Nie jestem najlepszą wersją siebie
.
Nie jestem najlepszą wersją siebie. Jestem wersją, która przeżyła.
Czasem myślę, że to już coś – przeżyć. Jakby trwanie było osiągnięciem, medalem przyznawanym po cichu tym, którzy nie zniknęli całkiem. A potem przychodzi druga myśl, bardziej niecierpliwa, bardziej bezlitosna: za jaką cenę? Co oddałam, żeby zostać? Co zgubiłam po drodze, nawet tego nie zauważając?
Przewietrzona głowa. To brzmi lekko. Jak otwarte okno. Jak ruch powietrza, który coś zabiera, ale jeszcze nie wiadomo co. Dla mnie to znaczy tylko tyle: oddycham. Słucham Mozarta. Nie myślę o jutrze. Nie planuję, nie liczę, nie rozpisuję ratunku na punkty. Nie analizuję własnych reakcji jak wykresów. Po prostu jestem. Siedzę. Oddycham. Czasem patrzę w sufit. Czasem w dłonie. I to na razie wystarcza.
Mindfulness nie jest dla mnie. Próbowałam. Naprawdę. Instrukcje były proste: bądź tu i teraz. Tylko jak to zrobić, skoro teraz boli, a tu nie daje żadnego poczucia bezpieczeństwa? Jak być obecną w miejscu, które uwiera? Jak zakotwiczyć się w chwili, która przypomina pole minowe? Dla mnie „tu i teraz” przez długi czas było jak zamknięcie drzwi od środka.
Przez lata wypierałam depresję. Nie tak spektakularnie, bez łez i dramatów. Raczej cicho. Codziennie. Żyłam z nią, nie wiedząc, że to ona. Myślałam, że tak po prostu wygląda dorosłość. Zmęczenie. Odpowiedzialność. Brak radości bez wyraźnej przyczyny. Działałam. Funkcjonowałam. Byłam:
– w pracy – uśmiechnięta, konkretna, „ogarnięta”;
– w domu – wydolna.
Zawsze do dyspozycji. Zawsze „jeszcze chwilę dam radę”. Aż przestałam. Nie było jednego momentu. Raczej pęknięcie rozciągnięte w czasie. Jak materiał, który traci elastyczność, aż nagle już nie wraca do pierwotnego kształtu. Wtedy się zaczęło. Wybudzenia przez chrapanie. Przez Sarę. Przez myśli, które nie znały pory dnia. Przez własny oddech, zbyt głośny, zbyt obecny.
Sny przerywa szum radioodbiornika, chociaż w łóżku nie ma żadnego radia. Jakby mózg sam produkował dźwięk, żeby nie zostać sam na sam z ciszą. Głosy mieszają się z ciszą. Cisza przestaje być neutralna. Staje się podejrzana. I znów nie wiem, czy śnię, czy żyję. Granice się rozmywają. Rzeczywistość robi się miękka, jakby można było ją ugniatać palcami. Ciało jest zmęczone, ale głowa nie chce zasnąć. Albo zasypia za bardzo. Nie ma środka.
Kiedyś miałam marzenia. Prawdziwe. Nienazwane jeszcze lękiem. Potem miałam obowiązki. Konkrety. Terminy. Odpowiedzialność, która nie pytała o koszt. Dziś mam wątpliwości. One są najcięższe, bo nie da się ich odhaczyć.
Czy jestem sobą, czy tylko cieniem siebie sprzed lat? Czy to, co robię, to wybory, czy już tylko reakcje? Czy to jest droga do zdrowia, czy jedynie ładniejsza, spokojniejsza fasada choroby? Czy spokój, który czuję, jest ulgą, czy wycofaniem?
Zaglądam do lustra i nie pytam już: „kto tam jest?” To pytanie było zbyt ambitne. Teraz pytam tylko: „czy jesteś jeszcze?” Bo wiem, że znikanie nie zawsze jest dramatyczne. Nie musi boleć od razu. Może być powolne. Ciche. Nienazwane. Jak wycofywanie się z własnych pragnień. Jak rezygnacja z głosu. Jak zgoda na bycie „wystarczającą”, zamiast żywą. I wiem też, że można się nie zorientować, że się zniknęło. Dlatego teraz uczę się oddychać tak, jakbym wracała. Nie do dawnej siebie, lecz do jakiejkolwiek. Do tej, która jeszcze reaguje na muzykę, na światło. Na chwilę ciszy, która nie boli. Jeszcze nie wiem, kim będę. Ale wiem, że chcę być.
.
.
Cyfry i fałszywe nuty
.
Każdy poranek bez cyfr jest trochę jak wstawanie w innym wymiarze. Świat nagle nie jest już poukładany w kolumny i wiersze, nie ma prostych sum i wyników. Jest miękki, chaotyczny, pełen odcieni, których nie da się zmierzyć, ani sklasyfikować. Z początku przeraża mnie ta miękkość i nie wiem, jak w niej funkcjonować. W cyfrowym świecie każde działanie miało konsekwencje, które można było przewidzieć. Teraz konsekwencje są subtelne, nieoczywiste, a moje decyzje odbijają się echem w przestrzeni, której nie rozumiem do końca.
Zaczynam obserwować siebie uważniej. Małe gesty dnia stają się znaczące. Zapach kawy o poranku, dźwięk muzyki, który wypełnia pokój. Te drobiazgi, kiedyś niezauważalne, teraz są jak pierwsze kolory po długiej zimie. I jest w tym coś niepokojącego. Radość miesza się ze smutkiem, ekscytacja z lękiem. Nie ma prostych liczb, które mogłyby wyjaśnić, dlaczego serce bije szybciej, gdy widzę scenę teatru pełną światła i ludzi.
Myślę o dawnych projektach, tabelach, raportach. Kobieta, która je tworzyła, wydaje się teraz odległa, jak ktoś inny. Była pewna siebie, kompetentna, opancerzona pewnością i rytuałami pracy. Ja jej nie odnajduję w lustrze, które trzymam w dłoni dzisiaj. Zostałam sama, z pustką, którą trzeba wypełnić nowym sensem. To jest moja „niepłatna praca”- odbudowa siebie, nawarstwianie emocji, uczenie się znów czuć i odczuwać bez kalkulatora w ręku.
Czasem myślę, że cyfry były schronieniem. Chroniły mnie przed światem, ale i przed sobą. Każda liczba, każdy wynik dawał złudzenie kontroli, bezpieczeństwa. Teraz jestem bez peleryny, naga wobec własnych pragnień i lęków. I w tej nagości odkrywam coś, co wcześniej nie istniało, odkrywam fascynację światem, który nie jest prosty, ani przewidywalny. Kultura, sztuka, teatr, muzyka zaczynają wypełniać moje myśli, serce, a czasem nawet ciało. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale czuję, że chcę się w tym zanurzyć.
Jednak wolność nie jest łatwa. Niepewność kłuje w brzuchu jak igła, ale jednocześnie jest w tym coś pięknego. Każde nowe doświadczenie jest jak odkrywanie fragmentu mapy, której wcześniej nie znałam. Każde spotkanie, rozmowa, koncert, spektakl to lekcja bycia sobą. Nie tym, co „powinnam”, nie tym, co liczy się na papierze, ale tym, co czuje moje serce.
I może właśnie w tym tkwi sens całego resetu. Nie chodzi o porzucenie dawnej siebie, ani o to, żeby się zatracić. Chodzi o to, by nauczyć się istnieć w świecie, w którym emocje, zachwyty i lęki mają taką samą wagę jak sukcesy zawodowe. Liczyć nie tylko cyfry, ale też własne emocje.
.
.
Obraz w odcieniach bólu
.
Cyfry kiedyś dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Liczyłam, analizowałam, układałam świat w kolumny i wiersze, bo tam wszystko było przewidywalne. Każdy wynik miał sens, każdy sukces był wymierny, każda porażka policzalna. W tym świecie nie było miejsca na chaos uczuć, na niuanse, na łzy, które wylewają się bez powodu.
Teraz? Teraz stoję nad płótnem i czuję, że wszystko się zmienia. Malowanie staje się moją nową tablicą wyników, choć te liczby nie mają znaczenia. Tu każdy ruch pędzla jest jak równanie, którego wynik znam tylko ja. Nie liczy się poprawność ani oczekiwania innych, liczy się to, co we mnie wybucha i gaśnie. Każdy kolor rozszczelnia stare wspomnienia, które przez lata były starannie ukryte za ścianami bezpieczeństwa. Nie ma w tym perfekcji ani planu. Nie ma strategii ani harmonogramu. Jest chaos, który daje wolność. Kiedy rozlewam błękit, ciężar lat znika. Kiedy stawiam grubą kreskę, coś w środku się domyka. To są małe zwycięstwa nad sobą samą, a nie nad cyframi, nie nad tabelami, ale nad tym, co przez lata dusiło mnie od środka.
Dzieciństwo wydaje się teraz tak odległe, a jednak obecne w każdym pociągnięciu pędzla. Chciałam wtedy malować, ale kazano mi być rozsądną. Rysunki były „ładne”, ale niepraktyczne. Teraz nie ma już „praktycznych” ograniczeń, a praktyczne jest to, co mnie nie zabija, co pozwala przetrwać, co pozwala poczuć, że żyję.
Malowanie jest moim resetem. Tak samo jak tamta praca była miejscem, w którym musiałam być twarda i dokładna, tak teraz malowanie jest miejscem, w którym mogę być miękka, niepewna, emocjonalna. Nie wiem, czy mam talent. Nie wiem, czy kiedykolwiek to, co tworzę, będzie komuś potrzebne. Ale to nie ma znaczenia. Tworzę dla siebie. Tworzę, żeby przeżyć. Tworzę, żeby odzyskać część siebie, którą dawno temu oddałam światu cyfr i obowiązków. W tym procesie odkrywam coś niezwykłego: że wolność nie jest prostym odejściem od obowiązków, że nie polega na zdobywaniu nowych tytułów czy projektów. Wolność jest w kontakcie ze sobą, w świadomości, że mogę płakać nad błękitem i pozwolić, by coś się w środku oczyściło. Wolność jest w tworzeniu, które nie musi być piękne, w podejmowaniu decyzji, które nie mają wymiernego sensu, ale mają sens dla mnie.
Malowanie staje się mostem między tym, kim byłam, a tym, kim mogę być. Jest jak drugi reset, nie liczbowy, nie zawodowy, lecz emocjonalny, wewnętrzny. Chociaż nie wiem, dokąd mnie zaprowadzi, czuję, że pierwszy raz od dawna naprawdę tworzę coś własnego. Nie naprawiam, nie liczę, nie planuję. Po prostu istnieję w ruchu, kolorze i ciszy, która wypełnia pustkę, którą kiedyś znałam tylko w tabelkach.
.
.
Małe dłonie, wielkie powody
.
Dla niej to wszystko. Przebudzenie. Powrót. Chwila spokoju. Chwila bliskości. Sara tuli się do mnie rano, jeszcze półprzytomna, pachnąc snem, ciepłym i spokojnym, który wypełnia pokój ciszą. Jej dłonie są drobne, ale pewne. Ściskają mój palec jak kotwicę, jakby chciały upewnić się, że świat nie zniknie, kiedy zamknie oczy. Ja wtedy czuję to głęboko w sobie, że warto. Choćby dla niej. Przy niej mogę być sobą. Nie muszę niczego udowadniać. Nie muszę zasługiwać na pochwały ani chronić się przed oceną. Ona nie zna słowa „zawiodłaś”. Nie analizuje mojej przeszłości. Nie oczekuje, że wszystko będzie idealne. Dla niej jestem po prostu mamą. Czasem smutną, czasem zmęczoną, czasem roześmianą, ale zawsze obecną. I to wystarczy. Czasem, gdy zapada cisza, obserwuję ją, jak rysuje. Jak mówi do siebie, tworząc światy z plasteliny, z papieru, z wyobraźni. Widzę w niej fragment dawnej siebie – tej, która była radosna, ciekawa, bez ciężaru przeszłości. I wtedy ogarnia mnie strach. Strach, że przekażę jej to, czego sama nie zdążyłam naprawić. Strach, że moje lęki i niepokoje wypełnią jej świat tak, jak wypełniały mój. Ale potem przypominam sobie, że nie muszę być idealna. Nie muszę ukrywać zmęczenia, niepokoju, słabości. Wystarczy, że będę prawdziwa. Że będę przy niej, uczyć się z nią i razem z nią odkrywać świat. Że mogę mówić: „nie wiem”, „przepraszam”, „boję się”, „kocham cię”. Bo w tej autentyczności kryje się siła większa niż każda perfekcja. Widząc mnie taką niepokonaną, choć pokiereszowaną, może nauczy się, że życie nie musi być proste, by było piękne i warte przeżycia. Może zrozumie, że błędy, łzy i lęki nie odbierają wartości, tylko uczą, jak stawiać kolejny krok. Dla niej uczę się znowu oddychać. Każdego ranka, przy jej uśmiechu, przy jej dotyku. Uczę się odpuszczać potrzebę kontroli. Uczę się czuć bez obawy. Uczę się, że obecność jest największym darem, jaki mogę jej dać i, że czasem to, co proste, codzienne, spokojne, wystarczy, by miłość mogła rosnąć.
W tym powolnym rytmie, w małych gestach dnia, odkrywam, że nawet jeśli świat bywa chaotyczny, a serce pełne lęku, to w jej obecności wszystko staje się możliwe. Oddycham dla niej. Oddycham z nią. I w tym oddychaniu odnajduję siebie.
.
.
„Tam, gdzie znowu oddycham” to intymna autofikcja o życiu po kryzysie. Nie opowiada o spektakularnym ozdrowieniu, lecz o cichym trwaniu. To poruszająca proza o miłości, chorobie i sile powrotu do siebie – ze zgodą na głęboką przemianę.
Jeśli te słowa zarezonowały z Twoją własną historią, wywołały refleksję lub po prostu chcesz podzielić się swoimi wrażeniami po lekturze – moje drzwi są otwarte.
Napisz do mnie: ima.space.art@gmail.com
.
.

.
Iwona Markiewicz
Autorka książki „Tam, gdzie znowu oddycham”, malarka, absolwentka studiów ekonomicznych. Przez lata związana ze światem danych i cyfr, odnalazła nową drogę w uważności, twórczości i zatrzymaniu się w pędzie codzienności. W swojej twórczości literackiej i malarskiej dotyka tematów kryzysu psychicznego, przewartościowania życia, macierzyństwa oraz powolnego, czułego odbudowywania relacji z samą sobą. Prowadzi własną pracownię malarską, w której odnajduje spokój i ukojenie w rytmicznej przestrzeni kropek, strukturalnych faktur i własnego oddechu. Jej obrazy i słowa rodzą się na styku trudnych doświadczeń i cichej nadziei. Są dowodem na to, że nawet z największego chaosu można wyłonić własną przestrzeń wolności. Mieszka i tworzy w Koninie, czerpiąc nieustanną inspirację z natury, bezkresu kosmosu oraz mikro-zachwytów otaczającego świata. W swojej codziennej pracy z czułością przeplata słowo i obraz. Wierzy, że sztuka nie musi być idealna, by była prawdziwa, a dla człowieka może stać się bezpieczną przystanią, przestrzenią wytchnienia, akceptacji i powrotu do samej siebie.
