – Jesteś, Tom! – zawołała, gdy Złotko poleciał, by rozpocząć samodzielne życie, a ona wciąż stała przy parapecie, jak gdyby to, co się wydarzyło, miało zaważyć na losach całego świata. Chciała wybiec z domu, ale przypomniała sobie, że tkwi w piżamie i cofnęła się do sypialni. Włożyła seledynową tunikę i ruszyła po schodach. Na kuchennym blacie czekał już na nią dzbanek z parującą kawą. Tom oddalił się zapewne w momencie, gdy ją pochłaniał lot Złotka. Wypiła łyk aromatycznej kawy i wyszła z domu, zatrzaskując drzwi. Tym razem nie zamknęła ich na klucz. Szła drogą, która prowadziła w kierunku warowni. Nagle zrozumiała, że nie zna tej ścieżki. Słońce kupczyło swoimi pomarańczowymi wibracjami, które naznaczyły jej piegowatą twarz. Kędzierzawe kosmyki włosów opadały na ramiona. W dłoniach trzymała książkę, którą niedawno dostała od Anny. Nie spostrzegła, że zbliża się do rozstaju dróg. Nic nie przypominało ścieżki przez znajomy bukowy zagajnik. Weszła do ogrodu pełnego ludzi, nie znała wszystkich mieszkańców miasteczka, ale niektóre twarze wydawały się jej znajome. Przed secesyjnym pałacykiem z odkrytej cegły stały grupki ludzi rozmawiających w różnych językach. Na dziedzińcu zobaczyła stoły uginające się od obfitości jedzenia. Nim zdołała wypowiedzieć słowa powitania, jakaś niezwykle potężna siła przeniosła ją do środka budynku. W oknach sal na ogromnych parapetach stały kandelabry. Ich światło subtelnie ocieplało wnętrze. Na wielkiej przestrzeni głównego holu stała instalacja przypominająca ogromny interaktywny baner. To plastyczne przedstawienie przypomniało jej wykonaną dawno temu makietę wyobrażającą krainę zamieszkałą przez Hatifnaty – stworki, które rosną nocą, tworząc sieć połączeń. Powstaje dzięki temu wielka iluminacja. Ktoś wymyślił, że z wypustków hatifnatowych rurkowatych ciał wypływa coś na kształt lawy. „Gdzieś już to widziałam” – pomyślała Kora i rozejrzała się niespokojnie wokół. Nagle spostrzegła twórcę tej oryginalnej instalacji. Zachowywał się w sposób naturalny dla artysty. Postanowiła podejść i nawiązać rozmowę, ponieważ wiedziała, kim jest ten mężczyzna.

– Dzień dobry. Gdzie znalazłeś baner, który powiesiłam w Maneket w mojej pracy. To szkoła, w której pracuję od kilkudziesięciu lat!

– Jesteś Kora! Prawda? Musisz zdobyć „Koronę Myśli” Nie powiem nikomu o tobie, dopóki Radar nie uzna za słuszne przedstawić się Społeczności. […]

.

.

[…]- Powinniśmy otoczyć ją kręgiem – odezwał się Radar, a społeczność pokiwała na znak, że zgadza się z szamanem. – Jestem pewien, że znajdziemy ostatnie ogniwo, czyli osiemnastą osobę.

– Dlaczego się tu znalazła? – zapytała dziewczyna, której oczy świeciły jakimś różowym blaskiem. Nazywała się Margo. Do społeczności dołączyła osiemnasta kobieta. Miała na sobie lśniącą długą szatę a na skroniach nosiła wianek z drobniutkich kwiatów niezapominajki. Tymczasem Radar zupełnie zignorował pytanie Margo.

– Jesteśmy rodziną. Nie możemy wpuszczać do domu kogoś obcego, zanim go nie prześwietlimy! Musimy oznakować słowa i myśli. Zajmiesz się tym, Sofijo – powiedział stanowczo do kobiety w wianku i rozmierzwionych włosach.

– Naturalnie, Mistrzu – odparła Sofija i dała ręką sygnał do zrobienia kręgu.

To, co stało się potem, stanowi zagadkę nawet dla piszącej te słowa. Bo o ile zdajemy sobie sprawę z tego, czym może skutkować „oznaczanie słów”, to już z „oznaczaniem myśli” możemy mieć kłopot. Ale powoli.

– Stańmy, jak nas nauczał Mistrz: twarzą do centrum kręgu i policzmy do pięciu w kombinacji Alfa.

Członkowie społeczności stanęli tak, jak nauczał szaman. Od razu nastała cisza. Nikt nie śmiał wypowiedzieć ostatniej liczby. Słyszało się natomiast cichą intonację na temat Alfy. To była godzina na medytację spod znaku Radara.

Nastała godzina Beta. Społeczność chwyciła się za ręce i przemierzyła tak na dziedziniec pałacowy. Sofija zaczęła śpiewać. To był jakaś rzewna melodia, którą pozostali powtarzali w refrenie.

– Stańcie i liczcie w Gammie!

W tym momencie na centralnym miejscu kręgu pojawiła się Kora. Narodziła się dla społeczności. Wszystkich osiemnaście twarzy przyglądało się jej z zachwytem.

– Stańcie i liczcie w Delcie! Na tę komendę Sofiji wszyscy stworzyli trójkąt. Tylko biedna Kora nie rozumiała, że właśnie oznaczają jej myśli. – Stańcie w Epsilonie! Tu Sofija zrobiła większą pauzę. Wszyscy w kręgu już wiedzieli o potencjale, początku, z którym przybyła do nich Kora. Stanowiła element, dzięki któremu realna stać się mogła transformacja. Od tej jednej istoty zależało przecież, czy społeczność przetrwa.

– Znasz zasady, Sofijo – powiedział Mistrz. – Powinnaś już dziś zaplanować jej uwikłanie. Nie sądzę, aby weszła w naszą przestrzeń raz jeszcze, o ile oczywiście znajdzie wyjście.[…]

[…] Pojechali drogą wzdłuż Kennet. Rzeczywiście, byli już lekko spóźnieni. Pani Stanley nalegała, aby Mateo coś zjadł. Zrobiła dla nich obojga śniadanie. Nie miała własnych dzieci, więc matkowała swojemu stażyście. Pani Stanley była niegdyś zakochana w burmistrzu Reading. Kłopot w tym, że facet był żonaty i miał troje małoletnich dzieci. Nie była taką osobą: nie chciała mu zniszczyć życia. Błądziła w swych uczuciach, tym bardziej, że mężczyzna był w niej także zakochany. Odpuściła. Na jej wyraźne życzenie pan N. zabrał żonę i dzieci i opuścili hrabstwo Berkshire. Kobieta poprzysięgła sobie, że już nigdy nie będzie flirtować z mężczyznami. Jeszcze nie zetlały wspomnienia: wspólnie obejrzane filmy, muzyka, której słuchali, były żywe w jej pamięci. To N. nauczył tę szanowaną damę gwizdać na palcach i zajadać frytki z majonezem. To ich wspólne wypady w góry przypominały jej o porannej gimnastyce. Lubiła pielęgnować wspomnienia. Ceniła sobie ich czuły oddech na plecach. A kochała szaleńczo i namiętnie. Wszystkie swoje niespełnione fantazje znajdowały potem ujście w książkach, które pisała pod pseudonimem Queen Margo.

– Annette, podejdź bliżej, dziecko – powiedział dziadek. – Jesteś, moja „Dziewuszko”. Co cię do mnie sprowadza?

– Dziadku, przyniosłam ci coś – odparła Annette i oczom Toma ukazała się lampa o szarym kolorze. To była jedna z kolekcji babcinych kul. Annette nie zaświeciła girlandy.

– Dziecko, coś ty narobiła! – krzyknął dziadek. Te lampy muszą leżeć na swoich miejscach!

Był oburzony i rozdrażniony. Poleciła ojcu zabrać lampę sprzed oczu dziadka. W jednej chwili zrozumiała, że naruszyła jakiś plan, porządek dotyczący tej rodzinnej historii owianej tajemnicą. Postanowiła już dłużej nie męczyć dziadka. Obiecała, że jeszcze dziś odstawi przedmiot na miejsce. Nie zamierzała zdradzić się ojcu czymkolwiek. Potrzebowała uczynić to osobiście. Gdy wjechała na posesję, uważnie się rozejrzała. Była pewna, że ojciec zajął się swoimi sprawami i na pewno nie przyjdzie mu do głowy, aby ją śledzić. Annette weszła do salonu. Lampy rozstawione były w różnych miejscach w całym mieszkaniu. Jedne w sypialni inne w łazience na parterze i na piętrze oraz w korytarzu. Każda z nich ustawiona została na „podkładce”. Jakież było zdziwienie Annette, gdy odkryła, że „podkładki” są elementem większej całości.[…]

.

.

[…]

Wówczas to po raz pierwszy i ostatni oddałem się we władanie Władcy Ciemności. Nie prosiłem dla siebie, jak Małgorzata, lecz dla Magdaleny Kleinert, żeby już nigdy nie popełniła samobójstwa. Doprowadzona na skraj wyczerpania przez organizację do walki ze zwojami nerwowymi zgubiła siebie i Telesfera. Zapragnąłem wstawić się za nią. Zyskałem szacunek w oczach Władcy Ciemności i dał mi poznać, co znaczy jego łaska. Więcej go nie spotkałem.

Niegdyś fascynował mnie mrok katedry. Wówczas miały nade mną władzę siły zła, które biorą swój początek w braku działania. Od momentu, w którym zdałem sobie sprawę z tego, że powinienem przemierzać kosmos, poczułem własną sprawczość. W mocy mej jest katedra i mną się karmi „żywy Chrystus”. Potrzebuje ciała, aby stać się ciałem. Jego wielkość i siła zaś napędza moje receptory nerwowe, abym myślał i czuł duszą katedry. To bardzo skomplikowany proces dla laika. Jednak to, czego się boimy, może mieć na nas także zbawienny wpływ. Jestem już spokojny, opanowałem własną psychikę, zrzuciłem maskę osiłka, którą przywdziałem, kiedy zostałem wysłannikiem kościoła na Rogu. Mam jeszcze wiele do zrobienia, bo Izmiraidy zmieniły definitywnie trajektorię lotu i odseparowały się od Gwiazdy Madlen. Teraz jej imiennicza twierdza, katedra, dąży ku innemu światłu. Tym światłem jest właśnie Chrystus. Co o tym świadczy? Witraże, które zaczął tworzyć żywokryst, odbijają Jego światło. Zupełnie w takiej konfiguracji, jak na obrazie Chrystusa Miłosiernego. W obecnym wnętrzu katedry widać kolory! Szafir, szmaragd, seledyn, malachit i bursztyn stały się spoiwem kondygnacji. Cztery wieże iskrzą złotem. To miejsce żyje dzięki mnie i innym „zakładnikom miłości”. Są oni duchowymi przewodnikami zbłąkanych dusz. Co wieczór w seledynowej poświacie odbywają się koncerty organowe. Tak, wytworzyła organy. Są także śpiewy oratoryjne. To „zakładnicy miłości” w ten sposób chwalą porę czasu. Opus magnum to proces alchemiczny mający doprowadzić nas do uzyskania kamienia filozoficznego. Jesteśmy blisko. To tylko kwestia czasu, a tego mamy pod dostatkiem. Nie liczymy czasu. W próżni króluje bezczas. Mam nieodpartą chęć wyśpiewać swoją radość. Poza tym przemieszczamy się nieustannie. To katedra wyznacza niezbadane kierunki. Jesteśmy cały czas w orbitowaniu asteroid, planetoid i gwiazd. One zasilają pas Hoena. Nie ma już do mnie przystępu zło.  Zupełnie innym tokiem myślenia zmierza Aaron. Jestem przekonany, że mój przyjaciel Aaron rozbije się o próg własnego ego. Ciał być zdobywcą przy okazji ratowania mnie. Wykoleiła się jednak jego wizja.[…]

.

.

[…] – Co tu robisz, młoda kobieto? – zapytał. – Może masz jakieś nowe rozkazy od Mistrza?

– Dzień dobry. W czym mogłabym panu pomóc? – zapytała Annete i podała rękę na powitanie. Ręka Annette nie spotkała ręki nieznajomego.

– Musisz wiedzieć, kochanie, że wyziewy nie ustały. Wielu z nas, mieszkańców osady, straciło życie. Prawdopodobnie przybywasz z przeszłości, bo widzę hologram teleportera na przegubach twoich rąk.

Rzeczywiście, ręce Annette świeciły. Hologram zawierał zaszyfrowaną wiadomość. Należało znaleźć Mistrza.

– Wrócę do pana niebawem. Proszę się stąd nie ruszać – postanowiła. – Jutro o tej porze zwrócę się do pana z prośbą o pomoc.

Dziewczyna weszła na dziedziniec. Zbiegła po stopniach i zatrzymała się przy anemonach, które rosły w gazonach. Padał deszcz, więc otworzyła parasol. Odsunęła się pod dach i zobaczyła je. Lea przyszła się przywitać jako pierwsza.

– Czekałyśmy na ciebie, kochanie.

– Dobrze, więc jestem. Co mam robić? Zakładam, że nie mamy zbyt wiele czasu – zawołała Annette.

– Jesteś bardzo dzielna. Zawsze o tym wiedziałam. Znajdziesz nas, kiedy będziesz potrzebowałam pomocy, ale teraz czas społeczności – jej los – leży wyłącznie w twoich rękach. Do zobaczenia, Annette – zakrzyknęła Lea i zniknęła dokładnie w taki sam sposób, jak się pojawiła.

Kobieta wiedziała dokąd się udać. Notatki babci przewertowała tej nocy bardzo wnikliwie. Przeskoczyła kałużę i zaczęła się z tego śmiać. Była tak podekscytowana, że nabrała pewności, że świat ludzi z E. leży w jej rękach. Sprawdziła skąd wydobywają się wyziewy. Pomógł jej pewien faun.

– Witaj, Annette. To już prawie koniec tej historii, a zarazem jej początek. Ty znasz zakończenie, prawda?[…]

.

.

.

.

proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

.

Dorota Węgrzyn jest polonistką. Mieszka w Kłodzku. Interesuje się twórczością Stanisława Lema. Z szacunkiem podchodzi do Czytelnika młodego i dojrzałego, starając się podzielić z nim swoją wrażliwością. W swoich historiach poświęca też dużo miejsca utworom uznanych twórców.

„Strażniczka Słów” jest opowieścią o uniwersum, które przestałoby istnieć, gdyby nie… dzielne kobiety. W swoim utworze Autorka wskazuje na wartości takie jak rodzina, miłość czy wiara. Starała się także o to, by wybrzmiało w nim jej przekonanie, że literatura ma moc ocalającą. Jest w tym tekście miejsce dla zaangażowanego Czytelnika, który rozpozna m.in. konwencję snu czy podda się podróży w czasie.

Dotąd wydała następujące książki:

  1. „Jak najdyskretniej oswoić śmierć”. Życie i poezja Anny Zelenay” – Kłodzkie Towarzystwo Oświatowe & Wydawnictwo „Maria” (monografia)
  2. „Czarodziej” i „Czarodziejka” Kłodzkie Towarzystwo Oświatowe & Wydawnictwo „Maria” (opowiadania o dziadku i babci, które uzupełniła opowieściami uczniów o ich dziadkach)
  3. „Anuszka” – Klub Otwartej Kultury (książeczka o Annie Zelenay dla dzieci)
  4. „Myśl ikonicznie!” – Impuls Oficyna (dwie publikacje edukacyjne, w których proponuje autorską metodę pisania rozprawki w oparciu o słowno-graficzny schemat).

.

.

PODZIEL SIĘ