Proza współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

Uwięziony (fragment)
Ireneusz Srokowski

ROZDZIAŁ PIERWSZY

.

„Zarząd Zieleni Miejskiej – Kadry” — Zbychu przeczytał na drzwiach. Nacisnął klamkę, poczuł jej chłód i wszedł. Kobieta za biurkiem patrzyła jeszcze chwilę w papiery, zanim podniosła wzrok. Właściwie nawet nie podniosła, tylko oczy spod okularów przerzuciła na Zbycha. Stanął w progu i rozejrzał się. Dwie świetlówki o barwie miodu szwankowały, a w migającym świetle postać kadrowej jaśniała i gasła. Tik tak. Na regale zielone segregatory przechylały się jeden na drugi. Na grzbietach daty: 2016, 2017 i tak dalej. Ostatni był wysunięty. Zaraz wypadnie — pomyślał.

Mieszkali z siostrą już od trzech lat sami, a on w tym czasie pracował tylko sporadycznie: na budowie, jako stróż, ostatnio w Miejskim Przedsiębiorstwie Oczyszczania. Zasiłek na Zuzię nie był wysoki, więc zależało mu na tej robocie.

Kadrowa podniosła głowę.

— Pan… — kobieta zmrużyła oczy. — No jak pan się nazywa?

— Ja, ja się nazywam Zbyszek Burski.

— Wiek?

— Dwadzieścia osiem lat.

Podszedł dwa kroki, stanął za plastikowym krzesłem. Wtedy kobieta podniosła wzrok.

— Pan siada!

Położyła pulchną rękę z trzema pierścionkami na biurku i wyprostowała się. Jej oczy błysnęły. Usiadł i potarł dłonie pod stołem. Na biurku dojrzał zdjęcie. Wychylił głowę. Dwa koty bawiące się na kanapie.

To by była naprawdę dobra robota, ruch, dużo zieleni. Niech mnie przyjmie — zaklinał kadrową w myślach.

— Wykształcenie?

Krzesło jęknęło, gdy próbowała znaleźć lepszą pozycję.

— To znaczy chodziłem do technikum.

— Co to znaczy chodziłem…? — kobieta gwałtownie podniosła wzrok. Postukała palcami w blat biurka.

W ustach sucho.

— No, w trzeciej mnie wywalili.

Spojrzał na nią, ale tylko na sekundę. Wydało mu się, że wstaje i kończy rozmowę. Ale nie wstała, tylko odchyliła się do tyłu. Przymknął na chwilę powieki i wykrzywił wargi.

— Ja, proszę pani, miałem kłopoty. To było w trzeciej — rzucił na nią spojrzenie — policja i takie tam. W końcu się odczepili — wypuścił resztę powietrza z płuc. — Ale ze szkoły już wywalili.

— Za co?

Poczuł, że robi mu się gorąco.

— Czy ja muszę o tym mówić? — zapytał, a właściwie wydyszał pytanie. — Pani tam ma na pewno napisane.

Zaczął kręcić się na krześle. Jarzeniówka ciągle migotała.

— Po prostu poniosło mnie, nie wiedziałem, co robię.

Błysnęło mu, jak się rzuca na nauczyciela. Do tej pory czuł jeszcze kwaśny zapach potu i kurzu z tamtego dnia.

— Potem żałowałem — dodał cicho.

Zmrużyła oczy i zaczęła nimi świdrować. Na chwilę skrzyżowali wzrok, ale uciekł. Nie wytrzymał.

— No niech pani tak nie patrzy, po prostu tamto się zdarzyło i tyle. Już swoje dostałem za to. Nie chcieli mnie w żadnej szkole, roboty musiałem szukać.

Kobieta ciągle go obserwowała. Zastukała długopisem, zakręciła nim w palcach. Przecząco pokiwała głową. Dostrzegł te ruchy.

— No i mam siostrę w domu… — dorzucił pospiesznie — a zresztą nieważne.

— No niech pan mówi.

— Muszę się nią opiekować, ona jest… niepełnosprawna. Ale to już nie o to chodzi. To moja sprawa.

Ledwo mieścił się w plastikowym krześle. Zastygł, żeby nie skrzypiało. Kadrowa westchnęła, zajrzała do papierów.

— Czyli niepełne średnie — jeszcze raz rzuciła okiem na Zbycha.

W pomieszczeniu pełnym rozklekotanych mebli zawisła cisza przerywana trzaskiem zepsutej świetlówki. Kobieta wyprostowała się. Poczuł od niej dziwny zapach. Nie wiedział czego.

— Ostatnia praca?

— Na śmieciarce jeździłem.

— Na śmieciarce — powtórzyła i spojrzała za okno. Poruszyła się, jakby chciała wstać. — No, nie wiem, mamy kandydatów. Muszę jeszcze innych przesłuchać. Damy panu znać…

Rzucił okiem na zdjęcie na biurku. Wszedł jej w słowo.

— No właśnie, na śmieciarce. Wie pani co? Do teraz mnie przechodzi dreszcz. Zostawiłem tę robotę, bo zobaczyłem w śmieciach trzy jeszcze ślepe kociaki. Takie maleńkie. Ich miauczenie w nocy jeszcze słyszałem. Nie mogłem tego znieść. Następnego dnia wymówiłem. Kto takie rzeczy robi?

Już nie bębniła palcami. Położyła dłonie na biurku. Ich spojrzenia skrzyżowały się na dłużej. Po raz pierwszy spojrzała na niego łagodniejszym wzrokiem. Coś na kształt uśmiechu przemknęło po twarzy.

— Pani ma jakieś zwierzęta?

Pytanie zawisło. Kadrowa otworzyła usta, ale zaraz zamknęła. Chwilę stukała długopisem w biurko, patrząc na Zbycha. Tym razem wytrzymał spojrzenie.

— No dobrze, potrzebujemy pracowników. Na okres próbny pana przyjmę. Ale trzeba przynieść zaświadczenie o niekaralności. I świadectwo pracy z MPO.

Badała go wzrokiem; nie mógł uciec od jej spojrzenia.

— My tu nie chcemy kłopotów. Tak? Zaświadczenie o niekaralności. Takie, na którym będzie napisane, że nie było nawet żadnego wykroczenia. Rozumie pan? Przyniesie pan takie?

Przełknął ślinę.

— Tak, przyniosę — potakiwał głową, jakby za szybko.

Spojrzała w górę.

— Nawet nie ma komu wymienić tej świetlówki — dodała.

— Ja mogę zmienić — pierwszy raz się poruszył. — Tylko pani drabinę da.

Od razu się rozluźnił. Kiedy wchodził na stopnie drabiny, śledził kadrową, czy widzi, jak mu idzie. Przekręcił śrubokrętem blokady, wyjął świetlówkę, spojrzał na ciemny koniec i podał kobiecie. Włożył nową. Pokój od razu się rozjaśnił. Z góry dostrzegł jej zadowoloną minę. Zszedł i złożył cicho drabinę.

— No to ja po te świadectwa gonię.

— A niech pan goni.

Dochodził do drzwi, kiedy usłyszał:

— A co z tymi kotami?

— Jakimi kotami?

— No tymi ze śmieci?

— Aaa, tymi. Zawiozłem je do schroniska.

Na zewnątrz nabrał w płuca świeżego powietrza. Przez chwilę mrużył oczy, przyzwyczajając wzrok do ostrego, kwietniowego światła. Przypomniał sobie koty. Jakie koty? Żadnych kotów nie było.

.

Dół formularza

ROZDZIAŁ DRUGI

Zachciało mu się śpiewać. W domu miał płyty Rynkowskiego i Krawczyka, znał te piosenki na pamięć. Matka tak je lubiła. Czasem stawał przed lustrem, brał głęboki wdech i śpiewał, zagłuszając odtwarzacz. Stroił miny, kołysał się w rytm, a Zuzia aż podskakiwała z radości.

Teraz ruszył zdecydowanie. Dostał tę robotę. Szedł na kebab na Kasprowicza. Lubił tam czasem zajść. Po rozmowie jeszcze bardziej chwycił go głód. Na ulicy pachniało jaśminem. Intensywny zapach lekko odurzał, a jemu krew pulsowała w skroniach. Słyszał swoje buty mocno stukające o chodnik. Przed oczami wciąż miał kadrową i te zmyślone koty. Zaśmiał się.

Doszedł do długiego muru otaczającego kościół. Czoło mu się zmarszczyło. Wcześniej tutaj zawsze przyspieszał i odwracał głowę. To miejsce wydawało mu się ponure. Miał wrażenie, że wszyscy w kościele będą na niego patrzeć. Że wiedzą o nim i zaraz pokażą palcami. Nie chciał ich wzroku. Palców tym bardziej. Dlatego uciekał.

Ale teraz zwolnił. Stanął i usłyszał śpiew. Mocne, zwielokrotnione brzmienie. Jakoś przestało mu przeszkadzać, że oskarżą, wyśmieją, wyrzucą. Zapomniał o kebabie. Dostał robotę, chciał śpiewać.

Wszedł. A właściwie sam nie wiedział, kiedy znalazł się w środku. Skulony, stanął przy samych drzwiach i słuchał, poruszając ledwie ustami. Chwycił melodię i zanucił kilka słów refrenu. Najpierw oddychał płytko, potem podniósł głos. Kilka osób się obejrzało. Uniósł głowę i śpiewał dalej. Potem wyszedł, ale pieśń zabrał ze sobą. Wracał, wybijając rytm o chodnik.

Przypomniał sobie, pierwszy raz od lat, jak siadał na kolanach matki, a ona grała na keyboardzie dziecięce piosenki. Lubił zapach jej włosów. Obejmowała go i jedną ręką grała: szła dzieweczka do laseczka. Nauczył się tej melodii i wystukiwał ją jednym palcem na innej oktawie. W domu był spokój, bo ojciec jak zawsze gdzieś w świecie. Matka się jeszcze wtedy potrafiła uśmiechać.

Minął lokal z kebabem. Dopiero w domu przypomniał sobie, że nie jadł.

Przyszedł znowu tydzień później. Stanął za ostatnią ławką. Nie pod samym murem jak poprzednio. Skończyli właśnie ostatnią pieśń. Jeszcze słyszał, jak jego głos wypełniał kościół. Chciał śpiewać, ale organy ucichły, ostatnie akordy rozproszyły się w szumie siadających ludzi, głosie księdza.

Pani Ania stała przed nim. Drgnął, gdy przekazywali sobie znak pokoju; jej spojrzenie ślizgało się po jego przybrudzonej marynarce. Nagle potrząsnęła zaciśniętą w pięść ręką.

— Chór — rzuciła nie wiadomo do kogo.

Po mszy zaczepiła go:

— Przepraszam, że tak zaczepiam, ale słyszałam, jak pan śpiewa. Już drugi raz pana słyszę. W tamtym tygodniu też… Ma pan dobry głos, tak się niesie…

Oczy jej błysnęły, usta poruszały się szybko. Zrobił krok w bok, jakby chciał się wywinąć od rozmowy.

— Może to dziwne, ale tak pomyślałam… chciałabym zaproponować… Jeśli zechce pan poczekać, ja zaraz wrócę.

Ruszyła w kierunku ołtarza. Obejrzała się za siebie, jakby sprawdzała, czy nie uciekł. Patrzył na wychodzących ludzi. Ciche szepty, przyklękanie przy drzwiach. Stał w prawie pustym kościele. Wyrównał oddech. Dojrzał, jak kobieta wraca z księdzem; nachylała się do niego i coś mówiła, a on potakiwał. W końcu brodą wskazała Zbycha. Czekał, czując, jak napinają mu się mięśnie.

— To jest pan… jak pan ma na imię?

— Zbychu — chrząknął. — Zbyszek — poprawił się.

— Panie Zbyszku, pana głos się wyróżnia. Może zechciałby pan śpiewać w chórze?

Podniósł brwi wysoko. Nie wiedział, co zrobić z rękami. Otarł je o spodnie.

— W chórze? Śpiewać? — Brwi powędrowały mu jeszcze wyżej. — Nikt mi nie mówił, że mam jakiś… Ja zwyczajnie lubię sobie pośpiewać.

Ksiądz Maciej wymienił spojrzenie z katechetką.

— Też mi się wydało, że słyszę dobry baryton. To nic wielkiego, ale może zechciałby pan spróbować. Mamy chór, zespół muzyczny, to są bardzo mili ludzie. Wszystko tutaj, przy kościele.

Nikt wcześniej tak do niego nie mówił. Nie wiedział, że tak można. Przerzucał wzrok z księdza na katechetkę. Czekał, aż poklepią go po ramieniu i roześmieją się w nos: „Dobra, Zbychu, to taki żart był”. Ale się nie śmiali. Tylko patrzyli otwartymi oczami. Czekali na odpowiedź.

— Nieee, to nie dla mnie, nie będę nigdzie chodził — słowa same wystrzeliły.

Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale tylko wyjął czapkę z kieszeni i zaczął ją miętosić. Potem odwrócił się i wyszedł. Może przez te dziewczynki na skakance. Miał z dziesięć lat, może mniej. Ojciec wrócił ze swoich szemranych interesów i przywiózł piłkę do kosza. Wyszli pograć. Nie dorzucał do poręczy. Piłka za duża albo on za mały, w każdym razie nie dolatywała. Ojciec dorzucał. I za każdym razem, gdy trafił, krzyczał: Widzisz? To łatwe. Ale Zbyszek już tylko stał i patrzył. Wreszcie ojciec chwycił go za ramię i pokazał dwie dziewczynki skaczące na skakance.

— Do nich idź — rzucił, krzywiąc twarz. — No idź, poskakać — i popchnął go.

Zbychu pamiętał, jak zdusił wtedy płacz, ale gorycz w gardle została na długo.

Nie będę z siebie idioty robił — pomyślał teraz i przyspieszył kroku. Z parku wiatr przywiał zapach bzu. Wciągnął go mocno. Skręcił w ulicę Kocha. Szedł szybko, oddychał płytko. W głowie obraz ojca zastąpiła postać księdza: „Może zechciałby pan spróbować”. Nigdy wcześniej z żadnym księdzem nie rozmawiał.

Nagle minął go chłopak, może trzynastoletni, ciężkawy, z twarzą ściągniętą strachem. Przeszedł na drugą stronę ulicy i oglądał się za siebie, jakby kluczył. Ulica Kocha była wąska, zastawiona po obu stronach samochodami. Nie było gdzie się ukryć.

Zbychu śledził go wzrokiem. Wtedy usłyszał z tyłu pokrzykiwania. Trzech równolatków tamtego wyminęło go. Jeden rzucił kamieniem.

— Ty! I tak cię dorwiemy, ty zgniła parówo! — krzyknął najwyższy, ten w środku. Rozpięta droga kurtka, drogie buty.

Chłopak pojawiał się i znikał między samochodami. Chciał podbiec, chwycić elegancika za kurtkę, przywalić mu. Ale tylko patrzył, jak ich ofiara miga między samochodami.

Niech go gonią. Niech mu dupę skopią — pomyślał. Zatrzymał się i skrzywił. Zobaczył własną trzęsącą się brodę. Smarki pod nosem. Oczy mokre od płaczu. Siebie pchniętego do dziewczynek ze skakanką.

Odwrócił wzrok.

Cały czas stał. Tamci chłopcy byli już daleko. Obok przejechało auto, kobieta na miejscu pasażera przyglądała się, jak stoi jedną nogą na ulicy, drugą na trotuarze. Jasne chmury przechodziły w ciemniejsze. On stał, ręce włożył do kieszeni. Nogi ciężkie.

Nie — rzucił cicho.

Ruszył dalej. Nie przyspieszył. Nie odwrócił głowy. Oddychał płytko, ale równo. Zacisnął wargi.

— Mnie nikt nie będzie… — szepnął.

Kiedy dochodził do domu, plecy miał proste. Kark luźny.

Wszedł. Zuzia stała przy zlewie, metodycznie wycierała talerz. Podniósł brwi. Zuzia zaklaskała.

Przeszedł koło lustra. Zanucił pieśń z kościoła. Nie wiedział, że nuci.

— Będę w chórze śpiewał — powiedział, prostując plecy jeszcze raz.

Nie dodał nic więcej. Po prostu zdjął buty i poszedł do pokoju. Za sobą zostawił drzwi otwarte.

Zbychu jeszcze siedział w kuchni. Dopiero wtedy poczuł głód. Wcześniej nie czuł ani w kościele, ani później.

.

.

ROZDZIAŁ TRZECI

.

Potarł zarost na policzkach. Trzeba zgolić — pomyślał. Żyletka tępa, a ona powiedziała, że tam będą ludzie. Wezmę tę marynarkę z szafy, tę szarą — zdecydował i zaczął nucić pieśń z kościoła. Coraz wyraźniej i głośniej.

Siostra wyciągała szyję, słuchając, jak nuci. Była zadowolona, kiedy zobaczyła tę jego minę: niby taką samą jak zawsze, a jednak inną. Spojrzenie jaśniejsze.

Zuzia uczyła się wszystkiego powoli, ale gesty pamiętała lepiej niż słowa. Przez te trzy lata samotności rozwinęli swój system. Podnosił brwi, a ona klaskała. Marszczył — stawała na baczność i salutowała.

Na suszarce, w równych odstępach, co dwie przegródki, wstawiała talerze. Ale słuchając, jak nuci, wstawiła jeden o przegródkę za daleko. Odwróciła się. Podeszła do Zbycha drobnymi kroczkami. Wyciągnęła ręce. Zbychu złapał ją za dłonie, ale zaraz puścił.

— Taka kobieta mówiła, że mam dobry głos — powiedział szybko. — Pójdę tam — dodał cicho.

Nie wiedział przez chwilę, co zrobić z rękami. Jakby tamten dotyk siostry parzył.

Zuzia wciąż stała z podniesionymi rękami. Minął ją. Aż go ścisnęło, żeby zawrócić, ale poszedł dalej.

Zuzia opuściła ręce, jej oczy przestały się śmiać. Wróciła do kuchni. Sapała przy swojej robocie, wpatrując się w każdy talerz. Podnosiła do góry, ustawiając do słabego światła w kuchni, i przyglądała się, czy nie ma smug od mycia. Nagle przestała brzęczeć talerzami. Słyszał jej przyspieszony oddech.

— Tata też śpiewał. Pamiętasz?

Zbychu zazgrzytał zębami, jakby trafił na skorupę orzecha.

— Zuza! Przecież wiesz, że taty nie ma — syknął. Skurczył się w sobie, znieruchomiał.

Kiedy mówił „Zuza”, oczy mu czerniały. Wtedy nie mogła na niego patrzeć. Odwróciła się z talerzem w ręku. Miała odłożyć, ale ciągle trzymała. Czekała.

— Tak, tata śpiewał — podniósł głos — ale zniknął, nie ma go — dodał ciszej. — I dobrze, że go nie ma — szepnął bardziej do siebie.

Potem zrobiło się cicho. Dalej stała z talerzem.

— Nie pytaj o tatę — podniósł palec, ale zaraz zamknął dłoń.

Cicho odstawiła talerz.

„Znów ojciec!” — schował twarz w rękach.

Wyszedł do parku. Słońce prześwitywało jeszcze przez korony drzew. Wcześniej wykonana w parku robota zazwyczaj go uspokajała. Ale nie teraz.

Usiadł na ławce i potaknął głową. Ktoś — nie pamiętał już kto — nazwał ojca zbieraczem powiedzeń. Niektóre sam wymyślał. Przez mgłę przypomniał sobie siebie, kiedy miał ze cztery lata, stał na środku pokoju i patrzył, jak ojciec buja Zuzię na kolanie. Powiedział chwilę wcześniej, że czas go swędzi. Nie rozumiał, co to znaczy, ale wiedział, że ojciec za chwilę zniknie. Zaczęła mu drgać broda. Pobiegł do drzwi i stanął w progu. Teraz w parku zacisnął ręce na deskach ławki, tak jakby chciał zatrzymać ojca. Ale ojciec postawił Zuzię, wziął torbę, przesunął go i wyszedł. Rozkopał wtedy klocki, czując pieczenie w oczach.

W parku było cicho. Pachniało bzem. Obok ławki przeszła roześmiana para. Schylił głowę.

Wtedy zobaczył wronę. Siedziała na oparciu pustej ławki naprzeciwko, nieruchoma. Czarno-siwa, ciężka, z łbem lekko przekrzywionym. Zbychu zawiesił na niej spojrzenie. Ptak nie odleciał. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Potem wrona otworzyła dziób i wydała krótki, ochrypły dźwięk — nie śpiew, coś między skrzekiem a chrząknięciem — i znów zamilkła.

Zbychu prychnął cicho.

Wrona przekrzywiła głowę w drugą stronę.

Pamiętał, że kiedy ojca nie było w domu, wpychał siostrę w kąt — za te lalki, co jej ojciec przywoził, a jemu nic. Wskakiwał wtedy na kolana matki. Wtulał się w szyję i zamykał oczy. Wciągnął głęboko powietrze. Nie mógł już znaleźć tamtego zapachu. Ani jej śmiechu, bo wtedy jeszcze się śmiała. Pamiętał dobrze, jak ojciec pytał ją przed kolejnym wyjazdem: co ci kupić, perełko? A ona, chichocząc, odpowiadała: domek z ogródkiem mi kup, kowboju.

Zbychu westchnął. Różowo-żółte słońce spadało coraz niżej i już tylko rzucało ledwie drgające plamy na trawę. Jakiś ptak wołał coś do drugiego. Tamten odpowiedział. Potem zrobiło się cicho. Ojciec nie kupił domku, ale keyboard. Taki na cztery oktawy. Mama cieszyła się. Podwijała rękawy i grała. Czasem też śpiewała. Cicho, ale ładnie. Był już duży, ale ciągle wciskał się na jej kolana.

To było dawno — mruknął do siebie. Spojrzał w górę. Nad drzewami wisiał księżyc, cienki i obojętny.

— Nie gap się — rzucił cicho.

Nagle zacisnął szczękę. Zobaczył siebie zaraz po swoich czternastych urodzinach. Ojciec wparował do domu, otworzył swoją puszkę z powiedzeniami i wyciągnął coś nowego, świeżutkiego: życie trzeba żyć. Nie mówił już do niej „perełko”, a ona nie chciała domku z ogródkiem. Podszedł do niej, chwycił za rękę, szarpnął w stronę instrumentu i krzyknął:

— Graj! Życie trzeba żyć!

Tylko że wtedy matka już nie grała. Siedziała przy oknie i patrzyła gdzieś daleko. Wiedział, że nic tam nie widzi.

Zbychu teraz podniósł patyk i rzucił go w koronę drzewa. Zerwały się ptaki z głośnym narzekaniem.

Wrona tylko łeb odwróciła w ich stronę.

Tamtego dnia stary wyrwał sprzęt i wyrzucił przez okno. Zbyszek najpierw długo na niego patrzył, a potem zszedł i przyniósł roztrzaskany keyboard. Dostał za to po pysku. Wybiegł wtedy do parku i strzelał z procy do wron. Jedną ustrzelił. Stał nad nią i wpatrywał się, jak macha konwulsyjnie skrzydłami. Skopał ptaka, wrócił z truchłem, rzucił ojcu pod nogi i uciekł. Matka go jakoś obroniła. Jeszcze wtedy potrafiła walczyć.

Teraz wrona zakrakała dwa razy, rozpostarła skrzydła i odleciała.

Wracając z parku, rozkopywał kamienie. Oddychał ciężko, żwir skrzypiał pod stopami. I nie wiadomo skąd wróciła melodia. „Szła dzieweczka…” Zanucił, rozglądając się spłoszonym wzrokiem. Ale to było silniejsze. Wszedł na schody z melodią z dzieciństwa. Zuzia siedziała przy stole. Gdy wszedł, zakryła coś ręką.

Zdejmując buty, Zbychu wyciągnął szyję w stronę niedomkniętych drzwi. Dalej siedziała i zakrywała.

— Co tam masz? — zapytał.

Nigdy nic nie ukrywała. Zadrżał. Co ona tam ma?

— Pokaż.

Zuzia zacisnęła mały przedmiot w dłoni.

— Zuzia — Zbychu podniósł brwi.

Ale tylko drgnęła, nie zasalutowała.

Wzruszył ramionami, choć spoglądał na nią, robiąc herbatę. Na jej rękę. Na jej tajemnicę.

Wreszcie otworzyła dłoń. Leżał tam jeden z klawiszy keyboardu.

— Skąd to masz?!

Zuzia znów zamknęła klawisz w dłoni.

— Pod szafką leżało — powiedziała i wskazała brodą kąt. — Kiedyś tam. Jak tego ptaka przyniosłeś. Bałam się. Znalazłam to pod szafą. Schowałam.

.

.

ROZDZIAŁ CZWARTY

.

W pracy dali mu zielony kombinezon. Trochę za wąski. Trzeszczał przy każdym ruchu. Rozmowny nie był — taa, dobra, no — mówił, jak brygadzista wsadzał go na kosiarkę. Wolał rozglądać się po koronach drzew i śledzić zrywające się do lotu ptaki. Jak już go przeszkolili, dostał pickupa i najchętniej sam by nim jeździł. Do kolegów odzywał się półsłówkami. Gubił się w ich żartach. Wolał robić swoje, niż wyjść na głupka. Zresztą miał o czym myśleć. Tamten ksiądz go zaprosił. Z taką figurą nie gadał nigdy, a on go jeszcze do śpiewania zaprosił. Czasem napadała go myśl: może wyśmieją, i wtedy oblewała go zimna fala, ale za nią przychodziła cieplejsza: mówiła, że dobrze — powtarzał sobie. Będę śpiewał, inni będą słyszeć. I tak przez cały tydzień, raz zimno, raz gorąco. Sobota, na pewno sobota — wymamrotał do siebie przy koszeniu trawy. I jeszcze raz, jak już narzędzia wrzucał do kanciapy.

Wreszcie ubrał się w szarą marynarkę i poszedł. W drodze wyprężył pierś i stukał butami mocniej niż zwykle. Ale i tak przechodziły go dreszcze.

Obszedł kościół z dwóch stron. Na mury nie patrzył. Ojciec śmiał się z klechów. Pamiętał, że kiedy jeszcze chodzili do kościoła — miał z dziesięć lat — stary coraz częściej zostawał na zewnątrz. Opierał się o mur i zapalał papierosa. Zbyszek szedł z mamą, ale któregoś razu zatrzymał się w drzwiach. Ludzie wchodzili, a on stał popychany przez przechodzących, włosy mu rozwiewało od wiatru, a on stał i patrzył to na ojca, to na matkę. Wreszcie uciekł od matki i pobiegł do ojca. Stary uśmiechnął się krzywo, ale on wiedział, że to był uśmiech dla niego. Czekał na ten krzywy uśmiech. Potem ojciec w ogóle przestał chodzić, to i Zbyszek też.

Teraz zobaczył ludzi — pewnie są z chóru — pomyślał. Wszedł. Drzwi skrzypiały. Trzeba by nasmarować — pomyślał. Grupka młodych nachylała się nad plakatami; rozglądali się, gdzie je powiesić. Rozluźnił ramiona.

— Witam, panie Zbyszku — ksiądz wyciągnął szczupłą dłoń. — A jednak pan przyszedł. Tak na pana napadliśmy…

Zbychu zastygł na chwilę. Patrzył po obecnych, mrugając oczyma.

— Proszę, śmiało, już nawet miejsce mam dla pana. Trzeci rząd.

Twarze skupione, twarze roześmiane, niektórzy machali rękoma. Strzępy rozmów. Nie znał nikogo. Przez chwilę chciał uciec. Do domu, Zuzi, znanego świata.

— Panie Zbyszku? — ksiądz dotknął jego ramienia.

Ocknął się.

— Tam, w trzecim rzędzie.

— Tu masz tekst z nutami — powiedziała Marcelina, sopran w chórze.

Wziął kartkę, popatrzył rozbieganymi oczami. Małe kółeczka z kreskami skakały, trzymane długimi liniami. Są słowa, odetchnął. Dziewczyna patrzyła na niego zmrużonymi oczyma, pokiwała głową i odeszła.

Wyróżniał się przybrudzoną marynarką, czerwonymi plamami, zacięciami po goleniu. Włosy zmierzwione. Pani Ania z dołu dała mu znak, by poprawił fryzurę. Splunął w rękę i przeciągnął po głowie. Czuł się dziwnie, mniejszy jakby. Ktoś stroił skrzypce, inny brzdąkał na gitarze. Czuł ukradkowe spojrzenia innych.

Szum ucichł. Dyrygent podniósł pałeczkę.

Na początku nie było słychać Zbycha. Pierwsze takty przemilczał, tylko ruszał ustami. Patrzył na kartkę. Potem się włączył:

Nie po to, aby niszczyć, lecz aby budować.

Nie po to, aby nienawidzić, lecz aby kochać.

Nie po to, aby potępiać, lecz aby przebaczać.

Zagłuszył wszystkich. Tak wyciągnął, że tylko jego było słychać. Do tego spóźniał. Raz czy dwa o ton za nisko. Nie kontrolował.

Grymasy na twarzach. Kiwanie głowami. Ostre spojrzenia na Zbycha. Nie nadaję się — czuł, jak piecze go szyja z gorąca.

Po drugiej zwrotce zamilkł. Nawet ustami nie poruszał. Stał sztywno. W końcu chłopak z pałeczką machnął ostatni raz. Nawet nie wiedział, kiedy wszyscy zeszli ze swoich miejsc, a przy nim stanął Mateusz — dyrygent.

— Na początek jedna prosta rzecz: niech pan słucha tych dwóch obok. Głos ma pan dobry, tylko musi przestać śpiewać po swojemu, a zacząć z nami. Tu nie chodzi o to, żeby przekrzyczeć innych.

Z głębi sali dosłyszał tłumiony chichot. To ze mnie — myślał.

— Jak mam śpiewać nie po swojemu?! — żachnął się.

— Swobodnie — wtrąciła się pani Ania. — Przecież w kościele pana głos naprawdę brzmiał. Aż się przyjemnie słuchało. Proszę mi wierzyć…

Rozejrzał się. Spoglądali na niego z ukosa.

— Ta, swobodnie… — machnął ręką. Rozejrzał się, głowa ledwie się obracała na zesztywniałej szyi. — Ja umiem po swojemu i… w ogóle, e… chrzanić to…

Podeszła Marcelina.

— Słuchaj — powiedziała cicho, nachylając się do niego. — Tu nikt nie śpiewa po swojemu.

Zbychu podniósł na nią wzrok.

— Jak chcesz tu być, to robisz, co trzeba. Jak nie — to… nikt cię nie trzyma.

— Marcelina, proszę — ksiądz podniósł oczy i głos.

Ale Zbychu usłyszał mowę, którą znał. Tak z Mundkiem gadali. I zawsze musiał uszy po sobie stulić.

Kiedyś spytał Mundka, skąd takie imię. Ten złożył palce w ciup.

— Mundo, rozumiesz. To świat. A ja jestem człowiek ze świata.

Trzepnął wtedy Zbycha w czoło.

— Głupi jesteś, ale do roboty się nadajesz.

Zawsze musiał słuchać tamtych. Jak nie, to — wypad. Weszło mu w krew, w mięśnie, twarz. Był jak robak rażony prądem, który jednak ciągle do tego prądu wraca.

Teraz też stał jak wmurowany. Ramiona mu drżały. Rozejrzał się spod pochylonej głowy. Czuł, jak mu drga lewa noga. To nie dla mnie, jak śmiecia mnie traktują — coś w środku skrzeczało. Zawinął się na pięcie, aż skrzypnęło, i wyszedł. Drzwi trzasnęły. Przeszedł kilka kroków, zacisnął pięść i zatrzymał się. Walnął pięścią w mur. Słyszał przytłumione rozmowy z sali. Powiedziała: tu nikt nie śpiewa po swojemu — przypomniał sobie. Jakby Mundka usłyszał. Do Mundka zawsze wracał. Choćby napluł, to i tak wracał. Popatrzył na rękę. Spływały trzy strużki krwi. Ręka się trzęsła. Wrócił. Powoli otworzył drzwi. Parę osób spojrzało. Podszedł do dyrygenta.

— Że za głośno? — spytał cicho Mateusza.

— A jednak pan wrócił — spojrzał na niego z góry. Był o głowę wyższy. — No dobrze, proszę posłuchać i… nie uciekać. Chodzi o modulację…

Nie rozumiał, ale wiedział, że go nie wyganiają. Broda powoli przestawała drżeć. Pokrwawioną rękę schował za siebie. Oddychał coraz głębiej. Słuchał i potakiwał głową. Monotonny głos Mateusza uspokajał. Tylko jeszcze ten nerwowy tik oka. Zastanawiał się, czy dyrygent to widzi.

Niektórzy pakowali instrumenty, inni szeptali w grupkach. Mały wróbel usiadł na parapecie i przekrzywił główkę. Zazgrzytał tramwaj. Wróbel odleciał. Zrobiło się cicho. Ludzie powoli wychodzili.

Modulacja — on do mnie powiedział: modulacja — przypomniał sobie na ulicy. Jak do jakiegoś swojego — tak powiedział. Poszukam, co to znaczy — postanowił. Poszedł dalej, słuchając, jak twardo stukają jego buty. Słońce kończyło swój codzienny obchód. Rzuciło na niego plamę światła i pomknęło dalej. Ciężar na żołądku zelżał. Wrócę tam — postanowił i otworzył dłoń. Krew już zaschła. Wrócę i będę śpiewał — powiedział na głos do świata. Jakaś kobieta się odwróciła i przyspieszyła kroku. Wskakiwał na swoje trzecie piętro po dwa schody.

.

.

Proza współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

.

Ireneusz Srokowski

Jestem synem pisarza, a więc otoczony literaturą od kiedy pamiętam. Pracuję jako tłumacz, od wielu lat zawodowo zajmuję się językiem, przekładając teksty użytkowe i specjalistyczne.

Dotychczasowe próby literackie pozostawały „w szufladzie”, jednak pisanie stanowi dla mnie przede wszystkim formę autoterapii i sposób porządkowania życia. Nieustannie doskonalę swój warsztat, ucząc się przenosić myśli na papier.

Ukończyłem studia na kierunku niezwiązanym z literaturą.

Obecnie pracuję nad powieścią psychologiczną z elementami fantastycznymi pod roboczym tytułem Niebieskooki, w której eksploruję motywy konfliktów wewnętrznych i granic rzeczywistości.

PODZIEL SIĘ