Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy.

Walka o ogień (fragmenty rozdziału nowej powieści)
Barbara Elmanowska

 

 

Fragment 1

 

Próbuję sobie przypomnieć, od kiedy zaczęłam myśleć o Wandzie – piękna. Czy było to od pierwszej chwili, odkąd ojciec wszedł z nią do mieszkania, choć nigdy mnie na jej przyjazd nie przygotował? Dlaczego zawsze myślę o tym wejściu w tak ambiwalentny sposób? Że mnie nie przygotował. Właśnie na nią. W przeszłości robił to wielokrotnie, przywoził kobiety, wprowadzał je w nasze życie i nigdy do niczego mnie nie przygotowywał. Zaczęło się niewiele ponad rok po śmierci mamy. Jednego dnia wybraliśmy się na cmentarz. Ojciec kupił znicze w kształcie płaskiej donicy. Szliśmy już po zachodzie słońca. Na cmentarzu było wyjątkowo ciemno. Był luty. Od tygodnia trzymał wysoki mróz. Ojciec tak powiedział i zapytał, czy wyjęłam sobie już ciepłe rzeczy, bo temperatura spada, będzie wysoki mróz. Powietrze było gęste, przyroda stężała, nie tylko drobne kałuże wyschnięte teraz na wiór, nie tylko stawy i jeziora przylegające do miasta, ale też rzeka, którą przykryła lodowa pokrywa. Szliśmy wałem na cmentarz przy Rybackiej. Nie mogłam wyczuć nastroju ojca. Po latach byłam pewna, że to była końcówka żałoby. Jeszcze trochę tęsknił za mamą, brakowało mu jej cichej obecności, krążenia po domu w dresach i grubych skarpetach. Tak niewiele dźwięków mi ją przypominało. Szuranie skarpet po trzeszczącym parkiecie, przewracane kartki książek, odgłosy dochodzące z kuchni, czasami dźwięk zapalniczki i zaciągania się dymem papierosowym. Rzadko paliła. Tylko w dużym zdenerwowaniu. Papierosy były jak papierek lakmusowy, dostarczały informacji o emocjach matki. Ojciec czasami spał z jakąś jej rzeczą. Kiedyś weszłam do jego sypialni. Do ich dawnej sypialni. Też chciałam rzecz mamy dla siebie. Kołdra na łóżku leżała w nieładzie. Zobaczyłam jej skarpety niedaleko poduszki. Sama wyjęłam z szuflady jej sweter. Zaczęłam go nosić do szkoły i po domu.
– Czasami trzeba go wyprać – powiedział raz z czułością. Jedliśmy kolację. Widział mnie w nim od kilku dni i tego dnia od rana. Na obiedzie byliśmy wspólnie w niedalekiej stołówce, ale o swetrze powiedział mi dopiero wieczorem. Nie wśród ludzi. Co mogliby pomyśleć, słysząc jego radę podczas jedzenia zupy? Że córka jest być może niechlujna. Dziewczynki, które w najbliższym czasie miały wejść w okres dojrzewania, bywały niechlujne. Miałam takie wśród koleżanek w klasie. Nosiły szerokie swetry, często miały przetłuszczone włosy. Nie pachniały ładnie. Nie wiem dlaczego, szkoła zawsze kojarzyła mi się z brudnymi dłońmi. Rzadko kto je mył. Na koniec dnia były popisane różnymi kolorami wkładów długopisowych, lepiły się po lekcjach wuefu, brud nieregularnie układał się pod paznokciami. Tak mogliby mnie zobaczyć ci wszyscy, którzy jedli wówczas w stołówce, gdyby tylko ojciec wypowiedział  to jedno zdanie. Gdy usłyszałam o swetrze i jego praniu, sama zobaczyłam ten obraz. A przecież było dla nas jasne, że nie piorę go z innych względów, bo wszystkie inne rzeczy prałam wręcz przesadnie.

            Gdy dotarliśmy do jej grobu, ojciec wyjął znicz. Nie było wiatru. Ogień rozbłysł prawie natychmiast. Wydawało mi się, że faluje, ale to było złudzenie. Jedynie powietrze zmarszczyło się tuż przy jego granicach. Wosk roztopił się delikatnie wokół knota, tyle na ile pozwolił siarczysty mróz. Jedno drobne światło na ciemnym poza tym cmentarzu. Odchodząc, odwróciłam się. Zaledwie mały punkt ciepła i blasku. Czułam, że ojciec jest też z jakichś powodów zadowolony, a radość zaczyna walczyć w nim z żałobą.

            Z cmentarza wyszliśmy ponownie ku rzece. Wałem doszliśmy do mostu Malinowskiego i przeszliśmy na drugą stronę Wisły. Kiedyś zdarzało nam się tam palić ogniska. Jeszcze z mamą. Ojciec musiał uzbierać drewno za dnia, było już ułożone, gdy przy świetle latarki doszliśmy na miejsce. Stałam tępo na brzegu. Nie byłam zdziwiona, ani ucieszona. Po prostu dałam się tam prowadzić w totalnej bierności, jakbym sama gdzieś wewnątrz zamarzła. Teraz wiem, że ojciec cierpiał z powodu poczucia winy. Podpalił kawałek gazety i przyłożył go do stosu. Ogień zaczął rosnąć. Patrzyłam prosto w jego źródło, śledziłam jego rozrastanie się, przechodzenie z tektury na patyczki, z patyczków na kawałek deski, a z niego na grubą kłodę. Żadne z nas nie odezwało się słowem. Czasami słychać było jedynie trzaski drewna, wyciekanie rozgrzanych soków ze świeżych kawałków. I rzekę. Jej strumień, wciąż żywy, choć skryty głęboko pod skorupą lodu, szumiał z oddali. Od ognia biło ciepło. Patrzyłam zahipnotyzowana. Tył ciała wciąż pozostawał w mrozie i ten dysonans nabierał na sile. Staliśmy tak około dwóch godzin. Aż gruba bela drewna położona w poprzek ogniska przepaliła się na pół. Ojciec wyjął każdą cześć z ognia i próbował zagasić, wciskając rozżarzone końcówki w stężały piach. Powoli ustępował, miękł pod wpływem temperatury. Bez podkładania ogień malał w oczach. Trawił kolejne drewniane kawałki, kurczyły się i zamieniały w zbiór sześcianów, jak połyskująca kostka Rubika, aż całkiem czerniały i zaczynały się od siebie odłączać. Patrzyłam na ten rozpad materii. Zupełnie, jakbym pierwszy raz widziała ogień. Byłam coraz starsza, może też bardziej uważniejsza na wszelkie doświadczenia. Może w pewnym momencie życia mijamy granicę, za którą wszystko staje się bardziej świadome, syci się przez to treścią, pęcznieje i dotyka w sposób wcześniej niedostępny.

            Po tygodniu usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Ojciec wstał z uśmiechem i energicznym krokiem poszedł otworzyć. Kobieta, którą dziś ledwie pamiętam. Była niska, o wiele niższa od ojca. Nie jak Wanda, która mu prawie dorównywała. Dziś wszystkie kobiety pomiędzy mamą a Wandą porównuję wyłącznie do Wandy.

– To moja córka, Anka. – Ile razy miałam to zdanie usłyszeć? Z drugiej strony, co innego mógł powiedzieć? Byłam jego córką.

 

Fragment 2

 

Pamiętam tę scenę bardzo wyraźnie. Jest ciemno. Zmierzch zapadł może dwie godziny temu. Tak naprawdę nie wiem, kiedy zapadł, wypełniam luki pamięci. Wszyscy byli aktywni, dorośli i dzieci, chyba stąd wnoszę porę. Była zima. Nie zapamiętałam jednak chłodu. Jedynie ciemność przebijaną bielą świeżego śniegu i lód, który krył się pod spodem. Lekkie wzniesienie i mnóstwo dzieci z sankami. Nie pamiętam, gdzie to było. Gdzieś za miastem. Mogłam mieć 6, może 7 lat. Byłam silnym dzieckiem. Niewiele potrafiło mnie zmęczyć. Wchodziłam na górę i zjeżdżałam, aż ojciec zawołał mnie gwałtownym ruchem ręki. Stał z mamą. Podtrzymywał ją. Widziałam ich z daleka. Mama trzymała rękę przy potylicy. Gdy rozbawiona podbiegłam do nich, zauważyłam, że mama płacze. Jej dłoń była zakrwawiona. Ojciec trzymał jej czapkę, była pęknięta.

– Aniu, musimy wracać. Mama upadła na lodzie – powiedział spokojnie, bez cienia zdenerwowania, a jednak pamiętam, że poczułam się winna. Mama nie chciała tu przyjeżdżać. Była zmęczona. Gdy się poślizgnęła i upadła, bawiłam się na sankach. Tak duża radość nagle zetknęła się z jej płaczem. Chciałam przeprosić, lecz nie odezwałam się słowem. Szliśmy do auta. Rodzice przodem, ja za nimi z sankami. Ojciec podtrzymywał mamę. Spoglądałam wciąż na górkę, słuchałam pisków i śmiechów innych dzieci. Potem odwróciłam głowę, a moją uwagę przyciągnęła dłoń mamy. Spod czarnego płaszcza wystawał fragment żółtego rękawa wełnianego swetra. Wąska granica pomiędzy zakrwawionymi palcami a krawędzią materiału. I wtedy kropla krwi spadła z kciuka prosto w biel śniegu, wydrążając sobie natychmiast tunel. Kawałek mamy został tam na zawsze.

 

Fragment 3

 

Dotknęłam dłonią ramienia Wandy. Przebudziła się nagle, spojrzała na mnie i wcale nie była zaskoczona. Odchyliła zapraszająco kołdrę. I znów poczułam szum w głowie. Położyłam się tuż obok. Łóżko było wciąż zimne. Zasnęła, zanim materiał przejął jej ciepło. Miała gołe nogi. Położyłam się przy niej. Wydawało mi się, że znów zasnęła. Oddech zwolnił. Poczułam jej dłoń wędrującą pod kołdrą, przebijała się przez kolejne jej fałdy aż do mojego biodra. Nie spała, otworzyła oczy. Była znów inna. Wrócił wyraz twarzy z Jastarni. Nie mogłam już w niej odnaleźć Wandy z dzisiejszego popołudnia, Wandy przepraszającej, która powołuje się na mojego własnego ojca. Przesunęła dłoń po moim ciele, docierając aż do szyi. Pamiętam, że nie umiałam uwolnić się spod nadciągających nieustannie myśli, a w zasadzie obaw. Byłam w obezwładniającej niepewności.

            Wanda zbliżyła twarz do mojej i już wiedziałam, że mnie pocałuje, pierwszy raz po Jastarni. Jej oczy zmieniły wyraz. Przytknęła usta do moich. Dotykała mnie nimi, badała powoli. Czas był po naszej stronie. Nie było ojca pod pokładem, nie było nikogo, kto mógłby nas zawrócić. Oblizała moją dolną wargę i wsunęła mi język w usta. Powoli. Jakby badała, czy pozwolę jej na to, czy jeszcze chcę, czy mogę chcieć po wcześniejszej rozmowie. Wiedziałam, że chcieć nie powinnam. Czy za to też mnie przeprosi? Czułam narastające ciepło między nogami. Rozmiękałam. Wanda usiadła, zdjęła koszulkę, podparła się ręką. Spojrzałam na jej odsłonięte piersi. Widziałam jej ciało w półmroku, w poświacie światła ulicznego. Miękkie załamania. Pełne piersi. Zadarte brodawki. Łuki obojczyków, strzeliste jak przypory katedry gotyckiej. Wciąż leżałam bez ruchu, choć chciałam dotykać. Wanda patrzyła na mnie bez cienia wstydu. Delikatnie położyła mi dłoń na brzuchu. Oswajała mnie. Później powolny ruch do moich piersi. Przestałam kontrolować oddech. Próbowałam to porównać do samotnej przyjemności tak wiele razy praktykowanej od powrotu z Jastarni, ale odczucie jej dłoni na mojej skórze było czymś niezastąpionym, nowym i porażającym. Zdjęłam koszulkę i znów się położyłam. Teraz to Wanda patrzyła na mnie. Pamiętam, że zawstydziłam się swojej młodości. Byłam dziewczyną. Czułam się starsza od rówieśników, ale ta nagle i pewnie odsłonięta nagość, skonfrontowana z dojrzałością Wandy, ściągnęła natychmiastowe zawstydzenie własnym ciałem. Po latach wiedziałam już, że dla Wandy to wcale nie było łatwe. Wiedziałam, że czuła się odpowiedzialna za moje doświadczenie, które staje się jej udziałem. Wiedziałam, że mnie pragnęła, ale pragnienie to było dla niej wyjątkowo kłopotliwe. Wiedziałam – to akurat bardzo szybko – że chciała mnie zwłaszcza przy pierwszym razie wprowadzać w cielesność powoli i łagodnie. Wszystko było skrojone na moją miarę.

            Położyła się przy mnie. Pocałowała moje ramię, a dłonią dotknęła mojej piersi. Delikatne muśnięcia i  ból podbrzusza, jej ciepłe usta na mojej skórze. „Podrapał mi całą twarz” – przypomniało mi się zdanie z toalety. Podrapana twarz była widocznym znakiem kontaktu, dowodem, nieprzyjemnym akcentem przyjemności. W pocałunkach Wandy była wyłącznie miękkość i ciepło. Wielokrotnie odtwarzałam tamtą noc we wspomnieniach. Szczegół za szczegółem.

            Później wszystko przyspieszyło, nabrało tempa. Wiedziałam już, że Wanda widzi we mnie mnie, nie młodość, nie ojca. Zupełnie, jakbyśmy się poznały dziś podczas wystawy. Tak mogłoby przecież być. Mogłyśmy niczego o sobie nie wiedzieć. Poznać się właśnie tam, może przy jednym ze zdjęć. Myślałam tak naiwnie, jak tylko można myśleć naiwnie w wieku 15 lat. Bo przecież nasze pożądanie szło z poznania, wspólnego przebywania, szukania się wzrokiem, tego, co zakazane i niemożliwe. Tego co niewłaściwe i nienormalne. Tak prowokacyjnie do siebie czasami mówiłam, to nienormalne, Anka, jesteś nienormalna. Nie myślałam wówczas, że na świecie muszą być jeszcze inne kobiety kochające kobiety. Wręcz przeciwnie. Tam, w Warszawie, w mieszkaniu, w pokoju, na łóżku, byłam tylko ja i Wanda. I miłość. Nie do powtórzenia.

            Nabrałam pewności siebie. Wyciągnęłam dłoń, w której zamknęłam pierś Wandy. Okrążałam pacem twardą brodawkę.  Otworzyłam się przed Wandą, przywarła więc do mojego ciała. Zetknięcie naszych nagich piersi – kolejne najmocniejsze odczucie mojej budzącej się seksualności. I znów jej pocałunki. A później szept do ucha.

– Wysuń język.

Moje posłuszeństwo wobec niej, moje oddanie – było w tym coś obezwładniającego. Spojrzałam na jej zamglone oczy, otworzyłam usta. Wanda rozchyliła swoje, z jej języka zaczęła spływać ślina, jak obudzony po suszy górski strumień. Ten obraz miał pozostać we mnie na zawsze. Wysunęłam mocniej język i łapałam ją na niego. To pierwsze zetknięcie, lepkość i mikroskopijny chłód na języku. Miałam wrażenie, jakbym zjadała Wandę, połykała ją fragment po fragmencie.

 

Fragment 4

 

Nagły hałas wyrwał mnie ze snu. Wandy nie było w łóżku. Nie było jej, choć słyszałam odgłosy jej krzątania się w kuchni. Wzdłuż lewej framugi drzwi wisiał prostokątny zegar w drewnianej obudowie. Wczoraj go nie zauważyłam. Dziesiąta dwadzieścia. Bardzo dawno nie spałam tak długo. Byłam naga. Czułam zapach własnego potu i Wandy nałożony na mój własny. Rodził wspomnienie każdego dotyku. Miałam wrażenie, że pływam, unoszę się na lekko falującej wodzie. Przesunęłam dłonią po prześcieradle, czułam fakturę materiału pod opuszkami palców. Wszystko było bardziej wyraziste. Wstałam i choć chciałam pójść nago do Wandy, poczułam nagły wstyd. Czy ona była naga w kuchni? Zastanawiałam się, ale ostatecznie założyłam koszulkę i spodnie od piżamy. Wyszłam z pokoju, podłoga skrzypiała. Nie przypominałam sobie, czy wczoraj w nocy też.

– Aniu, nie wchodź! Zbiłam dzbanek, wszędzie pełno szkła.

Była w głębi kuchni, nie mogłam jej zobaczyć. Czy była naga? Kawałki szkła różnej wielkości leżały rozrzucone na podłodze. Poczułam niepokój. Przez chwilę miałam chęć posklejać dzbanek, odnaleźć wszystkie elementy i je na nowo połączyć, lecz złożony z części, choć własnych, nigdy przecież nie uniósłby samego siebie.

– Pomogę ci, tylko włożę kapcie.

Wciąż nie widziałam Wandy. Stała za kuchenną ścianką. Oddzielało nas rozbite szkło. Tylko jej głos. Obecny.

– Większość zamiotę – zawołała. Dlaczego tak mi zależało, żeby była naga? Bałam się, że ta noc była w jej odczuciu kolejnym błędem. Nie chciałam już wracać do Grudziądza. Bałam się, że Wanda będzie się trzymać wczorajszych ustaleń. Jej nagość byłaby zapewnieniem trwania.

            Kapcie wciąż były w moim pokoju. W nocy szłam boso. Kołdra wciąż odsunięta, zgniecione prześcieradło po burzliwej drzemce. Wróciłam do przedpokoju. Wanda zamiatała, wyłaniała się z kuchni fragment po fragmencie. Jej ręce i ramiona wprawiające w ruch miotłę. Zastygłam. Żółty, wełniany sweter. Poczułam pulsowanie w szyi, tuż przy obojczyku. Wanda wciąż zamiatała. Nie myślałam już o pomocy. Z tamtej sceny, sceny wyrazistej pozostały żółty sweter i dotkliwe pulsowanie zamieniające się w szum w uszach.

– Co? – Zapytała, przerywając ruch. Miałam wątpliwości, czy cokolwiek mówić. Po co właściwie. A jednak wszystko we mnie pracowało. Było za późno na ukrycie emocji. Wanda wciąż stała i patrzyła na mnie pytająco.

– Skąd masz ten sweter?

Pamiętam dokładnie, że tak właśnie zapytałam. Choć przecież to mógł być inny sweter. Nie chciałam od razu wprowadzać mamy, zapytać: „Czy to sweter mamy?”, choć może zdanie to byłoby odpowiedniejsze, nie brzmiałoby jak oskarżenie.

            Wanda spojrzała w dół, sprawdzając, co ma na sobie. Wyglądała na zdezorientowaną. Żałowałam swojego pytania. Stałam zawstydzona, chcąc cofnąć czas. Ale czasu nie dało się cofnąć, a sytuacja trwała, zawieszona pomiędzy naszą konsternacją. Jak to możliwe, że Wanda była w moim domu, w moich rzeczach, zanim się poznałyśmy. Nic tu nie było normalne. Tak wiele do opowiedzenia, tak bardzo nie dla niekoleżanek.

– Aniu… Czy to sweter twojej mamy? – Kiwnęłam tylko głową. Moje gardło, tak luźne jeszcze przed chwilą, teraz zacisnęło się szczelnie. Wanda odstawiła zmiotkę i podeszła do mnie. – Przepraszam. Bernard mi go dał, gdy zrobiło się zimno. Przebiorę się.

            Nie czekała, aż odpowiem. Poszła do pokoju. Do tej pory myślałam o rzeczach mamy jako nietykalnych. Czułam, że ojciec nas zdradził. Tylko z kim? Z kobietą, która stała się szczególnie mi bliska. Scena ta wracała do mnie wielokrotnie w przyszłości. Wanda nie była niczemu winna. A jednak widzieć własną kochankę w swetrze własnej matki, uwzględniając w tym wszystkim okoliczności… Czekając na Wandę, pomyślałam, że tak będzie już zawsze, każdy z naszej trójki jest uwikłany. Będzie łatwo o kolejne raniące sytuacje. Czasami dzisiaj zastanawiam się, jak mogłam poczuć coś tak skomplikowanego w tamtym czasie. Skąd tyle wiedziałam w tak młodym wieku. A jednak pamiętam dokładnie tamto bycie w potrzasku, duszność i poczucie klęski.

            Próbowałam wczuć się w ojca. Gdyby Wandzie było zimno, gdyby mi o tym powiedziała, gdybym to sama zauważyła, czy dałabym jej sweter matki? Może po prostu wyjęłabym jeden z moich. Kochanki używające swoich rzeczy. Zdarzało mi się to w przyszłości wielokrotnie. Koszulki i swetry kochanych kobiet. Spanie w nich w zastępstwie. Zaciąganie się zapachem nieobecnej. Romantyczne wymiany. Ale sweter zmarłej żony? Wydany ze skarbca, bo ojciec był już gotowy? A może podarowany na zasadzie sukcesji, kobiecie, która w końcu może zająć miejsce ukochanej żony. Nigdy go o to nie zapytałam, ale po powrocie do domu sprawdziłam, czy nie wyrzucił rzeczy mamy. Były na miejscu.

            Wanda wróciła po chwili, we flanelowej koszuli w kratkę i jeansach. Przeszła obok mnie i wróciła do zamiatania. Kryształki szkła zbliżały się do siebie z każdym jej ruchem.

– Jesteś zła na mnie? – zapytałam w końcu. Było mi wstyd, przecież nie wiedziała niczego o swetrze. Choć z pewnością się domyśliła. Po kim innym ojciec mógł mieć pełną szafkę kobiecych ciuchów. Wanda była jednak niewinna.

– Nie jestem. Przykro mi, że to się stało, po prostu. Położyłam go na łóżku, możesz zabrać ze sobą.

– Chcesz, żebym wyjechała?

Zgubiłam się tamtego dnia. Straciłam dystans. Nigdy wcześniej nie spędziłam z nikim nocy. Nigdy też nie widziałam nikogo w swetrze mamy. Przez chwilę, patrząc wcześniej na Wandę, miałam wrażenie, trwające dwie, może trzy sekundy, jakby to matka stała przede mną, pojawiająca się nagle, zjawa, która przynosi ważną wiadomość. Nie były do siebie podobne. W niczym. A jednak. Być może dlatego, że tamtego dnia, gdy mama rozbiła głowę na lodzie, nieustannie myślałam o żółtym swetrze. Czy nie zabrudzi się krwią. Nie zabrudził się.

            Wanda podeszła do mnie. Wydawała się smutna.

– Aniu. Popatrz na mnie – spojrzałam jej w oczy. – Chcę, żebyś została.

Nie uwierzyłam od razu. Patrzyłam na nią. Objęła mnie, a ja w jakiejś nowej dla mnie niestabilności emocjonalnej, rozpłakałam się. Czułam, że więcej nie wytrzymam, że muszę zasnąć, oddalić się na jakiś czas i przespać wszystkie nowe i sprzeczne uczucia.

– Chodź, zrobimy śniadanie i porozmawiamy – zaproponowała. Nie byłam pewna, czy chcę rozmawiać. Skąd nagle ta moja bojaźliwość? Czy takie są właśnie skutki miłości? Przeszłyśmy do kuchni i w tej krótkiej chwili wspólnego milczenia byłam zła na siebie za to, że pozwoliłam sobie na Wandę, kobietę ojca.

– Na co masz ochotę? – Zapytała, otwierając lodówkę. Zaczęła wyjmować kolejne produkty. Jajka, masło, kawę, szczypiorek. Było mi wszystko jedno, co zjemy. Wanda już więcej nie pytała. Wyjęła z szafki patelnię, postawiła na kuchence. Ukroiła kawałek masła. Wpadło na patelnię jak ryba wpuszczona na powrót do wody, kropelki tłuszczu zaczęły podskakiwać na tafli. Nieraz jadłyśmy śniadania, zawsze z ojcem. Jajecznica. Wiedziała, że lubię. Pierwszy raz w życiu chciałam mówić, chciałam mówić do Wandy, opowiedzieć jej o wszystkim. Nawet o ostatnim poranku z mamą. Po błahostki, czyli szkolne korytarze. W zamian nie odpowiadałam nawet na jej pytania. Z pewnością nie było jej z tym łatwo. A może ona sama mówiąc o jajecznicy, śniadaniu, w istocie nie mówiła o czymś znacznie ważniejszym. Zaproponowała rozmowę. Myślałam o niej. O rozmowie, która ma początek i koniec. Jest zamkniętym, skończonym aktem. Zwykle myślałam zadaniowo. Ta właściwa, na temat, którego jeszcze nie znałam, nie mogła się przecież zacząć słowami o jajecznicy. Wanda wbijała kolejne jajka i po chwili mieszała je już szpatułką. Zastanawiałam się, o czym mój ojciec zwykle z nią rozmawiał. Czasami słyszałam ich śmiechy, czyli coś musiał skomentować w sposób trafny i zabawny. A może wówczas flirtowali. Coś, czego nie umiałam. Z nikim oprócz niego i dawniej mamy nie miałam więzi. A Wanda, tak, w naszej obecności zaczęła mówić mniej. Mniej, mniej i mniej. Aż stała się podobnie milcząca. A jednak różnica tkwiła w potencjale. Ona nie utraciła umiejętności rozmowy, wiedziała, jak ją prowadzić, umiała nawet rozmawiać o rzeczach absolutnie błahych, śmiesznie nieważnych, których w naszym domu nikomu nawet nie chciało się nazywać. Ona zaś potrafiła czerpać z tego przyjemność, bawić się słowami, gdy tylko miała po drugiej stronie kogoś o podobnych upodobaniach. Z nami wymieniała spojrzenia, z nami przestawiała się na inne zmysły, jak zwierzę wypuszczone na powrót w naturę. Zaczyna bazować na węchu, słuchu, nie nasłuchiwała słów, a odgłosy bycia.

            Nałożyła jajecznicę na talerze, posmarowała chleb masłem. Była w tych czynnościach dostojna jak zawsze. Nigdy niczym się nie ubrudziła. Prała odzież, bo lubiła zapach proszku, świeżości. Nigdy nie pachniała brzydko, nigdy nic nie spadło jej na bluzkę lub spodnie. Niewiarygodnie czysta. Czułam się przy niej zakurzona nawet świeżo po kąpieli i w zdjętych ze sznurków ubraniach. Podobnie jadła, wyważonymi ruchami, z namysłem gryzła każdy kawałek jedzenia, przełykała. Siedząc naprzeciw niej, coraz bardziej czułam nieprzyjemny zapach własnego potu. Zastanawiałam się też, dlaczego odnotowując kontrast pomiędzy Wandą, wciąż myślę w liczbie mnogiej, dlaczego wciąż jestem tu z ojcem w duecie. Jakbyśmy siedzieli na równoważni na placu zabaw. Wanda na jednym skrzydle, a my stale na drugim. Tymczasem od Jastarni próbowałam przecież zrzucić ojca z huśtawki, siedzieć na niej z samą Wandą. Nie umiałam jednak. Uświadomiłam sobie, że nic o niej nie wiem, że nigdy jej nie poznałam, nigdy nie poznałam jej bez ojca. Nigdy nie mogłam obserwować w jej domu, w jej nawykach, w jej autonomii. Poznałam ją tylko z ojcem. W wersji, gdy na tej samej huśtawce to oni zajmowali jedno miejsce, a ja po przeciwległej stronie, w rozsądnej odległości, jak satelita utrzymywany siłą grawitacji. Utrzymywany siłą, która nigdy nie pozwoli mi się oddalić, ale też przecież zbliżyć. Teraz byłyśmy na placu zabaw same. Uzmysłowiłam sobie, że mogę być taka, jaka chcę być dla Wandy i przy Wandzie i w końcu przy samej sobie. Budowałam coś niezależnego, coś od nowa. Poznawałam ją, moją Wandę, której ojciec nigdy nie pozna.

            Po śniadaniu zebrała naczynia i od razu je umyła. Nastawiła kawę w tygielku. Stała tuż przy kuchence, pilnując, żeby nie wykipiała.

– Chciałabyś dzisiaj zobaczyć wystawę? Jest naprawdę dobra.

Rzeczywiście, teraz, gdy nasza sytuacja przyjęła pożądany przeze mnie obrót, chętnie zobaczyłabym zdjęcia.

– Będą twoi znajomi?

Wanda uśmiechnęła się szczerze.

– Byli wczoraj.

Przypomniał mi się hałas, jaki robiła po powrocie, rozluźniona alkoholem. Również się uśmiechnęłam. Miałam wrażenie, że w końcu jesteśmy ze sobą, a obraz ojca stopniowo się zaciera. Przelała kawę do kubków.

– Chodźmy do pokoju, włączę jakąś muzykę.

Znów się uśmiechnęłam. Choć nie słyszałam wówczas jej zaproszenia do muzyki. Mogła powiedzieć cokolwiek. Pamiętam, że chciałam najpierw skorzystać z łazienki. Pamiętam, że… Tak zwykle zaczynałam wspominać Wandę. Jakbym opowiadała o tym drugiej osobie, tak bardzo neutralnej, jak to tylko możliwej. Słuchaczowi idealnemu, doświadczonemu przez życie, a jednocześnie zawieszonemu gdzieś poza własną historią. Latami czekałam na ojca, to jemu chciałam opowiedzieć Wandę. Znał ją już tak dobrze, znał mnie, potrafił wyjść poza własne pragnienia, emocje i słuchać tak uważnie, jak to tylko możliwe. Czasami siedzieliśmy w ciszy, podczas gdy we mnie wszystko buzowało, byłam o krok od opowieści. Widziałam, że przeczuwa mój stan. Nie mógł zapytać. To był mój ojciec.

            Weszłam do łazienki. Już wtedy wytworzył się we mnie pośpiech, który został na kolejne miesiące. Przekonanie, że czas mija, a druga osoba jest limitowana, więc trzeba wykorzystywać każdą chwilę. Minęło wiele miesięcy zanim zrozumiałam, że takie poczucie ma się wyłącznie w romansie, że to osoba obok nas, właśnie ta najbliższa wywołuje ciągłe poczucie tymczasowości. A to uczucie z kolei jest jak pies, który codziennie łapie za nogawkę spodni, szarpie nią, czasami zupełnie niechcący w jego zębach znajdzie się ciało, kawałek nogi. I tak codziennie, codziennie, aż któregoś dnia małe ranki zamieniają się w wielką, otwartą ranę, z której nieustannie sączy się krew. Pies jednak nie przestaje. Krew, która początkowo ma dla niego cierpki i nieprzyjemny smak, z czasem przypada mu do gustu. Oblizuje się na samą myśl nogawki barwiącej mu kły i sierść wokół pyska. Z czasem zaczyna rozumieć, że to te drobne podgryzania są źródłem przysmaku, więc nie przejmuje się już spodniami. Interesuje go samo ciało, zaczyna wgryzać się głębiej i odkrywa przyjemność zatapiania się zębów w materii niebywale plastycznej i ciepłej. Zrozumiałam to po wielu miesiącach, gdy moje życie zamieniło się w wieczne czekanie, gdy chodziłam z tą pogłębiającą się raną codziennie do szkoły, choć tak bardzo bolało. Jednocześnie moje niekoleżanki zaczynały łączyć się w pary. Wszystko było tam proste. Polegało na wspólnym pokazywaniu się oraz spędzaniu czasu poza szkołą, postępujących doświadczeniach erotycznych. Początkowo czułam dumę, która nawet mnie samą śmieszyła, dumę, że przeskoczyłam od razu wszystkie etapy. W obliczu nieobecności Wandy, duma szybko ustępowała zazdrości. Niekoleżanki często kończyły miłości po 2-3 miesiącach. Ale wcześniej dostawały 2-3 miesiące spokoju, przeświadczenia, że to na zawsze. Złudnego, ale nigdy w tym nie chodziło o prawdę, lecz o zawieszenie w dobrym, w którym można odpocząć, przerwać napięcie i oczekiwanie na tragedię, pobyć w spokoju i pozornej pewności. Jedno nie przeszkadzało drugiemu.

            Gdy weszłam do łazienki, po raz pierwszy pojawiło się we mnie to ssące uczucie, że nie mogę jednocześnie być z Wandą i w zgodzie ze sobą. Zdjęłam piżamę, stanęłam bosymi stopami na chłodnych kafelkach i weszłam do wanny. Wiedziałam, że to nie jest jeden z tysiąca pryszniców, które mnie u niej czekały, a jeden z przedostatnich. I choćby nie wiem, ile ich było w rzeczywistości, każdemu towarzyszyło już uczucie nadchodzącej straty.

            Trzymając słuchawkę prysznica, odkręciłam ciepłą wodę. Wystrzeliła z sykiem. Podkładałam dłoń, sprawdzając temperaturę. Skierowałam strumień na ciało. Było przeczulone, odbierało każde najmniejsze wrażenie. Przez jedyne okno zaczęły wpadać promienie słoneczne. Zamknęłam oczy. Przeniosłam się w czasie. Plaża w Kuźnicy. Ojciec poszedł gdzieś z Wandą. Jestem sama. Mam przymknięte oczy, siedzę blisko brzegu. Wiatr niedawno ustał, ale morze wciąż pozostaje zafalowane. Woda rozbija się o brzeg, jej drobinki wznoszą się i opadają na mojej twarzy jak rozpylona w powietrzu chmura perfum. Ciepło jest przejmujące. Zapominam o wszystkim. I tu w łazience Wandy jestem przez chwilę w sobie. Szczekanie psa przebija się przez kondygnacje. Jest jak echo. Pierwszy dźwięk głośniejszy, a kolejne coraz słabsze i słabsze, kręgi rozchodzące się po wodzie. Wyobrażam sobie, że pies wbiegł na wydmę i stamtąd dobiega jego  nawoływanie. Gorąca woda spływa od mojej głowy po całym ciele. A teraz muzyka. Koncert. Klasyka. Wanda. Skąd na plaży mógłby dobiegać? Ktoś mógłby przyjść z magnetofonem, kasetami, włączyć Czajkowskiego i obserwować, jak przyroda dostosowuje się do zadanego rytmu, jak mewy wirują do pierwszych i najbardziej znanych fraz. Bo to był Czajkowski. Jedyny utwór klasyczny, jaki w tamtym czasie zdążyłam poznać. Nasz dom zawsze był cichy, przesadnie może cichy. Nie słuchaliśmy ani radia, ani muzyki. Nie chodziliśmy do filharmonii. Pod koniec roku szkolnego, jeszcze przed naszym wyjazdem do Kuźnicy, pojechałam na wycieczkę klasową do Bydgoszczy. Co za ironia, właśnie na ten koncert Czajkowskiego w Filharmonii Pomorskiej. Koncert, którego pierwsze frazy są tak charakterystyczne, że nie sposób ich nie zapamiętać. Nie wiedziałam, że Wanda lubi muzykę. Nigdy nie włączała przy nas. Ale nawet gdyby chciała, nie mieliśmy na czym jej odtworzyć, nie mieliśmy gramofonu, ani magnetofonu, żadnych płyt, ani kaset. Pewnie włączała ojcu, gdy do niej przyjeżdżał. Po latach zastanawiałam się, czy w tym pragnieniu rozmowy z ojcem o Wandzie było też pragnienie odkrycia jego Wandy. Nie byłam pewna, czy chciałam mu tylko opowiedzieć o sobie, czy liczyłam też na jego opowieść, jakby jakimś cudem nagle miał się otworzyć i opowiedzieć mi jego wersję jej osoby. Była taka pokusa. Pozbierać Wandę jak rozbity dzbanek, ułożyć w sobie, jak kolejne fragmenty puzzli. To my mówiliśmy najmniej, ale to Wanda okazała się najbardziej tajemnicza.

 

 

Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy.
fot. Danuta Surma

 

Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy.

 

Barbara Elmanowska – ur. 1981 roku, poetka, doktor nauk humanistycznych. Debiutowała w 2006 roku esejem Zawsze fragment, którym zajęła I miejsce w ogólnopolskim konkursie „Literackie Talenty 2006” w Świdnicy. Autorka tomików poetyckich: Tę drogerię mam po drodze (Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Wrocław 2009), którego wydanie było nagrodą w konkursie na książkowy debiut poetycki oraz Próby generalne (Mamiko, Nowa Ruda 2014). W 2016 roku wydała książkę Czarny pegaz, pierwszy powojenny przewodnik szlakiem artystów pochowanych w Świdnicy. Laureatka indywidualnej nagrody za osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej przyznawanej przez Prezydenta Miasta Świdnicy.

 

PODZIEL SIĘ

Do góry